Archwium > Numer 462 (02/2012) > Reportaż > KATOLIK CHODZI NA JOGĘ

KATOLIK CHODZI NA JOGĘ
Kiedy Beata powiedziała swoim przyjaciołom, że chodzi na zajęcia jogi, uznali, że to grzech. Przyjaźń nie wytrzymała.

Przeważają kobiety, chociaż mężczyzn też można spotkać. Pod okiem nauczyciela wykonują karkołomne figury gimnastyczne – asany – i ćwiczą sztukę głębokiego, miarowego oddechu – ma poprawić witalność ciała i jasność umysłu. Czasami medytują.

Mówią, że ćwiczą dla zdrowia, relaksu, żeby się odstresować. Zapewniają, że mają lepszą kondycję, mniej się denerwują, są bardziej zorganizowani.

Kapłan: – Niektórzy z chodzenia na jogę się spowiadają.

Definicja

Encyklopedia PWN:

Joga (sanskr. yoga „zaprzęganie”, „łączenie”, „ujarzmienie”, „skupienie”), jeden z sześciu indyjskich ortodoksyjnych systemów filozoficznych, opracowany przez Patańdżalego (II–I w. p.n.e.); zawiera główne założenia sankhji oraz własną metodę soteriologiczną – praktyki ascetyczno-mistyczne, mające na celu osiągnięcie doskonałości duchowej; także system ćwiczeń praktykowanych dla osiągnięcia jakiegoś celu (zwłaszcza doskonałości duchowej), przyjęty przez większość indyjskich kierunków filozoficznych i religijnych.

Teren

Mocno zajęta, dobrze zorganizowana, poszukująca, otwarta na świat, pełna zaufania do tego, co niesie życie, wychowana w szacunku do wartości rodzinnych, żyjąca w związku partnerskim, nowoczesna, ale na pewno nie wojująca feministka – przedstawia siebie Aneta (brunetka, smukła, wysportowana sylwetka).

Rozmawiamy w siedzibie jej firmy – jednej z dwóch, które posiada. Pilnuje czasu wyznaczonego na rozmowę – musi zdążyć po dziecko do szkoły. Widać, że jest poukładana i wszystko ma zaplanowane.

Jogę ćwiczy od jedenastu lat. – Człowiek potrzebuje aktywności fizycznej. Jedni chodzą na aerobik, inni na basen, a ja wolę jogę – mówi Aneta. Z ćwiczeń czerpie podwójną korzyść: lepszą kondycję i koncentrację. – Dzięki jodze mam wszystko w pigułce, bo joga to uspokojenie ciała i duszy. To mój teren, moja przestrzeń, w której dobrze się czuję.

***

Beata – delikatna, starannie dobierająca słowa blondynka. Jej wielką pasją jest fotografia – pracowała wiele lat w największej polskiej gazecie.

Z jogą zetknęła się pięć lat temu i od razu złapała bakcyla. Od trzech lat ćwiczy regularnie, a dla grupy znajomych sama prowadzi zajęcia. – Gdy ćwiczysz i właściwie oddychasz, to wyciszasz umysł. Pracę, problemy zostawiasz za sobą – tłumaczy mi.

Beata wiele w życiu przeszła. Wie, co to zmartwienia. Twierdzi, że oprócz wiary i psychoterapii, którą podjęła w trudnym dla siebie momencie, także joga pomogła jej wyjść na prostą. – Dzisiaj znowu cieszę się życiem – mówi.

Istotnie, uśmiech nie schodzi z jej twarzy.

Mędrzec

Jedne źródła podają, że żył w II, inne – że w IV wieku po narodzeniu Chrystusa. Ryszi Patańdżali, indyjski mędrzec i nauczyciel. To on spisał jogiczne techniki ascezy i medytacji oraz przedstawił psychosomatyczne i filozoficzne aspekty jogi. Traktat nazywa się Jogasutry – to elementarz joginów. Nie jest długi – składa się ze 195 zwięzłych aforyzmów, czyli sutr.

Jednak wiedza na temat jogi jest dużo starsza – liczy kilka tysięcy lat. Wspominają o niej już tysiąc lat przed naszą erą Wedy, a potem Upaniszady – święte księgi hinduizmu. – Patańdżali był tym, który skodyfikował zasady jogi – wyjaśnia Ewa, nauczycielka jogi.

Czym jest joga? – Na pewno nie jest religią. To bardzo głęboki, filozoficzny sposób patrzenia na świat – mówi Ewa.

Według Patańdżalego najlepiej istotę jogi oddają druga i trzecia sutra z rozdziału pierwszego:

„Joga jest to powściągnięcie zjawisk świadomości”.

„Wtedy widz utrzymuje się w swojej właściwej naturze”.

Ewa: – Chodzi o osiągnięcie stanu wyciszenia i równowagi, żeby umysł nie był niepotrzebnie zajęty i rozbiegany. Czyli o potrzebę zdyscyplinowania sposobu postępowania, aby żyć w harmonii z sobą i światem.

W potocznym rozumieniu joga kojarzy się głównie z wykonywaniem trudnych ćwiczeń gimnastycznych, tak zwanych asan połączonych z pranajamą – nauką właściwego oddychania. – Asany i pranajama są po to, aby nasze ciało było zdrowe. Ale dzięki temu, że ciało jest zdrowe, zdrowy jest także nasz umysł i na odwrót, bo tutaj zależność jest wzajemna – wyjaśnia Ewa.

Oprócz asan istotą jogi są także pewne zasady postępowania, którymi jogin powinien się w życiu kierować. – Są podobne do dziesięciu przykazań – twierdzi Ewa. I tłumaczy: – Jest zasada niekrzywdzenia, życia w prawdzie, zadowolenia z tego, co mamy. Ich przestrzeganie zaoszczędza wielu konfliktów.

W kręgu cywilizacji zachodniej joga jest traktowana przede wszystkim jako ćwiczenia fizyczne. – Kiedyś asan było niewiele – mówi Ewa. – Dzisiejsza joga jest połączeniem prastarej jogi z systemem gimnastycznym Anglików, którzy podbili Indie i panowali tam kilkaset lat – dopowiada nauczycielka jogi.

A jednak pierwszym z krajów zachodniej cywilizacji, do których joga dotarła masowo, nie była wcale Anglia, lecz Stany Zjednoczone. Do dziś są tam jedne z najlepszych na świecie szkół jogi.

Do Polski joga zawitała sto lat temu. Jej pionierem był Wincenty Lutosławski, stryj znanego kompozytora Witolda. Jeszcze przed pierwszą wojną światową wydał książkę Rozwój potęgi woli – opisał w niej, jak ćwiczenia z jogi wyleczyły go z ciężkiej nerwicy i jak wiele człowiek może zdziałać w swoim życiu dzięki silnej woli.

Po drugiej wojnie światowej jogę popularyzowała Malina Michalska, była tancerka związana z warszawską operą i operetką. Pół wieku temu zaczęła prowadzić zajęcia, które znalazły uznanie słynnej Bihar School of Yoga w Indiach. W 1972 roku Michalska napisała książkę Hatha joga dla wszystkich.

Prawdziwą furorę joga zaczęła robić w czasach globalizacji. Także w Polsce: w miastach i miasteczkach jak grzyby po deszczu zaczęły wyrastać szkoły. Zdaniem Ewy, popularność jogi związana jest z modą na zdrowy styl życia. – Ludzie coraz bardziej dbają o zdrowie i szukają sposobów odreagowania codziennego stresu. A joga doskonale się do tego nadaje – uważa.

Choć joga wywodzi się z tradycji Wschodu, stała się również bardzo popularna wśród katolików. Także tych, którzy deklarują mocne przywiązanie do wiary.

Na początku polscy jogini nie mieli jednak łatwego życia. Zwłaszcza Kościół ich nie oszczędzał: jogę wymieniano jednym tchem obok satanizmu, sekt, wróżbiarstwa, radiestezji i innych dziwnych zjawisk. – Na szczęście, powoli to się zmienia – przyznaje Ewa.

Równowaga

Dwadzieścia lat wcześniej. Aneta jest w ciąży z pierwszym dzieckiem, chodzi do szkoły rodzenia. Na zajęciach dużo ćwiczeń w pozycji leżącej, nauka rozluźniania mięśni, praca z oddechem.

Ona, wysportowana (chodziła do szkoły sportowej, trenowała lekkoatletykę i pływanie), nudzi się. – To było dla mnie zbyt leniwe, ospałe – wspomina. Była przekonana, że wszystkie te ćwiczenia niczemu nie służą. Obiecała sobie, że gdy będzie jeszcze kiedyś w ciąży, poszuka bardziej dynamicznych zajęć.

Drugi raz zaszła w ciążę po dziesięciu latach – zapisała się wtedy na ćwiczenia jogi. (Namówiła ją znajoma. Aneta nie wierzy, żeby to był przypadek. Mówi, że w życiu nie ma przypadków). Na zajęciach robiła prawie to samo, co kiedyś w szkole rodzenia. – Ale tutaj czułam się fantastycznie, bo to był cały ciąg ćwiczeń – mówi. Od tamtej pory nie wyobraża sobie życia bez jogi i zaleciłaby ją najchętniej każdemu, kto skończył czterdziestkę. Ona od jogi zaczyna każdy dzień. Przy łóżku ma matę, po obudzeniu się ćwiczy rano piętnaście minut. Do tego trzy razy w tygodniu chodzi na półtoragodzinne zajęcia. – Służy to mojej wewnętrznej równowadze – zapewnia.

Kiedyś na przykład złościła się, stojąc w korku, przejmowała każdym drobiazgiem. Dziś jest bardziej opanowana i ma dystans do wszystkiego. – Z większym zrozumieniem patrzę na sytuacje konfliktowe – mówi. Ma ich niemało: troje dzieci, dwie firmy na głowie, ciągle w biegu. – I daję ze wszystkim radę – zapewnia.

Gdy zapytać, co joga zmieniła w jej życiu, odpowie: – To, że oprócz sprawności fizycznej i prostej sylwetki, zaczęłam łapać równowagę psychofizyczną.

Po chwili: – Nie jestem znerwicowanym aerobikowcem, ale skoncentrowaną świadomie osobą.

***

To było kilka lat temu – Beata pracowała jeszcze jako fotoreporter w dobrej gazecie. Miała etat, nie martwiła się o pieniądze. Brakowało jej ruchu, czasem tylko wyrwała się na basen. W prezencie dostała karnet na kilka treningów jogi. Poszła, spodobało się jej. – Poczułam, że moje ciało się rusza, wiele dotąd nieużywanych mięśni zaczęło pracować, nauczyłam się poprawniej oddychać i czułam się bardziej zrównoważona, spokojna – wspomina tamten czas.

Spokój szybko się skończył – nagle straciła pracę. Została bez środków do życia i z kredytem na mieszkanie. O chodzeniu na jogę mogła tylko pomarzyć – najtańszy miesięczny karnet kosztuje ponad sto złotych, a jej czasami nie starczało na chleb.

Przez dwa lata nie miała etatu. To był ciężki okres w jej życiu. W skrzynce na listy znajdowała ponaglenia z banku z żądaniem zapłaty zaległych rat. Nocami nie mogła spać. Bała się, że jeszcze trochę i wpadnie w depresję.

Gdy była bliska załamania, poszła na psychoterapię. Pomogło. – Odzyskałam wiarę we własne możliwości – opowiada. Pomogła jej też wiara w Boga. – Gdyby nie wiara i modlitwa, nie wiem, jakbym to wszystko przetrzymała – mówi dziś. Choć czasem buntowała się przeciwko Bogu, że w jej życiu nie ma widoków na lepsze. – Człowiek się modli, wypełnia przykazania i nic – mówi.

Dzisiaj rozumie, że trzeba być cierpliwym i nie tracić nadziei. W jej wypadku tak właśnie było: któregoś dnia spotkała koleżankę, ta namówiła ją, żeby wróciła do starej pracy – pracowała tam jeszcze przed etatem w gazecie. – Znów miałam stałą pensję i mogłam spłacać długi – mówi Beata.

Brakowało jej tylko jogi. Gdy odbiła się od dna, znowu zaczęła chodzić na zajęcia. Ćwiczyła tak dobrze, że nauczyciel poprosił ją kiedyś, żeby mu asystowała. Wtedy odkryła w sobie żyłkę nauczyciela i pomyślała: „Dlaczego nie miałabym sama uczyć?”.

Pojechała na kilkudniowy kurs do Berlina, żeby zrobić certyfikat. Pieniędzy na założenie szkoły jogi nie miała. Ale wpadła na inny pomysł: rozgłosiła wśród znajomych, że będzie udzielać ćwiczeń za drobne datki. Chętnych nie brakuje.

Beata ćwiczy ashtanga jogę – to najbardziej dynamiczny styl. Po paru latach ćwiczeń umie stanąć na głowie bez podparcia albo na barkach, założyć nogę na kark. I nauczyła się prawidłowo oddychać. – Większość ludzi tego nie potrafi – mówi.

Co daje jej joga? Dużo.

Pozbyła się bólów kręgosłupa, a cierpiała na nie od dziecka. Jest bardziej sprawna fizycznie i jest przekonana, że także intelektualnie. Poza tym zyskała lepszą koncentrację i większy spokój w sytuacjach konfliktowych – dzisiaj już byle co nie wyprowadzi jej z równowagi.

No, i lepiej poznała siebie: własne ograniczenia, złe nawyki. Kiedyś uważała, że to ona zawsze ma rację, a inni się mylą. – Dzisiaj wiem, że większe owoce będą wtedy, jeśli sama w sobie coś zmienię, niż jeśli będę chciała tylko innych zmieniać.

Trening

Niewielka sala na parterze jednej z willi w ekskluzywnej części dużego miasta. Prawie co wieczór ćwiczy tutaj po sześć, siedem osób. Ubrana w strój gimnastyczny Ewa rozpoczyna zajęcia od wstępnego rozciągania, skłonów, skrętów. Potem przychodzi czas na bardziej intensywne ćwiczenia.

Ewa prowadzi zajęcia kilka razy w tygodniu, również w dużych centrach jogi, gdzie przychodzi jednorazowo ponad 20 osób. Chociaż z zawodu jest informatykiem, nie wyobraża sobie życia bez prowadzenia lekcji jogi. Myśli nawet, że gdyby nie uczyła jogi, to na pewno zostałaby rehabilitantem, bo lubi pomagać ludziom i patrzeć, jak się rozwijają.

Na jej zajęcia przychodzą osoby w różnym wieku: siedemnastolatki i ludzie po sześćdziesiątce. Czasem rodzice wysyłają swoje dzieci, bo widzą, że od siedzenia przy komputerze ich pociechy zaczynają się garbić, przychodzą kobiety w ciąży. Ostatnio ćwiczył u niej piłkarz – chciał porozciągać pewne partie mięśni. – Bo joga porusza wszystkie mięśnie, nie ma w niej miejsc zostawionych – tłumaczy.

Dla każdego musi dobrać odpowiedni zestaw ćwiczeń. Bo przychodzą bardziej i mniej sprawni fizycznie. Ktoś z łatwością sięgnie palcami podłogi, a inny ledwo do kolan. Inne ćwiczenia musi dobrać dla energicznej nastolatki, inne dla kobiety ciężarnej.

Bywa, że niektórzy rozmijają się z oczekiwaniami. Na jogę przychodziły na przykład kobiety, które chciały schudnąć. – Ale szybko zrezygnowały, bo ćwiczenia jogi nie są do odchudzania – mówi Ewa.

Raz zrezygnowała dziewczyna, która powiedziała szczerze, że trudno jej pogodzić ćwiczenie jogi z wiarą. – Nawet nie próbowałam jej zatrzymać, bo jestem za wolnością wyboru – mówi Ewa. Chociaż sama nie widzi sprzeczności w ćwiczeniu jogi i byciu katolikiem (sama śpiewała dziesięć lat w kościelnym chórze).

Wie, że jedna z zasad jogi mówi o poddaniu się Bogu. – Ale tu chodzi o Boga, którego wyznajemy – tłumaczy cierpliwie Ewa. – Osoba wierząca dzięki jodze powinna nawet swoją wiarę umocnić.

Myśli, że z powodu jogi tylko ktoś chwiejny może zmienić swoją wiarę. Nie uważa też, by zagrożeniem dla wiary katolickiej miała być chwila skupienia, którą sama proponuje na początku każdych ćwiczeń. – Tu chodzi o chwilę wyciszenia, koncentracji, żeby umysł nie był zajęty pracą, problemami – tłumaczy.

Zetknęła się z jogą dwanaście lat temu. Szybko odkryła, że to jej pasja. Ćwiczy jogę Iyengara – rozwinął ją hindus Bellur Krishnamachar Sundararaja Iyengara, jeden z najwybitniejszych nauczycieli jogi na świecie. Uczył znane osobistości, takie jak: Elżbieta, królowa Belgii, Yehudi Menuhin, Witold Małcużyński.

Kiedy Ewie zaproponowano, żeby sama poprowadziła zajęcia, zapisała się na trzyletni kurs trenerski organizowany przez Polskie Stowarzyszenie Jogi Iyengara, żeby „nauczyć się uczyć”. Potem pojechała do słynnego Instytutu Yogi w Punie w Indiach. Jogi uczył ją sam mistrz Iyengara ze swoim synem – Prashantem. Z Indii wróciła z międzynarodowym dyplomem – może prowadzić zajęcia jogi na całym świecie.

Niedawno zrobiła podyplomowe studia z jogi na Akademii Wychowania Fizycznego we Wrocławiu. Studia podyplomowe o jodze są również na warszawskiej AWF. Dla Ewy to bardzo ważne, że nauka zbliża się do jogi. – Bo dzięki temu joga staje się bardziej znana, a nie dziwna i tajemnicza – mówi.

W swojej pracy dyplomowej zajmowała się badaniem osób, które ćwiczą jogę dłużej niż 10 lat. Przepytała 70 joginów. Większość odpowiedziała, że mniej choruje, żyje w mniejszym stresie, bardziej racjonalnie się odżywia.

Dla Ewy nie było to żadnym zaskoczeniem – sama po sobie wie, co zawdzięcza jodze.

Grzech

Aneta pamięta jak dziś: w dniu katastrofy smoleńskiej dostała ulotkę opisującą historię człowieka ćwiczącego jogę, który został ujarzmiony psychicznie przez swojego nauczyciela i wdał się w sektę.

Aneta była wściekła. – Że jednostkowe zdarzenie przedstawiono tak, jakby każdy, kto ćwiczy jogę, należał do sekty – opowiada prawie dwa lata później. – To budzi u ludzi niepotrzebny lęk.

Ulotka oburzyła ją tym bardziej, że wyłożono ją w kościele, który słynie z otwartości (sama kiedyś często do niego chodziła). Piekli się zawsze, kiedy słyszy z ust księży, że joga to sekta. – A tu wcale nie trzeba być hinduistą, żeby ćwiczyć jogę – tłumaczy. Wśród joginów spotyka katolików, protestantów, muzułmanów. Nie słyszała, żeby ktoś z nich zmienił swoją wiarę.

Sama uważa się za osobę głęboko wierzącą. Chociaż od Kościoła ostatnio trochę się odsunęła. Ale nie z powodu jogi, tylko sytuacji rodzinnej (żyje w związku partnerskim, nie może się pogodzić z tym, że Kościół takim ludziom jak ona odmawia komunii).

– A medytacja? – pytam.

– Medytacja jest kolejnym etapem dla jogina, który jest już głęboko zaangażowany w ćwiczenia – słyszę odpowiedź. – Ale nie każdy potrafi medytować – zastrzega.

Aneta potrafi. Zaczęła medytować po dziesięciu latach zajmowania się jogą. – Ta medytacja to są dla mnie ćwiczenia relaksacyjne, odprężające. One mi ustawiają dzień – mówi Aneta. – Ale to się dzieje bez wchodzenia w jakiekolwiek zawiłości religijne.

Aneta rozumie, że dla niejednego katolika ćwiczenie jogi może być problemem. I dopuszcza, że ktoś może widzieć w jodze zagrożenie dla swojej wiary. Ale nie wini za to nauczyciela. Słyszała, że są przypadki, kiedy prowadzący zaczyna zajęcia od gestu złożenia rąk i że może to kogoś zrażać. – Ale tu chodzi o wskazanie na serce jako punkt centralny w naszym ciele, z którego czerpiemy siłę – mówi.

Dlatego rozpoczynającym ćwiczenia radzi, by najpierw dowiedzieli się, jaką jogę proponuje dana szkoła, jacy są w niej nauczyciele i czego można się po nich spodziewać.

– Ale w jodze, przynajmniej w świecie zachodnim, nie chodzi o zaszczepianie filozofii hinduistycznej – mówi. Ba, uważa nawet, że dzięki jodze można być jeszcze lepszym katolikiem. – Bo jogini to osoby dążące do samorealizacji i samodoskonalenia. A to przecież też jedna z cech chrześcijaństwa.

***

Beata, blisko związana przez wiele lat z duszpasterstwem młodzieży i studentów, zawsze stawiała wiarę na pierwszym miejscu. – I tak jest do dziś – mówi.

A jednak w Kościele brakuje jej duchowości. Mówi, że to nie ona wymyśliła, że to słowa Matki Teresy. Ale zgadza się z nimi. Dlatego od kilku lat jeździ na spotkania medytacji chrześcijańskiej do benedyktynów w Lubiniu. Nauczyła się tam, że religie nie powinny się zwalczać, ale wspierać, bo wszystkie służą człowiekowi.

Dlatego zdziwiła się, gdy usłyszała, że katolik nie powinien ćwiczyć jogi. Usłyszała to od swoich dobrych, wypróbowanych przyjaciół. Wracała właśnie z warsztatów jogi i pochwaliła im się, gdzie była. Popatrzyli na nią dziwnie. W końcu wypalili, że grzeszy, bo zajmuje się jogą.

– Można ćwiczyć jogę i interesować się filozofią Wschodu, ale to nie jest konieczne. W Polsce dominuje podejście fizjoterapeutyczne do jogi, a nie filozoficzno-religijne – próbowała przekonać swoich przyjaciół. Nie przekonała. Wyjeżdżała od nich smutna, bo zauważyła, że ich wzajemne relacje zepsuły się, a jej zależało na tej przyjaźni. Czuła się potępiona.

Beata nie miała poczucia, że gdy idzie ćwiczyć jogę, to grzeszy. Przecież nadal się modliła, chodziła do kościoła, czytała książki religijne.

Mimo to po powrocie od przyjaciół poszła do znanego jej zakonnika, do którego miała zaufanie. Chciała mieć jasność, bo nie lubi niezałatwionych spraw. Na rozmowę szła z przekonaniem, że jeśli zakonnik uzasadni jej, że joga jest zła, przestanie ćwiczyć.

– To zależy od twojego nastawienia. Jeśli nie wejdziesz w hinduizm i pozostaniesz przy swojej wierze, to joga ci nie zaszkodzi – usłyszała. – To była piękna, oczyszczająca rozmowa – wspomina tamto spotkanie Beata. Została przy jodze. Ale wie jedno: – Joga nie zagraża wierze, pod warunkiem, że dba się o ugruntowanie wiary.

Jednak oburza ją, kiedy ktoś do jednego worka wrzuca wróżenie z wosku i jogę. Słyszała, jak wyraził się tak kiedyś pewien ksiądz. A dokładnie: wywiesił taki plakat w andrzejki. Zabolało ją to.

Zakonnik

Ojciec Tomasz Franc jest koordynatorem Dominikańskich Ośrodków Informacji o Sektach i Nowych Ruchach Religijnych. Zdarza się, że trafiają tam osoby w różnym wieku i pytają, czy katolikowi wypada chodzić na jogę. Co im ojciec Tomasz odpowiada?

– To zależy, o jaki rodzaj jogi chodzi – mówi zakonnik. I wyjaśnia: – Jeśli joga jest rozumiana tylko jako trening fizyczny, co raczej rzadko się zdarza, to nie widzę przeszkody, żeby osoba wierząca mogła ją ćwiczyć. Przy czym za trening fizyczny uważam same ćwiczenia, coś na kształt fitness, bez dodatku ideologii czy wschodnich duchowych aspektów, z którymi joga jest związana. Sprawa dodatkowo się komplikuje, jeśli uprawianie jogi powiązane jest z zapraszaniem do grup wyznaniowych, które są obce chrześcijaństwu. W takich zajęciach katolik nie powinien uczestniczyć.

Ojciec Tomasz zna przypadki, kiedy ludzie chętnie zapisywali się na jogę, bo chcieli ćwiczyć ciało, a potem się okazywało, że oprócz wykonywania asan uczestniczyli też w zajęciach z obcej dla siebie duchowości. Jakie zagrożenia w tym widzi? – Zastępowanie wartości naszej kultury duchowej czymś obcym, niechrześcijańskim. Na przykład zamiast łaski pojawia się energia, zamiast Boga osobowego, którego szukam w modlitwie – wyciszenie, skupienie na swoim ciele, na sobie samym, a zamiast odkupienia, którego Chrystus dokonał przez swoją śmierć na krzyżu – poddanie się dyscyplinie duchowej, która prowadzi nie do zmartwychwstania w Chrystusie, a do przyjęcia prawa karmy i reinkarnacji. W ten sposób wypłukuje się z chrześcijanina godność istoty wolnej i rozumnej, powołanej do budowania żywej i osobowej relacji z Bogiem.

Dlatego dominikanin zaleca, by najpierw przyjrzeć się, kto prowadzi zajęcia jogi. Czy są to obce organizacje religijne, czy na przykład trenerzy po awuefie. – Należy przy tym pamiętać, że nawet jeśli jogę uprawia ktoś, kto deklaruje się zewnętrznie jako chrześcijanin, a jednocześnie w świat swoich pojęć wprowadza nazwy i rozumienie człowieka i bóstwa na sposób na przykład hinduizmu, to naraża się na powolną utratę chrześcijańskiego postrzegania Boga i świata – ostrzega.

Ojciec Tomasz wie, że niektóre środowiska katolickie widzą w jodze tylko zło. – Sam daleki jestem od demonizowania tej sfery ludzkiej aktywności, jeśli tylko nie ingeruje ona w sferę duchową człowieka – zapewnia.

Po namyśle dodaje: – Ale jogi nie można też sakralizować. Znamy przecież wiele atrakcyjnych możliwości rozwoju kultury fizycznej człowieka, które nie aspirują do wkraczania w sferę duchową.

***

Kilka dni przed Bożym Narodzeniem. W szkole, w której jogi uczy Ewa, wszyscy łamią się opłatkiem, składają sobie świąteczne życzenia, słychać kolędy.

Ewa dziwi się, gdy pytam, czemu urządzają Wigilię.


Stanisław Zasada - dziennikarz, reporter, absolwent Polskiej Szkoły Reportażu. Współpracuje m.in. z "Tygodnikiem Powszechnym" i "Gazetą Wyborczą". Jest autorem książek: "Duch '44 o kapelanach Powstania Warszawskiego" (WAM 2018), "Generał w habicie" o siostrze Małgorzacie Chmielewskiej i jej Wspólnocie Chleb Życia i "Wyznań księży alkoholików" (Znak). Mieszka w Poznaniu. (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

BEZ MARGINESU

Czyja bardziej jestem?

Niedobra miłość

Znów będę miał metr osiemdziesiąt

I nie opuszczę Cię


komentarze



Facebook