Szczęśliwi idioci
So 2,3.3,12-13 Ps 146 1 Kor 1,26-31 Mt 5,1-12a

Żył kiedyś wybitny dyrygent, który nigdy nie używał partytury. Nawet najbardziej skomplikowane i monumentalne kompozycje dyrygował z pamięci. Zawsze jednak, kiedy stawał przed orkiestrą, kładł na swoim pulpicie małą karteczkę, którą po koncercie dyskretnie wsuwał do kieszeni fraka. Jak na wielkiego człowieka sceny przystało, nasz dyrygent zmarł podczas koncertu. Gdy lekarze próbowali bez skutku go ratować, słuchacze rzucili się do pulpitu, żeby zobaczyć legendarny skrawek papieru. Ich zdumionym oczom ukazał się napis następującej treści: „Skrzypce na lewo, wiolonczele na prawo, trąbki z tyłu”.

Jak ów dyrygent ze starej anegdoty, my również mamy luki w pamięci, mamy achillesowe pięty, słabości. Niektóre z nich są zawinione, wynikają z zaniedbań i grzechów. Inne jednak od nas nie zależą, stanowią część naszej psychiki, naszej cielesności czy też bagaż historii naszego życia. Niewielu wśród nas „mędrców wedle oceny ludzkiej, niewielu możnych, niewielu szlachetnie urodzonych” (1 Kor 1,26). Choć to nie nasza wina, wstydzimy się tego, staramy się ukryć, kamuflujemy. Chrystus proponuje nam inne rozwiązanie: zaproście Boga do waszych słabości, problemów, trudnych sytuacji, aby stały się one szczególnymi miejscami objawienia Bożej mocy. To prawda, że nie da się wtedy przypisać sukcesu tylko sobie i jeśli będziemy mogli się chlubić, to jedynie w Panu (por. 1 Kor 1,31), ale czy nie taki jest sens chrześcijańskiej egzystencji: pozwolić Bogu objawiać się poprzez nasze życie? Przez wieki wielu myślicieli i filozofów drwiło z chrześcijańskiej słabości, oskarżało nas o apoteozę bierności i strachu, my jednak wiemy, że jest to słabość, w której doskonali się moc (por. 2 Kor 12,9) i objawia potęga Tego, któremu powierzyliśmy siebie samych. Dlatego wierzymy, że nawet wtedy, kiedy płaczemy, kiedy cierpimy prześladowanie i niesprawiedliwość, możemy powiedzieć o sobie: szczęśliwi („błogosławieni”). I kiedy staramy się o pokój i czynimy miłosierdzie, kiedy czystość naszych intencji sprawia, że świat chętnie określa nas – jak księcia Myszkina z powieści Dostojewskiego – mianem idiotów, to możemy powiedzieć o sobie: szczęśliwi. To szczęście, wynikające z oparcia naszej kruchości na Bożej mocy i miłości, głosić będzie światu Dobrą Nowinę mocniej i piękniej niż niejedna homilia.

Wybitny dominikański kaznodzieja o. Lacordaire pojechał kiedyś do Ars, by posłuchać kazań Jana Vianneya. Kiedy po powrocie opowiadał swoje wrażenia, jedna z dam wtrąciła z przekąsem: „Podobno on się jąka...”. Lacordaire popatrzył na nią zamyślony i głośno westchnął: „Dałby mi Bóg tak się jąkać!”.


Paweł Krupa OP - ur. 1965, dominikanin, historyk mediewista; był dyrektorem Instytutu Tomistycznego w Warszawie, obecnie mieszka i pracuje w Petersburgu (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

W BOŻYM OGRÓDKU: ANNA MARIA OD POKUTY

PREZENT NA DROGĘ

POKORNY ZWYCIĘZCA

Nigdy nie byłem samotny

GRANICE MIŁOSIERDZIA


komentarze



Facebook