To nie my
Przestańmy zastanawiać się, jak przetworzyć Jana Pawła na przydatne nam wszystkim duszpasterskie artykuły pierwszej potrzeby. Trzeba po prostu wziąć coś z Niego, przetrawić i wprowadzać w życie bez specjalnej akcji duszpasterskiej.

Minęło pięć lat od śmierci Jana Pawła II. Przy okazji 2 kwietnia będziemy znów ścigać się o to, kto zrobi lepszą syntezę syntez, kto dokona trafniejszego opisu sytuacji. Może to dobrze, ale czy to było dla nas pięć lat jałowych? Czy coś się realnie zmieniło? Przecież nadal kręcimy się wokół motywów: co nam po Nim zostało, kto ile z Niego pamięta, ile przeczytaliśmy encyklik…

Jest tego coraz mniej. Zaraz po śmierci Jana Pawła widoczny był moment głębokiej żałoby, a potem – wspólnotowego sadomasochizmu. Cały naród się biczował z powodu niedostatecznej znajomości encyklik i niedostatecznego przetrawienia pontyfikatu. Erupcja żalu i poczucia zmarnowania czasu. To wszystko jest oczywiście wpisane w doświadczenie żałoby. Jednym z jej elementów jest rozpamiętywanie: ile rzeczy mogliśmy zrobić, gdy zmarły był jeszcze z nami, a nie zrobiliśmy, ile słów mogliśmy powiedzieć, a nie powiedzieliśmy. Pytanie, co dalej? Po zatarciu się emocjonalnych śladów pamięciowych nastąpi oczekiwanie na kolejną narodową eksplozję w postaci beatyfikacji, czego dowodem jest nieustanne odliczanie dni do jej daty w mediach, zmienianie terminów, zastanawianie się, czy to na pewno będzie 16 października, a może 22 października, a może popołudniu, a może rano? Przed kanonizacją będzie tak samo.

Dlatego zaryzykuję tezę, że dla recepcji nauczania Jana Pawła II ten czas jest stracony. Mówiąc inaczej, tak długo jak będziemy się zatrzymywać na przeżywaniu tego Wielkiego Wydarzenia, a potem przeżywaniu tego drugiego Wielkiego Wydarzenia – nic nie przetrawimy. To będzie dalej „żyrandol i pompa”, trwające non stop święto, po którym nie chce przyjść dzień powszedni, czas na rzetelne studium.

Ktoś powie – czy to nie za mało, powiedzieć sobie, że czekamy do beatyfikacji czy kanonizacji? Wcześniej nic nie możemy zrobić?

Pewnie możemy, tylko trzeba zmienić myślenie. Trzeba odejść od kategorii obsesyjno-kompulsywnych, wyrażających się w głębokim przeświadczeniu, że nic nie zrobiliśmy, że naród sprzeniewierzył dziedzictwo. I skoro jest tak źle, to teraz zróbmy wielki maraton i przeczytajmy sto dwadzieścia encyklik w piętnaście minut, przy użyciu ośmiuset tysięcy młodych ludzi z całej Polski, którzy zjadą się do Krakowa marszem promienistym albo gwiaździstym, nad nimi będzie latał śmigłowiec, telewizja to wyemituje i napisze o tym jakiś portal internetowy.

Odpuśćmy sobie nerwicę związaną z oczekiwaniem na datę wyniesienia na ołtarze, bo jest to niespójne z tym, co się dzieje w naszym życiu. Róbmy normalną robotę, wtłaczając myśli Jana Pawła II, nie na specjalną półkę z napisem „Jan Paweł II”, tylko na półki z książkami, z których korzystamy na co dzień. Mieszajmy je z książkami Benedykta XVI, ojcami Kościoła, włączmy je do normalnego rytmu duszpasterstwa. Nasz Kościół trwa, mamy kolejnego papieża, który jest zupełnie inny niż Jan Paweł II, ale obaj wzajemnie się uzupełniają, wpisując się w to, co w Kościele działo się przez lata i wieki. To jest wciąż ta sama półka, stawiając Jana Pawła II na sąsiedniej, superspecjalnej, ryzykujemy, że – ponieważ jest tak niezwykły – ściągać go z niej będziemy nie „na życie”, ale od wielkiego dzwonu. Będzie jak wiązanka ciętych kwiatów, którą wręczymy sobie od wielkiego święta, on się w nas nie zakorzeni. I za dziesięć lat znów będziemy rozmawiać o tym, co w nas zostało z dziedzictwa Jana Pawła II piętnaście lat po jego śmierci. I tak w kółko. Już widzę te panele, te wystawy, te spotkania, na których mądrzy ludzie będą siedzieli, a świat będzie przebiegał obok…

Chwileczkę. Ale może to jednak prawda i trzeba się z tym zgodzić, że On nas wszystkich przerastał i przerasta, i z tego powodu nieustannie rozbieramy Go na części, a naszym ogólnonarodowym dyskusjom nie ma końca.

Błąd jest w metodzie. Trzeba po prostu wziąć coś z Niego, przetrawić i wprowadzać w życie bez specjalnej akcji duszpasterskiej i etykietowania. Tylko tak, od dołu, robiąc wylewkę, możemy budować upragnioną świątynię imienia Jana Pawła II.

Tymczasem miewam wrażenie, że nakupowaliśmy złoceń, kandelabrów, kielichów, ornatów, a wylewki nie ma. Kluczem są ludzie. To w nich najpierw musi się obudzić głód, muszą powstać pytania, a dopiero później można mieć dla nich propozycje. Duszpasterstwo jest budzeniem głodu. U nas jest ciągle na odwrót. Udzielamy odpowiedzi na pytania, których nikt nie stawia.

Pięć lat temu głód się obudził, mieliśmy nasze siedem dni niezwykłych rekolekcji, i co? I okazuje się z czasem, że ten głód był naskórkowy.

Nie oczekujmy za wiele od przeżyć masowych. Odejście Jana Pawła II mogło być przeżyciem dogłębnym, zmieniającym istotę człowieka dla tych, którzy stali bezpośrednio przy Jego łóżku, którzy przeżywali tę relację bardzo osobiście. My byliśmy zdani na pewną powierzchowność, nie powiem, nawet bardzo szlachetną, ale jednak powierzchowność. W końcu to był dla nas wszystkich ważny człowiek i bardzo ważna postać, ale nie przeżyliśmy tej żałoby tak, jak jemu bliscy, którzy go w tym momencie otaczali. Zbiorowe żałoby mają to do siebie, że ewaporują, jak to się pięknie mówi, bardzo szybko, jak wszystkie masowe uczucia. I co teraz? Mamy siedzieć i lamentować nad tym? Mamy przeprowadzić badanie za grant, ile nam zostało tego w procentach?

A Ty sam co sądzisz o pontyfikacie. Czy coś Ciebie buduje?

Nie będę kokietował, opowiadając, że siedzę i zaczytuję się w Janie Pawle II. Najważniejszą dziś dla mnie rzeczą jest świadomość, że ktoś w tak znaczący sposób wypełnił czas, dwadzieścia sześć lat mojego życia. Że miałem szczęście być świadkiem życia tak wielkiej postaci. Druga płaszczyzna, na której z nim się komunikuję, to rodzaj odkrywanego na co dzień podziwu dla człowieka, dla ludzkich sytuacji. Patrząc na jego zdjęcie, które mam, uświadamiam sobie, że ten człowiek podjął bardzo dużo trudnych i ważnych decyzji, dramatycznych wyborów. Nie były to łatwe rzeczy. Patrzę na schyłek Jego życia i myślę, że każdy chciałby tak żyć, żeby być tak blisko Pana Boga i rzeczy najważniejszych. To dla mnie inspirujący wzorzec osobowy.

Do nauczania podchodzę incydentalnie, wtedy gdy szukam argumentów, gdy muszę odwołać się do czegoś, coś sprawdzić. Nie ma we mnie natomiast potrzeby przerobienia wszystkich dzieł Jana Pawła II. Póki co, jeszcze nie ma. Być może ona się pojawi, ale z pragnieniami jest tak, że trzeba poczekać, aż się pojawią, a nie indukować je za wszelką cenę.

Zawsze mówiłem, powtarzając to zresztą za George’em Weiglem, że my nie będziemy tym pokoleniem, które go odkryje. Na to potrzeba ćwierć wieku, następnego pokolenia, które przyjdzie, zacznie czytać, zobaczy i zachwyci się. My byliśmy za blisko, by wszystko zrozumieć. Naszą rolą jest pieczołowicie zgromadzić książki, zdjęcia, nasze własne wspomnienia, by dać je młodszym.

A co z istnieniem słynnego pokolenia JP2?

Debaty o tym, czy to pokolenie rzeczywiście istnieje, przypominają mi czasem dyskusję na temat obecności życia na Marsie. Być może istnieje, ale na razie nie mamy na to dowodów. Ja przynajmniej takich nie dostrzegam. Widzę mnóstwo działań, które budzą się z tym hasłem w tle – wszystkie ruchy uliczne, które zaczęły się w Warszawie, parada na Trzech Króli, Miasto Miłosierdzia, które ma powstać w Warszawie. To jest fantastyczne, jednoczące, i pewnie byłoby niewykonalne, gdyby nie doświadczenie spotkania się na ulicy w momencie śmierci Papieża. Kiedy umierał, oswoiliśmy ulicę jako miejsce spotkań. Już gdy przyjeżdżał, odprawiał msze w miejscach publicznych, ulice naszych miast zostały oswojone, zostały włączone w sferę sacrum i stały się znów sferą spotkania, a nie tylko biegania w różnych kierunkach.

Pokolenie JP II to jest produkt, świetnie wymyślony liner do tego produktu. Tyle, że najpierw wymyślono liner, a potem zaczęto szukać produktu. Jeżdżąc po kraju i rozmawiając z ludźmi, nie mam wrażenia, że spotykam się z pokoleniem JP2. Zgadzam się z tym, że jest w ludziach jakiś element etosu związanego z Janem Pawłem II. Może rzeczywiście lepiej mówić o jakiejś generacji, która jak chce Zbigniew Nosowski, była świadkiem życia Papieża. Ale znowu, wracamy do jajka, co było przeżyciem pokoleniowym dla tych ludzi: pontyfikat? Przecież to długi okres. On zawiera w sobie i kardynała Macharskiego, i szesnastoletniego rapera. Co ukonstytuowało to pokolenie w kategoriach socjologicznych? Śmierć z 2 kwietnia?

Powiedziałbym, że śmierć była tylko momentem kulminacyjnym dla tego pokolenia. To był punkt odniesienia dla budowania swojej tożsamości być może pierwszy od 1968 roku.

No dobrze, ale to też nie będzie nic oryginalnego. Przecież całe pokolenie 1968 roku w momencie obyczajowej rewolucji nie opisywało się szyldem pokolenia 68. Tę rzeczywistość opisano po fakcie. To jest jak z objawieniami w Kościele. Można je uznać dopiero wtedy, kiedy ustaną. Nie da się inaczej tego zrobić. Czy byliśmy pokoleniem JP2, dowiemy się, gdy umrzemy i ktoś oceni to nasze pokolenie z perspektywy, znając finał tej historii. Jej się nie da opisać w biegu.

rozmawiał Roman Bielecki OP


Szymon Hołownia - ur. 1976, dziennikarz, współprowadzący program: "Mam talent!" (od 2008). Autor wielu książek, m.in. "Instrukcji obsługi solniczki", "Świętych pierwszego kontaktu". Ostatnio wydał "Boskie zwierzęta". Założyciel Fundacji Kasisi (www.fundacjakasisi.pl) wspierającej Dom Dziecka w Kasisi w Zambii i Fundacji Dobra Fabryka (www.dobrafabryka.pl) wspierającej szpitale, hospicja, szkoły, spółdzielnie, ambulatoria psychologiczne, uchodźców i bezdomnych w pięciu krajach Afryki, w Chinach, w Bangladeszu oraz w Polsce. (wszystkie teksty tego autora)

Roman Bielecki OP - ur. 1977, dominikanin, absolwent prawa KUL oraz teologii PAT, redaktor naczelny miesięcznika "W drodze", mieszka w Poznaniu. (wszystkich teksty tego autora)

     


zobacz także

ŻYJ I POZWÓL ŻYĆ INNYM

IDĘ SPAĆ

Te schody nie mają końca

BAJKA O ŻYCIU

Ten przeciwnik nie gra fair


komentarze



Facebook