Uwierzyć Bogu
Czym tak naprawdę jest wiara? I czego może nas nauczyć sytuacja Augustyna, który wierzył w Boga, ale nie wierzył Bogu?

Kiedy ostatni raz czytałem Wyznania św. Augustyna, uderzyło mnie coś, czego wcześniej nie dostrzegałem. Choć jego życie było – jak sam przyznaje – błądzeniem po omacku w ciemnościach, nigdy nie zwątpił ani w istnienie dobrego Boga, ani nie wyobrażał sobie wyznawania religii, która byłaby niezwiązana z postacią Jezusa Chrystusa. Uświadomiłem sobie nagle, że Augustyn nigdy nie miał problemu z tym, żeby uwierzyć w Boga – jego problem był zupełnie innej natury. Polegał na tym, że przyszły biskup Hippony nie potrafił żyć prawdziwie po Bożemu. Jak wiemy, szczególnie bolało go przywiązanie do rozkoszy seksualnych i niemożliwość zrezygnowania z nich, który to dylemat został rozwiązany dopiero w momencie nawrócenia w ogrodzie Kasycjakum. Augustyn nie nawrócił się na chrześcijaństwo w sensie przyjęcia chrześcijańskiej nauki czy intelektualnego zaakceptowania dogmatów, było to raczej nawrócenie się na chrześcijańskie życie, całkowicie i bezwarunkowo oddane Bogu. Przyszły święty nie miał nigdy kłopotu z tym, żeby uwierzyć w Boga; miał jednak kłopot z tym, żeby uwierzyć Bogu.

Wydało mi się to tak odmienne od naszego współczesnego punktu widzenia. W ciągu ostatnich dwustu lat – za sprawą niewłaściwego zrozumienia roli, jaką nauki przyrodnicze odgrywają w poznaniu rzeczywistości – podstawowym problemem filozofów i w ogóle ludzi myślących stało się pytanie, jak w ogóle uwierzyć w istnienie Boga, Jego kochającą obecność w świecie i opatrzność. Czy nauka je wyklucza? Czy filozofia potrafi je udowodnić? Czy zakład Pascala może nas przekonać? Innymi słowy: co zrobić, żeby ten, kto nie wierzy, uwierzył. To, co przeczuwał już Pascal, czyli wrażenie osamotnienia i opuszczenia człowieka w przerażającej próżni bezdusznego kosmosu, było całkowicie obce Augustynowi i większości jemu podobnych ludzi. Jest to oczywiście cena, którą przyszło nam zapłacić za rozwój nauki i technologii. Przyniósł on wiele dobrego, a jednocześnie odarł wszechświat z sensu i symbolizmu, który wcześniej był dla ludzi przeważnie czymś bezdyskusyjnym. Jednak pytanie, które pojawiło się we mnie w związku z tym, było bardzo konkretne: czym tak naprawdę jest wiara? I czego może nas nauczyć sytuacja Augustyna, który wierzył w Boga, ale nie wierzył Bogu?

Fenomen wiary należy do tych, którym zawsze warto jest poświęcać uwagę i którego nigdy do końca nie zbadamy intelektualnie. Samo pojęcie wiary, takie, jakiego używamy w tradycji chrześcijańskiej, jest wieloznaczne i mieni się rozmaitymi odcieniami. Przyznam, że pierwsze skojarzenie, które przychodzi mi na myśl, a być może jest ono bardziej powszechne, to wiara jako uwierzenie w coś, przyjęcie prawdy, której nie mogę sprawdzić. W ten sposób wierzę w istnienie elektronów oraz dinozaurów. Szczególnie dobitnie widać to właśnie na przykładzie wiary w istnienie Boga. Jak mam uwierzyć w istnienie Istoty, która wymyka się takim formom poznania, jak naukowe, racjonalne czy to codzienne, zdroworozsądkowe, z którego przywykliśmy nieustannie korzystać? Wiara w tym rozumieniu jest to zatem pewien akt woli i rozumu, gdy zetknąwszy się ze stwierdzeniem: „Bóg istnieje”, odpowiadam: „Tak, istnieje. Wierzę w to”.

Wierzyć we wszystko

Jednak lektura Wyznań św. Augustyna może uświadomić nam, że tak pojmowana wiara, choć ważna, jest zarazem czymś, na czym w żadnym razie osoba poszukująca Prawdy nie powinna się zatrzymywać. Warto przywołać tutaj grecki termin pistis, obecny w Ewangeliach i nowotestamentowych listach, który tłumaczymy właśnie jako „wiarę”. Pistis nie ogranicza się do „wiary w coś”, czyli do – nawet gorliwego i emocjonalnego – zaakceptowania pewnego sądu o rzeczywistości. W greckich tekstach klasycznych czasownik pisteuo oznaczał: „ufam komuś” albo „wierzę komuś”zawsze odnosił się do relacji osobowej. W języku prawniczym opisywał powierzenie komuś własności. Podobne znaczenie miała łacińska fides (wiara) – która pojawiła się w Wulgacie – ale w łacinie brak czasownika pochodzącego od tego słowa; jest jedynie credo, który, może niezbyt szczęśliwie, oznacza: „wierzę”, „mniemam” lub „jestem przekonany”. Zarówno pistis, jak i fides jest to stan zaufania do danej osoby, pokładania w tej osobie wiary. Historycznie dopiero greka Nowego Testamentu używa tego słowa w odniesieniu do pewnych prawd, w które możemy pisteuein – „wierzyć”.

Antycznemu czytelnikowi Nowego Testamentu słowo pistis musiało przywodzić na myśl kontekst relacji osobowej i tego zawierzenia czy powierzenia się komuś, którego niestety nie ma w samym akcie uwierzenia w istnienie Boga czy jakikolwiek inny dogmat. Jezus w Ewangelii św. Jana mówi Nikodemowi, że ten, kto uwierzy w Syna Człowieczego, będzie miał życie wieczne. Czy nasza współczesna intuicja nie każe nam myśleć, że chodzi tutaj o powiedzenie: „Tak, wierzę, że Jezus jest Synem Bożym”? Myślę jednak, że pistis w Jezusa implikuje coś o wiele głębszego i trudniejszego, a mianowicie uwierzenie nie w Jezusa, a Jezusowi, zaufanie i całkowite powierzenie się Mu.

Podobnie musiał odczuwać św. Paweł, kiedy owej pistis w Chrystusa nadał tak ogromną rolę w swoim nauczaniu. Ta pistis sprawia, że Jezus zamieszkuje w naszych sercach i napełnia nas swoją miłością, wyższą ponad wszelkie poznanie (Ef 3,17); przynosi usprawiedliwienie, jest łaską i darem Ducha Świętego. Z jednej strony, żeby uwierzyć Jezusowi w pełni, trzeba uczynić pierwszy krok i uwierzyć, że jest On Synem Bożym. To jednak dopiero początek wiary. Pistis bowiem oznacza coś o wiele trudniejszego, głębszego i w istocie nieogarnionego. Jest to zaufanie do osoby, a w tym konkretnym przypadku – do Osoby. Ten sens wiary pojawia się z wyjątkową mocą we fragmencie Hymnu o miłości, który jest naprawdę intrygujący i poruszający, jeśli weń wniknąć. Na początku Paweł pisze, że wiara bez miłości nie ma znaczenia, później zaś łączy wiarę z miłością wyjątkowo ściśle, gdy mówi: „wszystko zniesie, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję” (1 Kor 13,7). W oryginale czytamy panta pisteuei – i zgodnie z naszym, racjonalistycznym często, rozumieniem wiary, trzeba by to przełożyć: „wierzy we wszystko”. Ale to przecież niedorzeczność – jeśli miłość wierzy we wszystko, to jest naiwna i nie wierzy tak naprawdę w nic. Nie to miał na myśli autor 1 Listu do Koryntian. Panta pisteuei wyraża właśnie to tajemnicze zaufanie, zawierzenie, o którym próbuję pisać. Wierzyć we wszystko to tak całkowicie oddać się Bogu, że każde wydarzenie, każda rzecz stają się przedmiotem naszego zaufania, ponieważ Bóg wszystko zawiera w sobie, a zarazem w najmniejszym pyłku obecny jest ze swoim nieskończonym istnieniem, mocą i świętą obecnością.

Oddanie się, powierzenie i zaufanie

Zawierzenie wszystkiemu, które jest owocem doskonałej miłości, stanowi cel życia chrześcijańskiego. Kiedy wsłuchuję się w to zdanie – „wszystkiemu wierzy, ufa” – wyobrażam sobie, że dla człowieka rzeczy stają się tutaj niemal przezroczyste, odsłaniając tę kochającą Obecność, która je stwarza, podtrzymuje i przez nie prześwituje w wiecznej teraźniejszości. Pięknie pisze o tym ojciec Thomas Keating w książce Liturgia i kontemplacja: na najwyższym stopniu modlitwy kontemplacyjnej rzeczywistość jawi się jako Bóg dający siebie samego we wszystkim 1. Wtedy prawdziwie możemy ufać wszystkiemu, wszystkiemu wierzyć, ponieważ Bóg jest wszystkim we wszystkim.

Zanim jednak tam – z łaską Bożą – dojdziemy, musimy zrobić pierwszy krok na drodze pistis. Jest nim uświadomienie sobie, że nie wierzymy w intelektualne sądy o rzeczywistości, ale wierzymy Osobie. Wiara jest relacją osobową i – jak pisze Benedykt XVI w Deus caritas est – jest formą miłości. Ojciec Święty zwraca uwagę na ten aspekt wiary, który jest tak żywy w greckiej pistis – oddanie się, powierzenie i zaufanie. Kiedy uczynimy ten pierwszy i jakże ważny krok, problemem przestaje być to, czy potrafimy we wszelkich okolicznościach utrzymać przekonanie o prawdziwości dogmatów naszej wiary, a staje się nim to, czy w każdych okolicznościach zdołamy porzucić naszą potrzebę kontroli, planowania i tłumaczenia sobie wszystkiego i po prostu powierzyć się Temu, który zawsze z miłością patrzy nam w oczy, nawet jeśli odwrócimy się do Niego plecami. Tak rozumiana wiara jest w tym życiu nieograniczona – zaufanie może rosnąć nieustannie, ponieważ każde nowe wydarzenie jest wyzwaniem dla naszej wiary, jest pytaniem Boga: czy wciąż jesteś gotowa czy gotów Mi zaufać? Czy chociaż nie rozumiesz, nie chcesz, cierpisz, nie zgadzasz się, masz dość – czy wciąż możesz Mi zaufać? Takie zaufanie jest jak płomień, który pochłania i przemienia w siebie wszystko, co napotka i wszystko staje się dla niego paliwem, podsycającym jego istnienie. Św. Paweł powiada, że kiedy zobaczymy twarzą w twarz, pistis, a wraz z nią – elpis (nadzieja, czy raczej oczekiwanie, spodziewanie się), wygasną i pozostanie tylko agape – miłość. Ale być może wtedy pistis nie znika, a po prostu objawia swoje prawdziwe oblicze – okazuje się, że jest miłością?

Najlepsza ścieżka

Chrześcijański ideał wiary jako wierzenia raczej „komuś” niż „w coś” jest wspaniale, obrazowo i symbolicznie opisany w opowiadaniu C. S. Lewisa Książę Kaspian, które należy do zbioru Opowieści z Narnii? 2. Kluczowy moment historii to sytuacja, w której Łucja spotyka Aslana, a Wielki Lew poleca jej wrócić do towarzyszy, obudzić ich w środku nocy i przekonać, żeby poszli w zupełnie innym kierunku, niż planowali. Aslan wie, że droga, którą obrali, jest niewłaściwa, ale właśnie ta błędna ścieżka wydaje się z racjonalnego punktu widzenia najszybsza i najbezpieczniejsza. Droga, którą chce drużynę poprowadzić Lew, wydaje się absurdalna i niemożliwa do przejścia. Aslan daje więc Łucji nie lada zadanie do wykonania: przekonać grupę starszych od niej towarzyszy, że mają porzucić swoje plany i przeświadczenia i pójść całkowicie niedorzecznym szlakiem, tylko dlatego, że Aslan o to prosi.

Łucja wraca do obozu i opowiada, że widziała Aslana. Nie może jednak liczyć ani na wiarę, ani na wyrozumiałość. Towarzysze są pełni wątpliwości, a starsza siostra Zuzanna zarzuca jej wręcz, że nie widziała Aslana, ale tylko jej się wydawało. Po stronie Łucji staje jednak brat Edmund. Nie jest on wcale bardziej niż inni przekonany o słuszności zmiany trasy wędrówki. Jednakże postanawia uwierzyć Łucji jako osobie. Nie próbuje uwierzyć w to, co ona mówi, ale zaufać jej, dlatego Edmund w tym fragmencie symbolizuje człowieka wiary. Zuzanna nie wierzy Łucji, a Zuchom karzeł nie wierzy nawet w istnienie samego Aslana.

Kiedy jednak towarzysze podążają za Łucją, okazuje się, że droga, którą ona wskazuje, jest jedyną drogą w tej sytuacji. Prowadzi ich sam Aslan, którego początkowo widzi tylko Łucja. Z biegiem czasu jednak dostrzega go także Edmund, ale reszta wędrowców nie jest w stanie zobaczyć Lwa, choć idzie on przed nimi. Stopniowo każdy – w zależności od poziomu żywionej wiary – dostrzega Aslana. Karzeł ateista przestaje wątpić dopiero wtedy, kiedy Aslan staje przed nim i udowadnia mu swoje istnienie, bawiąc się z nim jak rozbrykany kot. Lewis w piękny sposób pisze o naturze chrześcijańskiej pistis. Po pierwsze, jest ona zaufaniem do osoby – w tym przypadku do Łucji, która, jak wielcy mistycy i prorocy, widziała Aslana twarzą w twarz i teraz przekazuje jego słowa towarzyszom. Po drugie, takie zawierzenie wymaga zawieszenia naszych sądów, opinii, kalkulacji i planów. Przyjaciele Łucji muszą zrezygnować z tej ścieżki, która wydaje się im najrozsądniejsza, na rzecz takiej, która wydaje się niedorzeczna, a za jedyną podstawę mają słowa dziewczynki. Wiara często na tym właśnie polega: bierzemy w nawias nasze przekonania i projekty, żeby móc powierzyć nasze życie Bogu. Mówimy niejako: „Nie wiem, dokąd ta droga prowadzi i chciałbym iść w inną stronę, ale wierzę Ci, że prowadzisz mnie najlepszą ścieżką”. Po trzecie wreszcie, wiara przekształca się w widzenie. Edmund, który miał głęboką pistis, zobaczył szybko Aslana; ci, którym brak było zaufania, przez długi czas nie mogli nic dojrzeć.

Widzenie Boga w ciemnościach

Wiara nie tylko umożliwia ostatecznie mistyczne widzenie Boga – ona w pewnym sensie jest widzeniem, poznaniem, choć zupełnie innym niż racjonalne. Najklarowniej chyba pisał o tym św. Jan od Krzyża, dla którego w miarę wzrostu duchowego wiara coraz mniej miała wspólnego z wiarą w coś, a coraz bardziej stawała się widzeniem Boga w ciemnościach. Przejmująca jest w istocie droga na Karmel, ponieważ trzeba odwrócić się od jasnej i swojskiej ścieżki religijnych obrazów, pojęć, rozważań, pobożnych uczuć i naszych ludzkich wyobrażeń na temat Boga, a wejść na ścieżkę ciemną, nieznaną i obcą, taką, na której nie widzimy nawet, gdzie postawimy następny krok. Wtedy jedyne, co nas prowadzi, to zaufanie, wiara Temu, który nad nami czuwa. Podobnie jednak jak dzieci w Opowieściach z Narnii, krocząc tą ścieżką z wiarą, wreszcie zaczniemy widzieć Tego, któremu zaufaliśmy.

Starałem się tutaj uchwycić tylko pewien aspekt chrześcijańskiej wiary, ale aspekt w moim odczuciu fundamentalny. W naszych czasach, kiedy problem wiary i niewiary sprowadzamy często do „wiary w” Boga, w to, że Jezus jest Jego Synem albo w to, że zmartwychwstał, warto pomyśleć czasem, że zupełnie czymś innym i głębszym jest pistis. Jest to wiarazaufanie do Boga i Jego Syna, Jezusa Zmartwychwstałego, powierzenie się i oddanie w każdej chwili, szczęśliwej i bolesnej, przekształcenie naszego kontrolującego „ja” w dziecięcą ufność, że choć idziemy w ciemnościach, droga zawsze prowadzi do domu. Święty Augustyn tęsknił za wiarą i modlił się o nią. Kiedy jednak pisał o tym, że wiara jest łaską i darem Boga, nie miał na myśli tylko akceptacji pewnych prawd. Tym, za czym tak tęsknił i co zostało mu dane w momencie nawrócenia, była zdolność do całkowitego zaufania Bogu, oddania mu siebie. W tym sensie wiara ogarnia całe nasze życie – jeśli tylko odnajdziemy w sobie ufność w stosunku do życia, do samych siebie i do Boga. Wtedy nawet w największym mroku jest we mnie światełko nadziei, ponieważ wiem, że ta droga prowadzi do domu, nawet jeśli nie wiem, gdzie postawię za chwilę stopę. Nie ma miejsca, które byłoby poza Bogiem i w pewnym sensie nie ma drogi, która by ku Niemu nie prowadziła, ku tej Miłości, w której żyjemy, poruszamy się i jesteśmy.

 

1 Thomas Keating OCSO, Liturgia i kontemplacja, przeł. K. Pachocki, Poznań 2006, s. 118.
2 C. S. Lewis, Opowieści z Narnii, t. 1, przeł. A. Polkowski, Warszawa 1991, s. 257–280.


Mateusz Stróżyński - ur. 1979, filozof i filolog klasyczny, w tym roku kończy studia psychologiczne. Pracuje jako adiunkt w Instytucie Filologii Klasycznej UAM, gdzie zajmuje się zagadnieniami mistyki i ćwiczeń duchowych w filozofii antycznej. Interesuje się również związkami między duchowością i psychoterapią w rozwoju człowieka. Mieszka w Poznaniu. (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

Chrześcijański zen

Patrzyłeś Bożymi oczami

SYTUACJA GRANICZNA

Wielkie drzewo z małego ziarnka

MIERNY, BIERNY, ALE... WIERNY


komentarze



Facebook