Tak bardzo inaczej
Dz 2,14.22-2 1 P 1,17-21 Łk 24,13-35

8 kwietnia 2002 roku szedłem ulicami Budapesztu w kiepskiej formie duchowej. Było to nazajutrz po pierwszej turze wyborów parlamentarnych na Węgrzech. Podobnie jak wielu Węgrów liczyłem na zwycięstwo dotychczas rządzącej partii, która przez cztery lata wiele dobrego zrobiła dla węgierskiego społeczeństwa i dla Kościoła. Prawica jednak przegrała, co było dla wielu wielkim ciosem. Idąc tak, rozmyślałem i biadoliłem nad ową polityczną klęską. Nagle jednak przypomniałem sobie słowa uczniów z Emaus: „A myśmy się spodziewali, że właśnie On miał wyzwolić Izraela…”. W tym momencie poczułem, że moje doświadczenie jest zupełnie takie samo, jak owych uczniów. Sporo wiedzieli o swoim Mistrzu, o Jego skutecznej działalności wśród ludu, doświadczyli wielkości i mocy Pana i byli głęboko wstrząśnięci wydarzeniami ostatnich dni. Problem w tym, że mieli własny scenariusz zwycięstwa Jezusa Chrystusa i ten po ludzku wymyślony happy end rozpadł się na kawałki.

My także mamy możliwość wsłuchania się w opowieść o zwycięstwie naszego Pana, które przekracza nie tylko ramy życia politycznego czy społecznego, ale i każdy inny wymiar naszego życia. Ktoś np. tak bardzo liczył na to, że długo jeszcze będzie pracował w firmie, a tu z dnia na dzień dostaje wymówienie. Młode małżeństwo tak bardzo chciałoby mieć więcej niż jedno dziecko i tak bardzo modliło się o nie, a jest to niemożliwe ze względów zdrowotnych. Gorliwy kapłan marzy o sukcesach duszpasterskich, a przełożony podcina mu skrzydła.

Potrzebna jest niekiedy długa droga, aby przestawić się na inną wersję zwycięstwa Pana. Dopiero z czasem, gdy wsłuchamy się w pocieszające słowo naszego Współtowarzysza drogi, dociera do nas pełny sens wszelkich wydarzeń – i tych z Ewangelii, i tych naszych, zwłaszcza osobistych klęsk i niepowodzeń. Stopniowo zarysowuje się również nadprzyrodzona perspektywa na przyszłość, serca nasze stają się skore do uwierzenia we wszystko, co stało się w Jerozolimie i co może się stać, zmienić w nas, w naszych rodzinach, w kraju. Dopełnieniem wędrówki ze świętym Tłumaczem jest eucharystia. Ta sama liturgia, te same znaki, gesty, od lat znane słowa modlitwy eucharystycznej. To misterium prześwietlone żywą wiarą rozpala serca i dodaje skrzydeł. Jeszcze msza święta nie skończona, a już by się chciało pójść do swoich, do znajomych, żeby opowiedzieć o tym, co się stało, i upewnić ich, że Pan żyje, choć tak bardzo inaczej.

     


zobacz także

okladka

Papież przyszłych pokoleń

Być świadkiem

STRACIĆ, ŻEBY JUŻ NIE MUSIEĆ

Między Konstantynem a Benedyktem


komentarze



Facebook