W firmie jak w rodzinie
"Być czy mieć"? - dylemat często przywoływany przez Kościół - to w istocie niemądra alternatywa. Przypomina pytanie dziecka o to, którego z rodziców kocha bardziej. To przecież oczywiste, że najpierw trzeba mieć, aby potem móc dać.

Cztery lata temu „Gazeta Wyborcza” zapytała Polaków, czy zgodziliby się mieć za szefa „katolika podkreślającego swoją religijność”. Twierdząco odpowiedziało trzy czwarte ankietowanych. Czy na przełożonego w pracy spogląda się w ogóle przez pryzmat wiary?

Pracownikom najbardziej zależy na tym, aby uczciwie zarabiać. Choćby nie wiem jak bardzo katolicki był szef – jeśli źle płaci, niewiele mu pomoże. To zasada najważniejsza: uczciwie traktować podwładnych, dobrze wyceniając ich pracę.

Z moich obserwacji wynika, że do katolicyzmu przyznaje się większość członków tzw. kadry zarządzającej. Odgrywa on swoją rolę: nasze rozmowy zwykle kończą się konkluzją, że bez fundamentu katolickiego nie istniałaby właściwie etyka pracy. Jeżeli wierzymy, obowiązują nas przykazania. To one, w ostateczności, po-winny podpowiadać konkretne decyzje.

Firmy rodzinne, takie jak moja, i korporacje, to dwa różne światy. W tych drugich nie ma mowy o religii, trzeba wykonywać zadania. Dziewięćdziesiąt procent korporacji jest nastawionych na jak najszybszy, maksymalny zysk. Czasem w tzw. misji firmy znajdują się zagadnienia odpowiedzialności społecznej lub polityki środowiskowej. Chodzi głównie o działania wizerunkowe – ile są one warte w praktyce, mówi nam dziś stan Zatoki Meksykańskiej, której wody zatruł w 2010 roku koncern BP.

Czy w pana firmie jest dział PR?

Nie. Herbewo to niewielka firma, zatrudniająca tylko osiemnaście osób. Ponieważ jednak funkcjonujemy na zas (...)

Dostęp do treści serwisu jest płatny.


Aby wyświetlić pełny tekst musisz być zalogowany
oraz posiadać wykupiony dostęp do tego numeru.

     


zobacz także

Daj się złowić Rybakowi!

okladka

okladka

Komunia a telekomunikacja


komentarze



Facebook