Zdradzony pontyfikat
Europa uwolniona od tradycji chrześcijańskiej, Europa, w której katedry będą zamieniane na kluby gejowskie, Europa pełna lęku przed dziećmi, za to ogarnięta szałem konsumpcji i wygody za wszelką cenę, to Europa, która wkrótce wymrze.

Jan Paweł II był dla polskiego Kościoła wielkim darem Boga. Niełatwo wyliczyć wszystkie zasługi, inspiracje i treści, którymi nas obdarował. Co z perspektywy pięciu lat, które upłynęły od jego śmierci, uważasz za najważniejszy element jego pontyfikatu?

W perspektywie politycznej zgadzam się z watykanistami różnej proweniencji, którzy zgodnie podkreślają rolę Papieża w obaleniu komunizmu. Politycy i hierarchowie na Zachodzie byli skłonni akceptować status quo. Nikt, z wyjątkiem Jana Pawła II i Ronalda Reagana, nie wierzył, że imperium może runąć. Ta kwestia powiązana jest z zaangażowaniem Papieża w obronę praw człowieka i staraniami o jedność Europy.

Jednak dla mnie najważniejszym rysem pontyfikatu Jana Pawła II jest świętość. Miliony osób doświadczyły jej poprzez oblicze Papieża. Nie mówił on niczego nowego, nie przeprowadzał błyskotliwych syntez czy analiz, ale swoją postacią przybliżał nam świętego Boga. W Novo millennio ineunte, który jest dla mnie najpiękniejszym dokumentem pontyfikatu, testamentem dla Kościoła na XXI wiek, Jan Paweł przekonuje, że całe duszpasterstwo powinno być wpisane w perspektywę świętości. Bardziej niż kiedykolwiek potrzebujemy doświadczenia Boga w zsekularyzowanym świecie. Również wyznawcy innych religii, wierzący muzułmanie czy żydzi, wyczuwali w tym człowieku obecność Boga. Doświadczenie Boga w Janie Pawle było dla nas zaproszeniem, by samemu być lepszym, by z jego świętości coś uszczknąć. W 2005 roku czułem się, jakbym stał nad łóżkiem umierającego ojca i bił się w piersi, że nie wszystko było idealnie, ale się poprawię, żeby on, idąc do nieba, mógł być ze mnie dumny.

Często się mówi: Podziwialiśmy Papieża, ale go nie słuchaliśmy. Zgadzasz się z tym?

Przechodziliśmy różne etapy. W latach 80. XX wieku słuchaliśmy Papieża w kontekście spodziewanych przemian społecznych i politycznych. Każde wspomnienie Solidarności wywoływało żywy oddźwięk. Podczas pierwszej pielgrzymki do wolnej Polski w 1991 roku spotykał się już z chłodnym przyjęciem. Gdy mówił w Radomiu o cmentarzu nienarodzonych, to straszono nas państwem wyznaniowym: „Byli czerwoni, przyszli czarni, którzy będą jeszcze gorsi”. Dziś pewnie nazwano by jego słowa „mową nienawiści”. Później klimat się ocieplił, ale choć Papież mówił rzeczy ważne, myśmy go zagłaskiwali. To było wzruszające celebrowanie zacnego gościa z dużą dawką sentymentalizmu. Oczekiwaliśmy, że każdemu powie coś miłego, zaskoczy nas dowcipem. Po wielkim jubileuszu ten sentymentalizm jeszcze bardziej się zintensyfikował. Ani w Polsce, ani w Europie ostrzeżenia Papieża dotyczące rzeczywistości, którą można nazwać „cywilizacją śmierci”, nie zostały przyjęte. Janowi Pawłowi II nie udało się wpłynąć na myślenie społeczne – dziś coraz jawniej przeciwstawiamy się nauczaniu Papieża.

To znaczy, że nie radzimy sobie z dziedzictwem Jana Pawła II? Jesteśmy raczej na etapie obumierania ziarna niż owocowania tego pontyfikatu?

Niestety. Dziedzictwo Jana Pawła się rozpłynęło. Skompromitowaliśmy je swoimi postawami. Tak się stało na przykład na płaszczyźnie politycznej, która ma wpływ na życie społeczne. Ludzie z elity, politycy, którzy w przeciwieństwie do komunistów i postkomunistów odwoływali się do postaci i nauczania Jana Pawła II, dziś są podzieleni i pałają do siebie szczerą nienawiścią. Znakiem wielkiej kompromitacji jest to, że nie potrafimy się dogadać, by razem świętować rocznicę Solidarności, z którą Papież bardzo się utożsamiał. Dochodzi nawet do tego, że czerpiąc z dziedzictwa Jana Pawła II, wyciągamy z jego nauczania różne cytaty i je sobie przeciwstawiamy. Zamiast jedności mamy kłótnię nad grobem Papieża.

Mówisz o podziałach politycznych, a jak patrzysz na jedność Kościoła w Polsce? Pięć lat temu, w rozmowie przeprowadzonej po śmierci Papieża, którą zamieściliśmy na łamach „W drodze”, twierdziłeś, że Jan Paweł jednoczył Kościół w Polsce, a po jego śmierci ujawnią się podziały i partykularyzmy.

Mamy problemy z jednością. Po śmierci Jana Pawła II rozpoczęło się poszukiwanie następcy, lidera, kogoś, kto będzie numerem jeden w Kościele, punktem odniesienia dla innych i gwarantem jedności. Byliśmy od dziesięcioleci przyzwyczajeni, że ktoś taki istnieje. Najpierw był to kardynał Stefan Wyszyński, a potem Jan Paweł II. Byłem i jestem przekonany, że jeszcze przez wiele lat kogoś takiego nie będzie, dlatego dziwiłem się, że dziennikarze pokazywali palcem na różnych hierarchów, namaszczając tym samym któregoś z nich do tej roli. To się nie sprawdziło. Zamiast szukać lidera powinniśmy skupić się na tym, co Jan Paweł II nazywa „duchowością komunii”. To jest trudniejsze niż trwanie przy liderze. Zmusza do szukania jedności w różnorodności, a z tym nie bardzo sobie radzimy. Przykładem mogą być etykietki przyklejane różnym grupom katolików, które od czasu do czasu pojawiają się w Polsce. Niestety takie klasyfikacje mniej opisują, a bardziej służą temu, by dzielić lub doprawiać komuś gębę. Moim marzeniem jest, byśmy świadomi różnic, które są między nami, nie uważali, że tylko to środowisko, do którego ja należę, reprezentuje jedynie właściwe podejście do rzeczywistości, a inni niszczą Kościół. Potrzeba nam pogodnego spojrzenia na różne typy katolików i przekonania, że Pan Bóg stworzył nas tak rozmaitych, bo chce różnorodności w Kościele. Potrzebujemy nadziei, że pośród napięć stworzymy z tego jakąś całość.

Gdy mówisz o jedności, przypominają się rekolekcje narodowe z kwietnia 2005 roku. Spontaniczny ruch świeckich organizujących obchody ku czci Jana Pawła. Powszechne poczucie wspólnoty. Czy coś z nich wynikło? Czy był to tylko chwilowy, emocjonalny zryw bez konsekwencji?

Było to przede wszystkim przeżycie emocjonalne, ale to nie znaczy, że nieważne. W duchowości ignacjańskiej duży nacisk kładzie się na dostrzeżenie uczuć i uporządkowanie ich. Nasza wiara byłaby ułomna, gdyby nie było w niej uczuć. Podobnie, gdyby były w niej tylko uczucia. W tamtym czasie znaczną rolę odegrały media, które stworzyły atmosferę. To nie znaczy, że nie były w tym autentyczne. Dziennikarze wyczuli, że dzieje się coś niezwykłego i nie można podejść do tematu sztampowo, że trzeba to razem przeżyć. Ta atmosfera szybko się ulotniła, ale pozostało wspomnienie, że jedność jest możliwa, i możemy się do tego doświadczenia odwoływać. Ten czas pokazał nieprzygotowanie pasterzy. Wielu kapłanów potrafiło zareagować na to, co działo się w ludziach, ale wielu innych było zagubionych i zaskoczonych. Może właśnie my, pasterze, zaprzepaściliśmy jakąś szansę, bo choć gdzieniegdzie pojawiały się pomysły, by nadać emocjom czasu umierania Jana Pawła II jakąś formę stałą, to generalnie inicjatywy te się nie sprawdziły.

W związku ze śmiercią Jana Pawła mówiło się wiele o pokoleniu JP2. Potem jedni udowadniali, że takie pokolenie istnieje i ma się dobrze, inni zaś, że jest to tylko mit medialny. A co ty o tym sądzisz, jest ono, czy go nie ma?

Gdy Karol Wojtyła został wybrany papieżem, miałem 15 lat. Wzrastałem, dorastałem, pracowałem, a Papież wciąż był. Mogę więc stwierdzić, że należę do pokolenia JP2. Zdarzało mi się, że w czasie rozmów ktoś odwoływał się do spotkań z Janem Pawłem, a inni to w lot chwytali i rezonowali. Okazuje się zatem, że postać Papieża łączy różnych ludzi. Również dzisiaj to, że wiele osób w Kościele i wokoło Kościoła może się odwołać do wspólnego doświadczenia, ma znaczenie. Natomiast w sensie szerszym, ogólnospołecznym, nie ma pokolenia JP2. Trudno znaleźć miliony, które zostały tak ukształtowane przez ten pontyfikat, że się wyróżniają od innych. Zatem można na to pytanie odpowiedzieć: i tak, i nie.

Pięć lat temu tłumaczyłeś różnicę między państwem neutralnym światopoglądowo a państwem ideologicznie laickim. Wskazywałeś przy tym, że nikt w Polsce nie dziwi się odwołaniu do Boga w konstytucji, a we Francji byłoby to nie do pomyślenia. Dziś pojawiają się w naszym kraju głosy, by zdjąć krzyże. Czy jest to proces nieunikniony? Czy ojczyzna Jana Pawła II będzie się przesuwać w kierunku państwa laickiego?

W Unii Europejskiej mamy do czynienia ze sporem o kształt społeczeństwa. Niekiedy politycy chcieliby go przykryć uśmiechami, ale tego nie da się zrobić. Być może tacy ludzie jak ja ten spór przegrają. Wygra koncepcja państwa laickiego, a nie społeczeństwa autentycznie pluralistycznego, szanującego również wymiar religijny w przestrzeni publicznej oraz akceptującego wolę większości społeczeństwa. To nie znaczy, że nie chcę budować porozumienia i dialogu w Europie. Nie można jednak nie dostrzegać, że w pewnych kwestiach dialog jest ułomny, a kompromis trudny, a nawet niemożliwy. Istnieją bowiem wykluczające się wizje społeczeństw. Z jednej strony istnieją środowiska, które zlikwidowałyby wszelkie odniesienia do religii w przestrzeni publicznej, czyli dążą do ustanowienia laicyzmu jako obowiązującej religii. Są też tacy, którzy postulują powszechny i legalny dostęp do aborcji czy eutanazji, czyli to, co Jan Paweł II nazwał cywilizacją śmierci. Po drugiej stronie są środowiska, które chcą wspólnej, zjednoczonej Europy, ale zorganizowanej na innych zasadach, odwołujących się do tradycji ojców założycieli, czyli Schumanna, Adenauera czy de Gasperiego, dla których tradycja chrześcijańska była czymś oczywistym. Zatem spór istnieje, a czas pokaże, co z niego wyniknie. Toczy się on na dwu płaszczyznach: prawnej i demograficznej. Gołym okiem widać, że niektóre społeczeństwa tak się zapędziły w swojej ideologii, że wymierają. Europa uwolniona od tradycji chrześcijańskiej, Europa, w której katedry zostaną zamienione na kluby gejowskie, Europa pełna klinik aborcyjnych, Europa pełna lęku przed dziećmi, za to ogarnięta szałem konsumpcji i wygody za wszelką cenę, to Europa, która wkrótce wymrze. Nie jest to bezpodstawne straszenie, bo o ile tendencje się nie zmienią, to za 50 lat kraje Europy Zachodniej nie będą laickie, tylko muzułmańskie. Nie wiem, czy Polskę też ogarnie ten trend. Mam nadzieję, że coraz więcej ludzi spostrzeże, że ta lewacko-feministyczno-gejowska ideologia jest cywilizacją śmierci zmierzającą do samozagłady. Mam też nadzieję, że obudzą się katolicy, rodziny chrześcijańskie, a na płaszczyźnie politycznej odrodzi się autentyczna chadecja europejska.

Z tego, co mówisz, wynika, że idee, które głosił Jan Paweł II, są w tym momencie spychane coraz bardziej na margines, coraz mniej ludzi przyznaje mu rację, ale paradoksalnie, Papieżowi może przyznać rację historia.

Wydaje się, że projekt Europy, któremu się przeciwstawiam, zwycięży. Problem polega na tym, że nie jest on dobry, bo w dłuższej perspektywie pokazuje swoje destrukcyjne oblicze. Mam nadzieję, że gdy Europa spostrzeże, że zdąża ku samounicestwieniu, powróci do myśli Jana Pawła II.

Co cię zaskoczyło w Kościele polskim, w Polsce przez minione pięć lat? Po śmierci Jana Pawła mówiłeś, że czeka nas egzamin dojrzałości. Jak nam idzie jego zdawanie?

Dojrzałość polega między innymi na zdolności rozeznawania sytuacji, podejmowania decyzji i ich realizacji. Tak pojętej dojrzałości sprzeciwiają się ideologie. W naszym Kościele, w nas samych jest ich za dużo, a za mało rozeznawania woli Bożej. Przykładem niech będzie podział na Kościół otwarty i zamknięty. Przestał on ostatnio funkcjonować, bo się skompromitował. Jednak do niedawna wiele zjawisk próbowano tłumaczyć, stosując te prymitywne kategorie. Niestety, ideologizacja mnie nie zaskoczyła, bo się takiego ideologicznego myślenia spodziewałem.

Pozytywnie zaskoczyły mnie natomiast rozmowy, które jako prowincjał prowadziłem z młodymi ludźmi decydującymi się na wstąpienie do jezuitów. Zadziwiło mnie, że mimo panującej w ich środowisku atmosfery wielu wspaniałych chłopaków chciało wstąpić do zakonu. To byli ludzie bystrzy, inteligentni, przystojni, którzy w tak zwanym świecie świetnie by sobie poradzili, zrobiliby kariery. Świadomość, że wśród różnych trendów, ataków i afer Pan Jezus potrafi wezwać młodych, by poszli za Nim, jest szalenie miła. I ciągle na nowo zaskakuje. Daj Boże, by to młode pokolenie okazało się lepsze niż starsze, by się nie zgorszyli, nie stali cyniczni. Na razie są nie tyle naiwni, co nie do końca zorientowani w sytuacji. Dzięki temu nie przejęli jeszcze wad starszych współbraci.

Zjawiskiem bardzo mnie niepokojącym są natomiast wybuchy nienawiści do Kościoła i to, że niektórzy ludzie tak chętnie przyjmują każdą, niekorzystną dla Kościoła informację. Zawsze byli ludzie niewierzący, jednak pasja walki z Kościołem, którą prezentuje np. Richard Dawkins, jest dla mnie zaskoczeniem. Kiedyś dostałem wykaz tytułów, zamieszczonych w ciągu roku na pierwszej stronie Onetu, dotyczących Kościoła. Były to same skandale, afery, uderzenia w Kościół – nic pozytywnego. Czy to wynika z tego, że skandale dobrze się sprzedają, czy raczej z nienawiści do Kościoła?

Co jest dla Kościoła w Polsce największym wezwaniem? Na co powinniśmy zwracać uwagę?

Najważniejsza jest rodzina. Wszystkie słabości Kościoła wynikają ze słabości rodziny katolickiej. Rozwody, życie w konkubinatach, zamknięcie na potomstwo, bardzo determinuje nasze duszpasterstwo. Kościół ma możliwości, by skuteczniej pomagać młodym ludziom w przygotowaniu do trwałego małżeństwa, ale ich nie wykorzystuje.

Szansą dla Kościoła w Polsce są również oddolne inicjatywy ludzi autentycznie wierzących, poszukujących duchowości. Jest ich sporo. Problem w tym, że pasterze Kościoła dostrzegają tych ludzi, ale nie mają albo pomysłów, albo zdolności, albo chęci, albo przygotowania, by coś im zaoferować. Ci ludzie pukają do proboszcza, do biskupa, proszą, by się nimi zająć, a księża tkwią w schematach duszpasterstwa masowego, które jest uporządkowane i przewidywalne. By pomóc ludziom szukającym, potrzebujemy duszpasterstwa bardziej zindywidualizowanego. Ci ludzie są wyzwaniem i szansą dla polskiego Kościoła. Wielka szkoda się stanie, jeśli tkwiący w nich potencjał zostanie zmarnowany.

Gdybyś miał ustalać program obchodów piątej rocznicy śmierci Jana Pawła II, jak byś ją chciał uczcić?

Trochę ucieknę od tego pytania, bo twierdzę, że na takie piąte, dziesiąte czy piętnaste rocznice nic specjalnego się nie wymyśli. Muszą być jakieś obchody mniej lub bardziej oficjalne, spotkania, odczyty, sympozja, liturgie, wspomnienia… Można to robić w małych i dużych środowiskach, na poziomie ogólnopolskim i lokalnym. Nie mam żadnego pomysłu, który byłby tu ogólnonarodowym przełomem. Dla mnie ważniejsze jest pytanie, jak na co dzień prowadzić duszpasterstwo, by piąta rocznica śmierci Jana Pawła II nie była jednostkowym wydarzeniem, tylko żeby miała historię przed i po. Nie wiem, jak to się dzieje, że napisano tyle doktoratów na temat nauczania Jana Pawła II, a dziedzictwo myśli Papieża się nam rozmyło, że sami księża – poza kilkoma cytatami i sloganami – nie potrafią przytoczyć treści, które głosił Jan Paweł II. W dyskusjach na temat wiary czy Kościoła, społeczeństwa czy polityki rzadko słyszę spontaniczne odwołanie się do Jana Pawła II. Gdyby jakiś polityk odwołał się do nauczania Papieża na temat in vitro, to mógłby na tym raczej stracić niż zyskać. Zamiast zastanawiać się nad rocznicami, szukałbym ludzi odważnych, którzy w różnych miejscach życia kościelnego, społecznego czy politycznego będą odwoływać się w sposób inteligentny do myśli Jana Pawła, przekonując, że jest to nauczanie aktualne.


Dariusz Kowalczyk SJ - ur. 1963, jezuita, profesor teologii, wykładowca teologii dogmatycznej, dziekan Wydziału Teologii Papieskiego Uniwersytetu Gregoriańskiego w Rzymie; przez 10 lat był felietonistą miesięcznika "W drodze", opublikował m.in.: "Różne oblicza Ducha" (2005), "Czy żyjemy w czasach Apokalipsy" (2012), "Czy Jezus mógł się przeziębić?" (2015), "Między herezją a dogmatem" (2015). (wszystkie teksty tego autora)

Paweł Kozacki OP - ur. 1965, prowincjał polskich dominikanów, duszpasterz, przez wiele lat redaktor naczelny miesięcznika "W drodze". Mieszka w Warszawie (wszystkich teksty tego autora)

     


zobacz także

Kawa dla Giertycha

Chodzi aż o życie

JAKA PRACA JEST PRACĄ

O maturze z religii

Mgła w Kazimierzu, mgła w mediach


komentarze



Facebook