Archwium > Numer 413 (01/2008) > Polacy i Żydzi > Nieszczęście nad nieszczęściami

Nieszczęście nad nieszczęściami
Ojciec Olka wyemigrował do Izraela w 1968 roku. Jego syn w 2005 roku. On sam wyjechał tam, czy raczej został wypchnięty, w 1982 roku. Ale nie dał rady żyć poza Polską. Nie dało się go przesadzić. Dlaczego? Był bardziej polskim Żydem niż jego ojciec i syn?

– Olku, kim jesteś? Nosisz tyle powłok, strojów?

– Człowiek ma kilka mieszkań. Mieszkaniem dla ducha jest ciało, ale ten duch ma jeszcze kilka innych mieszkań. Domem jest obyczaj, te kamyki, które zbieramy z dzieciństwa, z młodości. Zdawać by się mogło, że rzeczywistości, w których przebywa człowiek, są podobne, że nie ma znaczenia, gdzie się żyje. Okazuje się, że to nieprawda. Nie da się uciec od własnej przeszłości, od tego, co nagromadziły w nas całe poprzednie pokolenia. Nawet jeśli ktoś nas zostawił, to żyje w nas, a my żyjemy w nim. Ja nie miałem dobrych relacji z domem rodzinnym, z rodzicami. Dziś to potrafię nazwać, bo nazywamy w miarę zdobywania narzędzi oglądu. Utraciłem ojca, nim dorosłem do rozmowy z nim… Na dobre 2 października 1968 roku.

– Olku, twój ojciec próbował zostać po wojnie Polakiem albo Żydem w szczęśliwej Polsce, albo szczęśliwym Żydem i Polakiem. Przyjechał z Rosji, by budować nową Polskę. Nie udało mu się zrealizować marzeń.

– Problem w tym, że mój ojciec nigdy nie był Żydem. Ani w sensie obyczaju, tradycji, ani religii. Był Żydem, bo jego rodzice i dziadkowie byli Żydami, ale on był Polakiem. I to jest dramat. W Katyniu ginęli Polacy wyznania mojżeszowego. Na Monte Cassino jest szesnaście kwater oficerów polskich wyznania mojżeszowego. To byli obywatele polscy. Na tym polega draństwo, że Polacy – źle mówię: władza – wyrzucała swoich własnych obywateli. W moim ojcu nie wypędzono Żyda, ale Polaka.

To jest jakiś rodzaj przekleństwa, my cały czas musimy się z miłości do tego kraju tłumaczyć. Gdyby mnie zapytać, co jest głównym wątkiem mojego pisania, to jest próba udowadniania, że ja jestem u siebie w domu.

Ktoś może mi powiedzieć, że nikt tej deklaracji ode mnie nie żąda. Nie żąda, bo nie chce się narazić.

Bardzo chętnie podnosi się wątek Żydów komunistów, Żydów u władzy. A trzeba pamiętać, że to byli obywatele Polscy i że oni byli po obydwu stronach barykady. Byli Żydzi, którzy pracowali w aparacie ucisku, i byli Żydzi, którzy byli szewcami, sklepikarzami, prawnikami, lekarzami. Wkładanie tego wszystkiego w jeden worek jest nieporozumieniem i obrzydliwością. Czym innym była emigracja Żydów w 1957 roku, a czym innym w 1968. W 1957 to była tzw. alija gomułkowska. Wtedy wyjeżdżali funkcjonariusze.

Spotkałem dwa lata temu w Zakopanem panią z Izraela. Wyznała, że się cieszy, iż mnie widzi, bo jej pomogę znaleźć akta jej ojca. „A kim był pani ojciec?”. „Generałem wojska polskiego”. „I co robił?”. „Był naczelnikiem więzienia na Rakowieckiej”. Więc ja do niej po hebrajsku: „To powinien wisieć”. „Dlaczego?”. „Bo przez takich jak on do dziś jest antysemityzm w Polsce”.

Uciekła z tej kawiarni. Potem biegała po Zakopanem i skarżyła się, że jestem antysemitą.

– Jak przeżyłeś marzec 68?

– W 1968 roku jak na ironię mieszkałem w Kielcach. Kiedy w kwietniu dotarły tam echa warszawskich wydarzeń, wyrzucono mnie z ośrodka kultury, w którym pracowałem.

Jednak ówczesny I sekretarz KW PZPR Franciszek Wachowicz oświadczył mi, że Kielce „pamiętają” swoją złą sławę, i załatwiono mi pracę w zarządzie domów mieszkalnych, ale i stamtąd szybko mnie usunięto, bo zajął się mną Urząd Spraw Wewnętrznych. Wtedy z kolei zaprosił mnie poseł Knapik z PAXu i oferował pensję bez przychodzenia do pracy. Ludzie na ulicy ostentacyjnie wyrażali serdeczność słowami: „Ale żeście tym Arabom przyp…..”. Na moje oświadczenia, że ja nie mam z tym nic wspólnego, znacząco przymykali oko, mówiąc: „Panie Olku, nas się pan nie musi bać, my nie z SB”. A Służby? Chodziły skutecznie, odcinając mi możliwości zarabiania pisaniem. W Kielcach pomimo pomocy dobrych ludzi byłem spalony. Przeniosłem się wtedy do Wrocławia, gdzie żyli rodzice i siostra.

Był całkowity rozziew między władzą a społeczeństwem. Władza za pomocą odwiecznej zasady – divide et impera – chciała zwalić winę na niepowodzenia w gospodarce na sytuację zewnętrzną i to się nie udało.

Tłumy ludzi, sąsiadów przychodziło żegnać mojego ojca w domu we Wrocławiu. On był guru. A potem wyjazd z Warszawy…To, co się działo 2 października 1968 roku na Dworcu Gdańskim jest niepojęte. Odprowadzałem rodziców i siostrę Helenę. Ogromna manifestacja miłości. Miłość i łzy. Pożegnanie Żydów, którzy wyjeżdżali do Wiednia, a stamtąd w różne strony, przekształciło się w feerię miłości. Ojciec wyjeżdżał z kraju, który go kochał i który go wypędzał. Dlatego to tak rozdzierało serce. Paradoksalnie dla mnie rok 68 jest cezurą kończącą realny socjalizm w Polsce.

– Dlaczego ojciec zdecydował się wyjechać? Czy represje dosięgły go osobiście?

– Ojciec wyjechał, bo jego córkę, moją siostrę, obrażano, obrzucono kamieniami w szkole, gdzie uczyła. Nie widział dla niej w Polsce przyszłości. Ojciec niczego się tu nie dorobił. Przez jakiś czas zmagałem się z próbą odpowiedzi na pytanie: dlaczego człowiek wykształcony, z solidną humanistyczną wiedzą, z takimi doświadczeniami ze swej komunistycznej przeszłości, człowiek, który przecież nie był ślepy i widział, co się działo z jego współtowarzyszami – uczestniczył w tej farsie nazywanej budową socjalizmu? I znalazłem odpowiedź. On strasznie się bał. Nie o siebie, o swoich najbliższych. Tata nie był tchórzem, o czym świadczyło całe jego życie, ale nie chciał, aby jego potomkowie żyli w kłamstwie. I dlatego wyjechał z Polski. I jak sądzę, taki był prawdziwy powód licznych wtedy wyjazdów polskich Żydów, z naciskiem na polskich.

– A ty, Olku, nie myślałeś o emigracji?

– Nie, ja nie istnieję poza językiem. Ojciec przed wyjazdem przyjechał do Komorowa do sanatorium, gdzie przebywałem i gdzie schroniła się część uważana Żydów, jak Lucyna Winnicka, Gustaw Holoubek, Władysław Zawistowski. I wtedy przeszedł eksternistyczny kurs ojcostwa. Szliśmy w pachnącym sosnowym lesie. Jesiennym. Nie pamiętam dokładnie słów ojca, ale mam w oczach to jego pochylenie, przygarbienie. Niemłody pan, próbujący zrekapitulować swoje życie. Po co socjalizm, po co miłość do Polski? Trzeba było wyjechać wcześniej, wzdychał. Ja milczałem. Nie miałem się nad czym zastanawiać. Ojciec był inżynierem. Mógł wszędzie budować rzeczywistość.

Kiedy rodzice wylądowali na lotnisku Ben Guriona w TelAwiwie, powitał ich ogromny transparent z polskim napisem. „Nie bądźcie za mądrzy. Mądrzejsi przyjechali przed wami”.

Ojciec zachował Polskę w sercu aż do samej śmierci. Umarł w roku 1988 pod ukochanymi widokami warszawskiej Starówki, wiszącymi nad jego łóżkiem w telawiwskim mieszkaniu. Mama przeżyła go o 11 lat. Znalazła się w domu starców. Pół roku przed śmiercią można ją było zobaczyć w szpitalnej piżamie na autostradzie pomiędzy TelAwiwem a lotniskiem im. Ben Guriona. Szła, utrzymując równowagę za pomocą specjalnego balkonika ortopedycznego. Jak później powiedziała, chciała wsiąść w samolot do Polski, wrócić do domu.

Sześćdziesiąty ósmy rok był zbrodnią. Józef Prutkowski, odprowadzając na Dworzec Gdański genialnego poetę, Arnolda Słuckiego, krzyknął: „Panie dyżurny, z którego peronu odchodzi ten pociąg do Treblinki?”.

Dla naszej rodziny to było dopełnienie II wojny światowej. W czasie tej wojny nikt z moich najbliższych nie zginął. Kiedy zawiozłem ojcu do Izraela w latach 80. książkę Hanny Krall Zdążyć przed Panem Bogiem, po jej przeczytaniu spytał mnie, jakie refleksje ta książka wzbudziła. Próbowałem coś mówić o etycznych wymiarach, a on na to: „Idiota, gdybyśmy w 1939 nie spieprzali z okupowanej Warszawy, to by cię na świecie nie było”.

Dlaczego ci, których zmuszono do wyjazdu, mają pisać podania o przywrócenie obywatelstwa? Nigdy nie przestali być Polakami. Wiele lat pracowałem w urzędach państwowych i podnosiłem ten problem. Wysocy urzędnicy tłumaczyli mi, że wtedy wystąpiłby problem roszczeń. Nie rozumieli, że jeśli po 1989 kolejne ekipy orzekły ciągłość prawną po PRL – a można było powiedzieć, że Rzeczpospolita Polska nie jest spadkobiercą PRL – to wzięły odpowiedzialność. Prawo własności na całym świecie jest święte. Ja mówię tak. Żydzi nie chcą swoich majątków, kamienic. Żydzi chcą, aby na tych domach znalazła się tabliczka, że ten dom został zbudowany przez takiego a takiego Żyda.

– Ty jesteś pewien takiej reakcji Żydów?

– Ja mówię o Żydach z Polski, a nie o spadkobiercach w Ameryce. Te sprawy łączono po to, żeby niczego nie zrobić. Ja w programie „Polacy” powiedziałem: ani centa. Ale nie ani centa obywatelom polskim, ani centa organizacjom, które skupiają spadkobierców.

Problem roku 68. będzie dopóty garbem na polskiej historii, dopóki ktoś nie powie: „Przepraszam”. Dopóki ktoś nie zacznie przybijać tych tabliczek na domach w Kieleckiem, na Lubelszczyźnie, dopóty będziemy zakładnikami mrocznej historii. To byłby tylko gest, ale niezwykle znaczący. Stwierdzenie prostego faktu, jesteśmy u siebie, ale nie do końca. To dotyczy nie tylko Żydów, ale i Niemców. Ten niewinny gest doprowadziłby do śmierci relatywizmu. Wysuwam propozycję zwołania konferencji kończącej de facto II wojnę światową. Dla wielu tysięcy osób ta wojna jeszcze trwa. Dopóki nie wszyscy mogą na grobie swych bliskich zapalić świeczkę czy złożyć kwiaty, ta wojna trwa. Nazwałem to deklaracją warszawską, konferencja z udziałem prezydentów wszystkich mocarstw – nikt od nikogo nic nie chce. Nikt z nas nie zawinił, że 60 lat temu przez świat przetoczyła się ta wojna. Ta opcja zerowa daje szansę odbicia się od ściany. Nie ma miesiąca, żeby nie wracały rykoszetem pomroki przeszłości. Jak długo nasze dzieci będą się w tym nurzać?

Na tej konferencji skierowałbym zdanie do młodego pokolenia Polaków. „Narody, które tracą pamięć, tracą korzenie. Narody, które pamięć hodują, tracą szansę na mądrą przyszłość”.

Tabliczka

– Masz czworo dzieci. Ale chciałbym, abyś opowiedział mi teraz o Alku. Kiedy wyjeżdżał, mówiłeś mi o tym tak, jakby to był jedyny ratunek dla niego. Nie miał szansy w Polsce?

– Alek urodził się w Ziemi Świętej. W 1984 roku. W czasie naszego wypędzenia w stanie wojennym. Ochrzcił go nasz przyjaciel, ojciec Daniel Ruffeisen. To jest dziecko, które powiela moje wszystkie dobre i złe wyczyny. Za wcześnie się ożenił, na szczęście udało się przeprowadzić jego rozwód. Jest poetą, pewnie lepszym ode mnie. Prowokacja jest jego metodą na życie, tak jak kiedyś moją. Ja już się ustatkowałem.

Wiesz, jak wyjechał? Stanął na lotnisku w Balicach, zawiesił sobie tabliczkę z napisem: „Zbieram na wyjazd do Izraela. Polacy to antysemici, dajcie mi na bilet. Jak wyjadę, będziecie mieli jednego Żyda mniej”. W ciągu godziny nazbierał 500 dolarów, które nie świadczyły o antysemityzmie ofiarodawców, ale o ich miłości i poczuciu humoru.

– Dziadek Alka wyjechał, by chronić córkę. Dlaczego wyjechał Alek?

– Ten jego wyjazd do Izraela nie był krokiem wyrozumowanym. To była ucieczka od swej dziewczyny, od nas, od mojej nieustającej ingerencji w jego życie. Próbowałem naprawić w nim swoje własne błędy. W naszej pysze ulegamy złudzeniu, że mamy jakiś wpływ na nasze dzieci. Nieprawda. To jest przyczyna naszych klęsk. Rodzic chce uchronić dziecko przed własnymi doświadczeniami. Myśli, że wie, co dla niego najlepsze. A niestety moje wyobrażenie o świecie nie było tym samym, które miał 22letni chłopiec.

A do tego najszlachetniejsze intencje rodzic realizuje w sposób obrzydliwy. Traktuje drugiego człowieka jako swoją własność. I to są trzy przyczyny, dla których jako rodzice ponosimy klęski.

Zrozumiałem dopiero teraz, późno, że miłość nie może być zachłanna, nie może być aneksją. Jeżeli naprawdę kochamy, to wystarczy, żeby ktoś czuł naszą obecność. Nic więcej. Jesteśmy aniołami stróżami dla naszych najbliższych. Ta wiedza zwykle przychodzi zbyt późno, my jesteśmy za głośni w naszych emocjach.

Na szczęście dość szybko dałem sobie spokój, zresztą dzięki lekturze jego wierszy.

W poezji szybko osiągnął to, co ja zdobywałem latami. Lapidarność, skrót. W wieku 14 lat zadebiutował tomikiem i zyskał świetne recenzje. To nie była towarzyska książeczka. Wydana przez ojca, zaślepionego miłością do syna.

Alek na drugie imię dostał Szaul.

Był zdeterminowany, żeby zostać w Ziemi Świętej. To była próba stworzenia siebie na nowo. W miejscu, gdzie się urodził. Na razie nie bardzo to mu się udaje. Jest zakładnikiem przeszłości, której nie było. Bo on ją sobie wyidealizował.

Na początku przez kilka dni spał w kartonie na plaży. Jak rozbitek wyrzucony przez morze. Musiał przejść próbę. Dostał kilka sygnałów, żeby wracać, skąd przyjechał. Poszedł pracować do knajpy, ale knajpa była koszerna, więc mógł tylko obierać ziemniaki. W końcu zaciągnął się do wojska.

Przeczytam ci wiersz, który napisał dwa miesiące po wylądowaniu w Izraelu:

nikt mi nie obiecał, że będzie mi tutaj łatwiej, właściwie to jest identycznie, to samo słońce, ten sam zapach kwiatów i potu po pracy. Nikt mi nie obiecał otwartych ramion Pięknych kobiet. Są zajęte prowadzeniem wojny. Nikt mi nie obiecał tej ziemi obiecanej. Każdego dnia muszę Na nią zasługiwać.

Alek się nie poddał. Pobił się nawet z pewnym Żydem z Rosji, który nazwał go gojem. Wedle halachy, prawa żydowskiego, Alek nie jest Żydem, bo jego matka nie jest Żydówką, jest Polką. Wybił swojemu koledze zęby i sprawa skończyła się w sądzie. Czułem się winny temu zajściu.

– Dlaczego?

– Najważniejsza dla człowieka jest godność płynąca z tego, że się jest. Bez uwarunkowań. My tego nie wpoiliśmy Alkowi, tej nieodzownej dla funkcjonowania człowieka dumy. Żeby żyć, trzeba zdobyć wewnętrzną siłę, ale nie poprzez dawanie komuś w ryja.

– A gdyby tobie ktoś powiedział, że jesteś gojem?

– Ja zacząłbym się śmiać, ale u Alka emocje jeszcze górują nad myśleniem.

– Zawsze taki byłeś?

– Nie, jako dziecko często dowiadywałem się, że jestem inny. Gdy przychodziłem do domu z rozkwaszonym nosem, ojciec mnie lał za to, że się dawałem bić. Szybko musiałem się nauczyć oddawać. Trudno jednak bić się z całym światem. Zrozumiałem wtedy, że aby nie być bitym, trzeba umieć więcej od innych. Trzeba być potrzebnym. Gdy inni czegoś nie wiedzieli, przychodzili pytać i wtedy, gdy umiałem odpowiedzieć, przestano mnie zaczepiać. Zrozumiałem, że być Żydem, znaczy umieć odpowiadać na pytania, na które inni nie mają odpowiedzi. I wtedy zamarzyło mi się, że znajdę odpowiedź na najbardziej dręczące mnie pytanie – dlaczego jestem inny.

Bycie Polakiem nie jest łatwe, bycie Żydem to jest nieszczęście, ale bycie jednym i drugim to jest totalne nieszczęście, nieszczęście nad nieszczęściami. Cały czas musimy udowadniać prawdziwość naszych uczuć. Bo nie można z nich zrezygnować. Nie można odkleić się od uczuć. Dwóm nacjom nie można zaprzeczyć. Nie można przestać być Polakiem i Żydem. Można przestać być Francuzem, Anglikiem… Oni są obywatelami świata. My nie możemy oderwać się od narodowości poprzez swoje przywiązanie do Boga. Dwa są tylko narody tak nierozwiązalnie związane z Bogiem, nad Wisłą i nad Jordanem. I to nas ratuje od śmierci.

– Mówisz, że bycie Żydem i Polakiem to hipernieszczęście, ale jednocześnie ty jesteś człowiekiem szczęśliwym. Na czym polega twoje szczęście w nieszczęściu?

– To jest jak w tym dowcipie. Spotyka się dwóch Żydów i Icek mówi: „Ty, Mosiek, musisz bardzo kochać swoją żonę”, a Mosiek odpowiada: „Oj, muszę, muszę…”. To jest hassliebe – miłość przez niechęć. W Izraelu czułem się Polakiem, a tutaj od czasu do czasu Żydem, ale rzadko.

– A kim jesteś?

– Powtarzam za Tuwimem: Jestem Żydem, bo mi się tak podoba, jestem Polakiem, bo mi się tak podoba. Czasem sprawę mojego narodowego poczucia próbują uregulować inni. Raz gwizdy, raz oklaski. Raz za żydowskość po dupie, raz głaskanie. Bardzo źle to znoszę, te rozmowy. Ja rozumiem, że wszystko trzeba przejść: na ulicy – „O, Żyd!” albo „Spier…do Izraela”. W tej chwili już nie reaguję, bo wiem, że ten człowiek albo wypił za dużo, albo go coś złego spotkało.

Szef regionalnej Solidarności w 1981 roku powiedział, że Żydzi nie będą u nas robić kultury. Pomyślałem, że część moich kolegów korowców to idioci. Oni zmarnowali dekadę lat 80., zamiast ją poświęcić na edukację. Zaraz po podpisaniu porozumień sierpniowych zaczęli się dzielić na narodowców, hurakatolików, ryczykatolików, ryczyantyklerykałów. To, że różnice wywołują wrogość, nie jest czymś naturalnym, możemy się pięknie różnić.

– To jest naturalne?

– Oczywiście, wystarczy zobaczyć, jak wygląda las – absolutna harmonia. Wszystko ma swoje miejsce: i krzaki, i paprocie, i wysokie drzewa. Silniejsze drzewa pną się ku górze i mniejsze im nie zazdroszczą, nie skupiają się w partię, żeby wyrżnąć partię wysokich. Natura jest jakąś metaforą, kazaniem do człowieka – istoty myślącej. Ale człowiek nie chce jej słuchać. Bo jest idiotą.

Zamieszkać w drodze

– Olek, wyjechałeś w stanie wojennym, szukając…

– Problem w tym, że ja niczego nie szukałem… Dotknął mnie ten sam los, co Sylwka Blumsztajna, który wylądował po ogłoszeniu stanu wojennego na lotnisku i go odesłano do Paryża. Na różne sposoby nas separowano: Basię Toruńczyk, Bronka Wildsteina, Adasia Michnika. My możemy się dziś różnić w ocenie rzeczywistości, ale wszystkich nas dotknął ten sam los. Nas wypychano. Odsyłano. Nie wpuszczano.

– W swojej książce Podanie o prawo powrotu piszesz, że w Izraelu zamiatałeś dworce i pomiatali tobą Arabowie. W tamtejszej kulturze nie zaistniałeś, bo nie byłeś tam żadną ciekawostką. A tu żyjesz z bycia Żydem…

– Absurd. W Izraelu dla wielu byłem gojem, jak Alek. Ale tu nie żyję z żydostwa. Marzę o tym, aby być sobą. Ja nie jestem etatowym Żydem. Cieszyłbym się, gdyby nie podchodził do mnie facet na ulicy i mówił: „Panie, jak ja lubię Żydów!”. „A ja, panie, nie wszystkich. Czy kochać Żyda, to jest jakiś obowiązek do cholery?”. Powiem więcej, ja nie znoszę Żydów. Ja lubię ludzi.

Jak mnie zaproszono do filmu o mniejszościach narodowych, to zaprotestowałem i powiedziałem: „Przepraszam w kraju, gdzie o co drugiemu się mówi, że jest Żydem, nie należę do żadnej mniejszości”.

Życie to jest poszukiwanie i dopiero jak się przekracza sześćdziesiątkę, to albo człowiek znajduje, albo nie znajduje. Są tacy, którzy nigdy nie znajdują.

Idylli nie ma. Idyllą są cudze fałszywe biografie, które powstają na zamówienie.

Podstawą znalezienia domu jest akceptacja, że jesteś bezdomny i samotny. Gdy zgodzisz się na bezdomność, może Bóg da ci namiocik na dzień, dwa. Dzień w namiocie od Boga jest lepszy niż lata spędzone w luksusie. Mnie zawsze ciągnęło menelstwo, ale nie w sensie żebrania, lecz w sensie stylu życia. Bo to jest szczyt wolności. Zawsze miałem marzenie, żeby być kloszardem. Polski kloszard w Paryżu powiedział mi kiedyś: „Panie, ja śpię w miliongwiazdkowym hotelu, podnoszę oczy i mam nad sobą miliony gwiazd”. Żeby do tej metafory dojść, trzeba być kloszardem. Niestety, człowiek z natury jest wygodny i jak ta skóra swędzi, to człowiek się drapie, no i powstają rany. Ja się na kloszarda nie nadawałem. Nie mam odpowiedniej konstrukcji psychicznej. Chociaż powiem ci, że byłem prekursorem bezdomnych w Polsce.

– W jaki sposób?

– Po wyjeździe rodziców do Izraela i rozpadzie mojego pierwszego małżeństwa mieszkałem przez rok na dworcu we Wrocławiu. Spałem na ławce. Milicjanci mnie pilnowali. Zawsze to wspominam z sentymentem.

– Prowadziłeś żywot żebraka?

– Nigdy nie żebrałem, bo dostałem stypendium ministra kultury i sztuki. Miałem dążność do sytuacji ekstremalnych, życie na dworcu, praca jako nocny sanitariusz. Mierzyłem się ze śmiercią i uciekałem w życie. Miałem próby samobójcze…

– I to była ucieczka w życie?

– Przeszliśmy ze śmierci do życia, w rozpaczy była nadzieja, że Bóg chwyci w ramiona.

Ludzie sądzą świat wedle własnej wiedzy i myślę, że popełniają błąd, bo o wiele większą perspektywę daje wiara. Samotność jest podstawową prawdą o kondycji człowieka, dlatego człowiek ma zafajdany obowiązek zaprzyjaźnienia się ze sobą samym. Ale po to, żeby zaprzyjaźnić się z sobą samym, trzeba całego morza bólu i doświadczeń, więc, gdy do tego morza nie weszliśmy, pieprzymy głupoty. Życia nie da się zdać eksternistycznie, jak matury czy studiów. Nie da się przeskoczyć niczego. Jest dzisiaj we mnie ogromna porcja spokoju, nie na zasadzie głupiego pogodzenia się z losem. Ona jest chyba bardzo żydowska. Kiedyś Ewa Lipska powiedziała mi coś, za co będę jej wdzięczny do końca życia. „Olku, za tobą stoi pięć tysięcy lat, o co ci chodzi?”. Struchlałem. To jest ta pamięć DNA, o której teraz piszę. To jest pamięć Masady i niewoli egipskiej. To nie jest lektura. To jest pamięć Syberii, Kamczatki, Katynia i Monte Cassino. Nasze dzieci muszą sobie dopiero z tego zdać sprawę.

– Czy sądzisz, że Alek w tej ucieczce od siebie samego może siebie odnaleźć?

– To zależy, czy znajdzie swoją miłość. Podstawowe w człowieku jest pragnienie miłości albo lęk przed samotnością. Sprawy ojczyźniane są wtórne. Człowiek, jak jest szczęśliwy, nie będzie pytał o uwarunkowania historyczne. A kiedy ma zawody miłosne, gdy zostaje sam, zaczyna szukać źródeł swych nieszczęść w sprawach narodowych.

– Przewracasz hasło: Bóg, honor, ojczyzna.

– To jest nieprawda. Pojęcie Boga jest bardzo szerokie. Bóg to jest nasz los, nasi bliscy. To jest wszystko, co się wiąże z pomyślnością człowieka. Wszystko, co jest nieszczęściem człowieka, nazywamy szatanem, nie wiedząc, że nie ma jednego bez drugiego, że musimy przejść przez niebo, piekło i czyściec. Człowiek, który jest wiecznie szczęśliwy, jest kretynem albo świetnym aktorem. Są ludzie, którzy się nigdy nie przyznają do niepowodzenia.

Odnaleziona triada

– Wydaje mi się, że te bolesne wyjazdy twojego ojca i syna miały ten błogosławiony skutek, że zbliżyły was do siebie.

– Zgadza się. Dopiero w Izraelu przekonałem się, że ojciec się mną interesował. Kiedy pierwszy raz wylądowałem turystycznie w Ziemi Świętej w 1979 roku, ojciec próbował mi coś radzić. Powiedziałem, żeby dał sobie spokój, bo nie ma o mnie kompletnie pojęcia. W tym jednym zdaniu wylałem cały żal, że jako dziecko nie odczułem ciepła z jego strony, że nie miałem domu, że byłem odrzucony. Wtedy on bez słowa poszedł do pokoju i przyniósł kartonik, w którym zgromadził wszystkie moje wiersze i recenzje o mnie. Był twardzielem, nie okazywał uczuć, ale przyglądał mi się z oddali. W jednej chwili przejrzałem, że cała moja ocena jego ojcostwa była nieprawdziwa.

Z Alkiem jestem prawie codziennie na skypie. Codziennie widzę jego żywy obrazek. Falujący, nieostry. Syn trochę jak z lampy Aladyna, ale bardzo realny. Wczoraj powiedział mi, że ma pretensje, iż wyjechaliśmy z Izraela. „Powinieneś mnie dać obrzezać i wiedziałbym, kim jestem”. Powiedział to w stanie emocji.

– Może miał w jakimś stopniu rację? Może przed laty, szukając siebie, pogubiłeś bliźnich?

– Nie, ja nic nie szukałem, to były ruchy histeryczne. A on to mówił w emocji. Niedobre jest diagnozowanie świata na poziomie wzmożonego dopływu adrenaliny. Otóż ja nie zrobiłem niczego w życiu na poziomie wzmożonej adrenaliny.

– Olku, naprawdę? Nie popełniłeś żadnego morderstwa w afekcie? Morderstwa uczuć, przyjaźni?

– Nie, dlatego że we mnie miłość zawsze przeważała nad niechęcią. Ja bym się nie zniżył do popełnienia podłości, gdyby mi nawet miała przynieść korzyść. Ja jestem frajer po prostu.

– Nigdy nie zachowałeś się podle?

– Nie, robiłem kiedyś taki rachunek. Zawsze w momentach takich wyborów, gdy mnie kusiło ku złu, czułem istnienie Siły Wyższej.

– A gdy zostawiałeś swoje kobiety? Miałeś kilka żon.

– Najbliższa mi istota, moja druga żona, żyje ze mną w przyjaźni do dziś i z moją obecną żoną. Ja bardzo chciałem mieć małe dziecko, a ona nie mogła. Ja instynktownie uciekałem w życie.

Opowiem ci mój niezwykły sen. To był sen bez mgły, jak w rzeczywistości. Jeden do jeden. Śniło mi się, że byłem na śniadaniu u Jana Pawła II. Papież zapytał mnie: „Olku, kiedy staniesz przed Stwórcą, to co mu powiesz?”. „A powiem mu, że nie grzeszyłem”. Nagle otworzyłem oczy i powtórzyłem: nie grzeszyłem. Udzieliłem sobie absolucji.

– Ten sen to może zbawienie, a może śmiertelna pokusa. Paweł VI powiedział, że grzechem naszych czasów, jest utrata poczucia grzechu… Czy sądzisz, że przez dowcip można się zbawić?

– Jedno jest pewne, że bez dowcipu życie byłoby zabójczo nudne. Może w ogóle jest bez niego niemożliwe. Żydowski szmonces jest przejawem Boga. Żydowski szmonces nie ma kolców. Jest czystą miłością.

– To powiedz mi na koniec jakiś szmonces.

– Ty wiesz, że wedle prawa żydowskiego nie można pochować człowieka, o którym nie można powiedzieć nic dobrego? No więc umarł taki skurczybyk i cuchnie. Gmina rozpisała konkurs. I zgłosił się facet, że powie coś nad trumną. Wszyscy odetchnęli. Zgromadzili się i słuchają. „Wszyscy wiemy, że zmarły był skończonym łajdakiem, oszustem i mordercą. Ale pozostawił po sobie dwóch synów… przy których zmarły jest aniołem”.

– Olek, to chyba nie jest najszczęśliwsze zakończenie. Można ten szmonces odczytać dwuznacznie.

– To opowiem ci dowcip, który opowiada o moim przyjacielu. To znaczy pasuje do niego. Otóż Jurek mieszkał pół roku w Izraelu, a pół roku w Rosji. W końcu władze nie wytrzymały i wezwały go, żeby się zdecydował, gdzie mu lepiej. A on na to „Zdies do dupy, tam do dupy, ale te przesiadki w Paryżu!”. Wiesz, to nie chodzi o ten Paryż. Wieża Eiffla czy Pola Elizejskie mnie nie powalają. To chodzi o drogę. Tak naprawdę człowiek może zamieszkać tylko w drodze.


Jan Grzegorczyk - pisarz, w latach 1982-2011 roku redaktor miesięcznika "W drodze". Wydał m.in. "Dziurawy kajak i Boże miłosierdzie", pięcioksiąg "Przypadki księdza Grosera", opowiadania "Niebo dla akrobaty", powieści "Chaszcze i Puszczyk". Jego ostatnią książką jest Święty i błazen, rozmowa z Janem Górą, która jest swoistym testamentem ojca Jana. (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

Skrawek nieba

Śmierć użyteczna

Pożegnanie z Afryką

Najdziwniejsze oklaski w moim życiu

Żeby się ludzie pośmiali


komentarze



Facebook