Kto kocha, pomaga
Wj 22,20-2 1 Tes 1,5c-10 Mt 22,34-40

Nie będziemy mądrze kochać bliźniego, jeśli nie umiemy kochać samych siebie. Gdy nie odkrywamy siebie takimi, jakimi chciałby nas widzieć Bóg i kurczowo trzymamy się starego człowieka, to tak samo nie pozwalamy innym odsłaniać tego, co dla nich w życiu przygotował Bóg. Kochamy wtedy bliźnich na obraz i podobieństwo swoje, nachalnie uzurpując sobie prawo stanowienia o ich rozwoju. Tymczasem kochać drugiego człowieka to pomagać mu dojrzewać do tej miary, której pragnie dla niego Pan Bóg, pozwalać mu być sobą.

Żyjemy w świecie mentalności komercyjnej, w którym obecna jest pokusa interesowania się bliźnim tylko do granicy opłacalności, traktowania go jako tego, który zapełni moją pustkę uczuciową, stanie się tłem dla prezentacji moich wdzięków duchowych albo będzie pracować, nie otrzymując za to zapłaty.

Do instrumentalizacji bliźniego dochodzi wtedy, gdy trudno nam się powierzyć Bożej miłości, jakby była dla nas zbyt małą wartością; kiedy wydaje nam się, że musimy zarabiać na miłość, na akceptację ludzi. Robimy to, co sprawia, że inni się nami interesują. Tak można żyć długi czas, ale w końcu człowiek pada wyczerpany, bo nie jest w stanie ciągle zadowalać wszystkich. Co gorsza, możemy w podobny sposób traktować Pana Boga, sprowadzając Go do roli Załatwiacza spraw niemożliwych.

Tymczasem Bóg obdarza swoją miłością za darmo. Kocha dlatego, że człowiek istnieje. Czasami nam się wydaje, że fakt istnienia zbyt mało znaczy, żeby zasługiwał na miłość. Usiłujemy zaimponować Panu Bogu i ludziom tym, co w istocie otrzymaliśmy od samego Stwórcy. Na szczęście dobry Bóg kocha nas przede wszystkim w naszej biedzie i ogołoceniu, w tym wszystkim, co często ukrywamy przed innymi.

Jak bardzo jesteśmy napełnieni bezinteresowną miłością Bożą, można rozpoznać po tym, jak odnosimy się do ludzi, szczególnie tych, którzy nie zaspokajają naszych ambicji duchowych, towarzyskich czy finansowych. Łatwo mówić o tej miłości. Codzienność twardo jednak pokazuje, że kochać nie jest tak prosto, że czasami człowiek staje bezradny wobec swojej interesowności uwikłanej w komercyjność świata. Łatwiej o bezinteresowność, gdy inni o nią się troszczą, ale jak żyć taką miłością, gdy inni działają głównie w kategoriach własnej korzyści?

Nawet najmniejszy krok ku miłości jest zaproszeniem Pana Boga do pomnażania daru serca. Nie zawsze potrzeba czegoś wielkiego, by okazać miłość, ale starczy to, co w zasięgu ręki, bo jak powiedziała moja pięcioletnia siostrzenica: „Kto kocha, pomaga”.


Przemysław Herman OP - ur. 1963, dominikanin, jest duszpasterzem związków niesakramentalnych, mieszka w Gdańsku. (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

Nowe przykazania kościelne

STWORZON Z KRAINY BUCZĄCYCH WIATRAKÓW

SAM PRZECIWKO WSZYSTKIM

Opowieści kolczastego drutu

Milion złotych


komentarze



Facebook