![]() |
|
| strona główna > trufle > prasa trufli | Ostatnia aktualizacja: 6 stycznia 2005 r. |
|
|
Jak ocalić Sodomę? - rozmowa z pisarzem Janem GrzegorczykiemLubią cynicznie pytać: "Ile zarabiasz na tym, że mówisz źle o Kościele?". Wtedy odpowiadam: "A ile zarobiliście wy, którzy milczycie?" - mówi Jan Grzegorczyk, autor bestsellerowych powieści "Adieu" i "Trufle". Dariusz Jaworski: W "Adieu", a teraz w "Truflach" pisze Pan o polskim Kościele wprost, bez zakładania literackiej maski. To wśród katolickich twórców do niedawna było jeszcze nie do pomyślenia. A jednak Pan się zbuntował...Jan Grzegorczyk: - W Polsce przez całą komunę panowała mentalność frontowo-okopowa. Nie można było się "odkrywać", bo wróg wykorzysta. Wielu trwa nadal w okopach. Większość jednak zupełnie inaczej postrzega dziś niebezpieczeństwo. Zagrożeniem jest brak powietrza, to ten brak powoduje gnicie, bezkarność, bezrefleksyjność. Dla mnie jest wzorem Biblia, która rejestrowała nędzę i chwałę człowieka od początku jego dziejów. Największą krzywdę kulturze katolickiej robią ci, którzy odmawiają jej twórcom prawa do stosowania w opisie dobra i zła tych samych środków, jakimi posługują się wszyscy inni. Kto im odmawia?- Ludzie w Kościele, którzy mają wpływ na wydawanie i promowanie książek, czasopism. Ja akurat mam szczęście, że od wielu lat piszę w wydawnictwie W drodze, w przestrzeni wolności, jaką mi dają ojcowie dominikanie. Ale współczuję wielu moim koleżankom i kolegom, którzy pracują w mediach podległych na przykład niektórym biskupom, gdzie "wolne" słowa są reglamentowane. Ale dlaczego, idąc za Pańską myślą, Kościół na wywodzących się z jego przestrzeni twórców nakłada taki kaganiec?- Powody są bardzo różne. Nieraz fałszywe wyobrażenie o tym, co wywołuje wśród wiernych zgorszenie. Ludzie nie gorszą się słabością, ale bezkarnością, obłudą, stawianiem się ponad prawem. W niektórych wypadkach chodzi o zabezpieczanie interesów danych grup czy osób. Magiczne myślenie - że konserwując stary język, ocali się starą epokę. Z tych "zaleceń" wyłamałem się, więc w niektórych kręgach przyjęto strategię, że "Adieu" i "Trufle" należy ignorować, etykietując je mianem kiczu. Skoro nie można zabronić ich czytać, to przynajmniej można zdeprecjonować, zdyskredytować. Pogardliwe przemilczeć. To brzmi jak spiskowa teoria... Nie przesadza Pan? Przecież z literackiego punktu widzenia Pańskim książkom można co nieco zarzucić...- Sam sobie zarzucam różne niedoskonałości. Ale ci, którzy z taką zaciekłością bronią, aby do kultury nie przedarł się grafoman Grzegorczyk, często nie czytali ani "Adieu", ani "Trufli". Tych "obrońców literatury" nie interesuje, że lansowane przez nich teksty "dworskie", "hermetyczne" prawie do nikogo nie docierają. Nie tworzę arcydzieł, ale uprawiam dobrze rozumianą literaturę popularną. Rene Chateaubriand w "Geniuszu chrześcijaństwa" radził: "Pisz tak tekst religijny, aby młodzieniec niedowiarek, czytał go jak gorszącą powieść". Chcę, aby ludzie czytali, dyskutowali, wzruszali się. Nie adresuję swoich książek do wąskiej grupki "lepiej myślących". Ponawiam pytanie: dlaczego tak się dzieje? Stwierdzenie, że swoimi książkami złamał Pan kościelne tabu, wydaje się zbyt banalne. Przecież niemal codziennie karmimy się informacjami - w mediach czy "u cioci na imieninach" - o ciemnych stronach Kościoła.- Oczywiście, że nie łamię żadnego tabu, tylko pewną konwencję w mówieniu o problemach wiary, Kościoła. A moje pisanie być może jest dlatego groźne, że znajduje zrozumienie i akceptację u wielu świeckich, księży, sióstr. Czytelnicy wiedzą, że za opisywanymi tzw. sprawami sensacyjnymi kryje się w moich książkach przesłanie; że z jednakowym zainteresowaniem śledzę życie świętych i grzeszników. Tym samym nie da się mnie zaklasyfikować jako wroga czy oszołoma. Sieje Pan niepokój nie tylko wśród tych ludzi Kościoła, którzy uznają Pana za tubę Urbana, ale również wśród... antyklerykałów. Po napisaniu "Adieu" tygodnik "Fakty i mity" nazwał Pana "małym majsterkowiczem" i udowadniał, że jest Pan wymyślony przez kościelną hierarchię, żeby antyklerykałom odebrać zwolenników...- Na tym polega paradoks: nie da się mnie przypasować do żadnej z tych grup. Słyszałem, że w jednym z seminariów duchownych kleryków karano za czytanie "Adieu", dlatego że jeden z wykładowców został rozpoznany jako czarny charakter Pańskiej książki - chodzi o antypatycznego Wargina...- Wargin w "Truflach" nie jest już tak antypatyczny Natomiast jeśli chodzi o tego wykładowcę, którego rozpoznano jako Wargina, to nawet nie wiedziałem o jego istnieniu. Nie przesadza Pan jednak z tą niechęcią hierarchów kościelnych? Jeden z krytycznie do Pana nastawionych księży powiedział mi, że Grzegorczyk to mitoman o świetnym automarketingu...- Całkiem możliwe, ale radziłbym Panu popytać hierarchów, co sądzą o moich książkach. Byli tacy, co próbowali. Może Panu się powiedzie. Czym Pana książki różnią się od codziennej publicystki epatującej złem?- Próbuję przetrawić ten czarny świat malowany przez media. Zderzam tę rzeczywistość ze zdaniem Biblii: "I widział Bóg, że wszystko, co stworzył było dobre". Zadaniem pisarskim nie jest epatowanie złem, a próbą zrozumienia tej momentami koszmarnej rzeczywistości w perspektywie wiary. Niektórzy powiadają, że wszystkie opisywane przeze mnie fakty są prawdziwe, ale ich zagęszczenie jest niewiarygodne. A dla mnie pisanie to jak targowanie się Abrahama z Bogiem o ocalenie Sodomy i Gomory. Abraham i pisarz pytają, czy Bóg ocali świat dla 50, 40, 30, 20, 10 sprawiedliwych. Coraz mniej sprawiedliwych, a więc ciemności się zagęszczają. Ale paradoksalnie rośnie też nadzieja, bo odkrywamy, że tym mrokiem rządzi miłosierdzie Boga. Czy pisząc w "Truflach" np. o dramacie erotycznego związku księdza i zakonnicy nie miał Pan jednak wątpliwości, że może tym komuś wyrządzić krzywdę?- "Słowo napisane, nieszczęście zasiane". Z tym trzeba się liczyć. Obawy mam zawsze, ale nie można stać się niewolnikiem obaw. Raczej żyję nadzieją, że ktoś zrozumie moje pisanie w sposób głęboki. I nie zawodzę się. Nie poprzestaję na pokazaniu drastycznych faktów, tylko odsyłam do problemu. Nie taplam się w brudzie. Przecież ci bohaterowie, o których Pan wspomniał, chcą ocalić swoje człowieczeństwo. Upadek człowieka, kapłana, zakonnicy następuje wtedy, gdy przestaje kochać, zaczyna nienawidzić, traci wiarę Przecież to nie ja wymyśliłem, że człowiek zdąża do Boga także przez grzech, cierpienie, nieszczęście. W tym jest jakiś sens boży, ale jak go odczytać i pokazać? U nas co najwyżej pisze się, że ksiądz zrzucił sutannę - i na tym koniec! Eksksiądz przestaje być człowiekiem i nie wypada albo wręcz nie wolno o nim pisać. Dlaczego? Przecież w tym momencie on nadal ma prawo iść drogą prowadzącą do Boga. A często leży ranny przy drodze, mijają go lewici, różne pobożne osoby. Niestety bywa tak, że nie przechodzi żaden miłosierny samarytanin. I to jest zadanie dla Kościoła oraz temat dla pisarza: co zrobić z tymi, którzy są w różnoraki sposób zranieni? Jak im pomóc? Jak mogą się odrodzić?! A jednak takie stawianie sprawy w wielu obrońcach Kościoła - duchownych i świeckich - budzi zgorszenie. Dlaczego?- Co ja na to poradzę? Zgorszeni będą zawsze. W Piśmie Świętym roi się od nich. Ludzie często się gorszą, bo nie wiedzą albo zapominają, że nie mają być obrońcami Kościoła, tylko - świadkami wiary. Pytam się: czy to moje książki wyrządzają krzywdę Kościołowi? Czy to ja jestem autorem skandali i czy to ja je ujawniam?! Ja tylko staram się ludziom powiedzieć: nie traćcie nadziei! Tych "obrońców" nie interesuje to, że w dziewięciu miejscach bronisz kapłaństwa, pokazujesz jego wartość i piękno - bo przecież o tym piszę - oni widzą tylko to, że w dziesiątym punkcie naruszyłeś interesy jakiejś "diecezjalnej" czy "parafialnej spółki akcyjnej"! Lubią więc cynicznie pytać: "Ile zarabiasz na tym, że mówisz źle o Kościele?". Wtedy odpowiadam: "A ile zarobiliście wy, którzy milczycie?. I kto za was płaci? Dajecie świadectwo nieprawdzie, a docieranie do prawdy nazywacie szerzeniem plotek i pomówień, wiedząc doskonale, jak jest w rzeczywistości". Mówi Pan o sprawie abpa Paetza?- Nie tylko. Czyli ta krytyka nie przeszkodzi Panu w napisaniu trzeciego tomu opowieści o ks. Groserze?- Nie, bo pisanie to jest jak wytwarzanie lekarstwa, które jednym pomaga, a innym szkodzi. Ci drudzy, którzy dostają alergii i różnych boleści z powodu moich książek, powinni po pierwszych negatywnych objawach natychmiast je odstawić i szukać dla siebie innych medykamentów. Piszę dla tych, którym one pomagają, a tych jest całkiem sporo. Moim celem nie jest pisanie "jedynie słusznych" książek. O nic innego nie walczę jak o prawo do różnorodności. Moja książka o Faustynie Kowalskiej zawierała w tytule jej piękne słowa: "Każda dusza to inny świat". Różnorodność to przecież największe bogactwo, które dał nam Bóg. Nasze różnorodne odczytywanie świata nie jest przekleństwem, ale pragnieniem Boga. Rozmawiał Dariusz Jaworski |
|
Gazeta Wyborcza , 30 listopada 2004 r. Dariusz Jaworski, "Trufle" Jana GrzegorczykaGdy na początku 2003 r. ukazała się powieść "Adieu. Przypadki księdza Grosera", jedni jej autora zaczęli przyrównywać do "polskiego Bernanosa czy Mauriaca", inni - do Jerzego Urbana. Dla tych pierwszych (apologetów) książka Jana Grzegorczyka była współczesną powieścią obyczajową, która przełamywała tabu w opowiadaniu o wewnętrznym życiu polskiego Kościoła, dla drugich stała się antyklerykalnym pamfletem. Jednak pomiędzy tymi skrajnymi w odbiorze postawami głos zabrali też krytycy, którzy dostrzegając walory książki (społeczny i psychologiczny realizm, humor, możliwość czytania w kilku planach - jako ciekawą intrygę, powieść z kluczem czy sekwencję symboli), wskazywali na jej literackie niedoróbki. Mimo tych niedoskonałości "Adieu" odniosło czytelniczy sukces - książkę sprzedano w ponad 30 tys. egzemplarzy, co tylko utwierdziło Grzegorczyka w postanowieniu napisania drugiej części "przypadków księdza Grosera". I tak powstały "Trufle". W końcowych scenach "Adieu" Wacław Olbrycht (ksiądz - pisarz, używający literackiego pseudonimu Groser), ocala swoje kapłańskie powołanie. Jednak szykuje się do wyjazdu z kraju. Jest lato 2002 r. W tym momencie rozpoczynają się "Trufle". Groser na rowerze podąża do prowansalskiego Aiguebelle, gdzie w klasztorze trapistów jest jego przyjaciel, ojciec Michał. Ksiądz - pisarz odbędzie tam "przyspieszony kurs" życia zakonnego. Jednocześnie do Polski z rocznego "wypożyczenia" do niemieckiego Kościoła wraca ks. Paweł, przyjaciel Grosera, i na powrót próbuje zakorzenić się w polskich realiach. Po pewnym czasie przyjeżdża też ks. Wacław, któremu nowy biskup powierza budowę kościoła ("Podobno, jak już nie wiedzą, co z księdzem zrobić, każą mu budować nowy kościół"). Struktura powieściowego świata "Trufli" wypełniona jest postaciami duchownych i świeckich. I to w nich rodzą się pytania, którymi ten świat się karmi. Są to pytania o istotę powołania osób duchownych i świeckich, o celibat i sens cierpienia, miłość i nienawiść, pieniądze i władzę, pokorę i pychę, terroryzm i poświęcenie. Postacie te nie są papierowymi tworami (co można było zauważyć w "Adieu"), tylko realistycznymi, naszkicowanymi kilkoma oszczędnymi kreskami ludźmi z krwi i kości. Zresztą, swoista oszczędność to to, co w pozytywny sposób odróżnia tę powieść od pierwszej części "przypadków Grosera". Grzegorczyk zredukował liczbę postaci i wątków, wewnętrznych monologów i psychoanalitycznych rozważań, cytatów ze swoich mistrzów (Henry Nouwena, Tomasza Mertona, Romana Brandstaettera) oraz rozmaitych kluczy i symboli. Przestał tylko łapać czas, a zaczął dopieszczać swoje dzieło, co przy konsekwentnym stosowaniu filmowej techniki budowy fabuły zdynamizowało książkę. Taki "redukcjonizm" w żaden jednak sposób nie spłycił powieści. Po prostu Grzegorczyk wyzbył się drażniącej dydaktyki, osiągając głębię w sposób literacko znacznie bardziej dojrzały, bo wycieniowany. I nic nie szkodzi, że "Trufle" w konstrukcji przypominają telenowelę, a nagromadzenie realistycznych sytuacji i zdarzeń czyni je czasami mniej wiarygodnymi. Liczy się przecież dramaturgia, a tę Grzegorczyk potrafi konsekwentnie budować. "Trufle" (przewrotność tego tytułu dodaje mu tylko smaku) to tak naprawdę powieść o wyborze jednej z dwóch dróg bycia w świecie - manichejskiej, gdzie walczy dobro ze złem, i miłosierdzia, gdzie musi zwyciężyć miłość. Którą z nich wybierze Groser? |
|
Nowe przypadki księdza GroseraW księgarniach pojawiła się najnowsza książka Jana Grzegorczyka Trufle. Nowe przypadki księdza Grosera. Jest to druga część wydanej w ubiegłym roku powieści Adieu, Przypadki księdza Grosera. Pierwsza część okazała się wydawniczym bestsellerem, rozeszła się w nakładzie 33 tysięcy egzemplarzy. Jedni przyjęli ją z uznaniem, jako pozycje przełamującą tabu w opisywaniu prywatnego życia duchowieństwa. Inni uznali autora za antyklerykalnego skandalistę. - To nieprawda - mówi Grzegorczyk. - Nie wyprzedzam mediów w opisywaniu negatywnych zjawisk w życiu i Kościoła. Piszę raczej o tym, jak oddziałują one na świat moich bohaterów. Piszę o pięknie człowieka i kapłana, który zmaga się z różnymi przeciwnościami. I o tym, że kapłaństwo i Kościół zawsze ocaleją, gdy będą drogą do samotnego człowieka. "Niektóre fakty i postaci w tej książce są wymyślone. Prawdą jest, że tak to wszystko zobaczyłem" - napisał we wstępie do Trufli. Grzegorczyk dobrze zna świat, o którym pisze. Od ponad dwudziestu lat pracuje w dominikańskim wydawnictwie W drodze. - Znam wielu duchownych, siostry zakonne, mam wśród nich przyjaciół - mówi. Chciałby napisać jeszcze jedną część przypadków księdza Grosera. W trzecim tomie planuję przedstawić życie polskich duchownych pracujących na Wschodzie. Z wykształcenia filolog, jest także tłumaczem i publicystą. Ale przede wszystkim autorem kilku książek, w tym cieszącej się dużym zainteresowaniem Każda dusza to inny świat o Bożym miłosierdziu, a także o Lednicy i o ojcu Janie Górze Góra albo jak wyżebrać niebo i człowieka, Ryba to znaczy Chrystus, Skrawek nieba, czyli o Ojcu i Królu. Pisze także scenariusze m.in. do filmów Widziałem wielu Bogów i Skrawek nieba. Nie uważa się jednak za pisarza religijnego. - Piszę o życiu i o ludziach, którzy są bytami religijnymi. Grzegorczyk ma 45 lat. Żonaty, ma dwoje dzieci. W każdą niedzielę niezależnie od pogody grywa w piłkę nożną. e.cz |
|