CZEGO OD NIEJ CHCESZ?
Maryja nie istnieje dla siebie, Ona istnieje dla Boga, więc jeśli nie może kogoś doprowadzić do Niego, to coś tu nie gra, Jej rola zawodzi.

FOT. WOJCIECH STAN


ANNA SOSNOWSKA: Komu jak komu, ale Polakom temat Maryi powinien być bliski. Tymczasem okazuje się, że bardzo trudno nam o Niej sensownie rozmawiać. Dlaczego tak się dzieje?

MAŁGORZATA BORKOWSKA OSB: Doświadczenie uczy, że różnych rzeczy można szukać u Maryi i każdy robi to według własnej potrzeby i własnych pojęć. Najogólniej można powiedzieć o dwóch skrajnych szkołach mówienia o Niej. Jedna usiłuje Matce Bożej przypisać wszelką wiedzę i wszelką świętość, tak jakby od samego początku wiedziała na przykład o istnieniu Trójcy Świętej, a nie po prostu o istnieniu Boga jedynego. Niektórzy bronią tej tezy, jak mogą. Znam kaznodzieję, który utożsamia Maryję niemal z Duchem Świętym i dochodzi w ten sposób do kompletnych herezji. Bierze się to oczywiście z wielkiej miłości i czci…

A druga szkoła?

Drugi sposób mówienia o Maryi wynika z tego, że kogoś kochanego chcemy odnaleźć jako zrozumiałego dla nas. Więc żeby zrozumieć Matkę Bożą, tak Ją upodabniamy do siebie, żeby już prawie żadnej odrębności czy różnicy nie było. Pewien teolog głosił, że zwiastowania w ogóle nie było, tylko Maryja w pewnym momencie stwierdziła, że jest w ciąży i się bardzo zdziwiła. Trudno się w takim wypadku nie zdziwić…

Słuchając wielu kazań o Maryi, często miałam wrażenie, że to, co księża o Niej mówią, wcale nie jest o Niej.

Mnie się też tak wydaje, a przecież w popularnym kaznodziejstwie prawie o niczym innym się nie słyszy, tylko o Maryi i o polityce. Najzabawniejsze jest, jeśli ktoś twierdzi, że Maryja nie zatrzymuje tej czci na sobie, że przecież Ona jest tylko bramą. Zgoda, ale dlaczego ty ciągle stoisz w tej bramie? Brama, owszem, bardzo piękna, ale tak niektórych zajmuje, że nie zdążą przez całe życie wejść do środka. Maryja nie istnieje dla siebie, Ona istnieje dla Boga, więc jeśli nie może kogoś do Niego doprowadzić, to coś tu nie gra, Jej rola zawodzi.

To kim Maryja jest dla siostry?

Przede wszystkim nauczycielką rozmyślania, modlitwy. I tego mi nikt ani nic nie zastąpi. Ona rozważała sprawy Boże w swoim sercu nie tylko jako teolog, co jest także oczywiście potrzebne, ale jako ktoś, kto był tak blisko Boga, że już bliżej być nie można. Więc miała najlepsze warunki do zrozumienia Go, a jednocześnie wszystkie normalne ludzkie ograniczenia. Pismo Święte wspomina, że Ona raz czy drugi czegoś nie pojmowała, musiała się jeszcze zastanowić, by do czegoś dorosnąć. Myślę, że powinniśmy pójść do szkoły Maryi, ale nie po to, by Ona nas tam uczyła o samej sobie, czego zresztą raczej nie robi, tylko żeby nas uczyła o Bogu.

Czego możemy się o Niej dowiedzieć z Pisma Świętego? Chodzi mi o pewniki, informacje nieskażone pobożnością czy jakimiś naszymi interpretacjami.

Wiemy, że pochodziła z ubogiej rodziny w Nazarecie. Tam bogacze raczej nie mieszkali, bo Nazaret nie cieszył się dobrą sławą. To na pewno było życie bliżej dna społecznego niż szczytów. I to mnie zawsze fascynuje: wejście Boga w sytuację, którą my, z naszej ludzkiej, mikrej perspektywy uważamy za doły. A dla Boga nie ma ani dołów, ani gór, Jemu jest dokładnie wszystko jedno.

Maryja całe życie spędziła tak, jak kobiety z tej sfery, czyli na pracy, może trochę i na niedojadaniu, na pewno nie w poczuciu jakiegoś zewnętrznego komfortu. Ale też i bez szemrania, a to dlatego, że Ona była pochłonięta czymś innym. Bo nie można było żyć obok Chrystusa i myśleć o niebieskich migdałach. Przecież Ona od początku wiedziała, że nie urodziła zwykłego dziecka; wiedziała przynajmniej, że to jest Mesjasz.

I próbowała to jakoś zrozumieć?

Próbowała poradzić sobie z własną niewiedzą, z jej ograniczeniami. Jedyne słowa Maryi do Chrystusa, jakie znamy, są wymówką: „Czemuś nam to uczynił?” (Łk 2,48). Nawet w tym powszednim życiu, w którym nic się nie działo, w którym były te same, powtarzające się troski: przynieś wodę, ugotuj kaszę, upiecz chleb, Maryja nie mogła zapomnieć o tym, co się stało, co się dzieje i Kto u Jej boku rośnie. Myślę, że to jest jedna z tych rzeczy, które możemy całkiem bezpiecznie wydedukować.

Później znajdujemy Ją chodzącą, nie zawsze, ale przynajmniej czasem, za Chrystusem podczas Jego wędrówek kaznodziejskich.

Zdarzyło Jej się nawet oberwać od Syna, kiedy krewni chcieli Go przywołać do porządku.

Tak, raz Jej się oberwało w tym sensie, że przyszła do Chrystusa z ludźmi, którzy nic nie rozumieli, więc odpowiedź odmowna objęła także Ją. W jakim stopniu Ona się utożsamiała z celem tej wizyty, tego nie wiemy.

Muszę jeszcze zapytać siostrę o poród Maryi. Odczuwała ból czy nie?

Tutaj mamy tylko pole do domysłów. Starożytność chrześcijańska raczej skłaniała się ku temu, że Maryja podczas porodu nie czuła bólu. Pamiętam łacińską antyfonę, która brzmiała: „rodziła bez boleści”. Uzasadnieniem takiej tezy było przekonanie wywiedzione z Księgi Rodzaju, że ponieważ bóle porodu są karą za grzech, no to bezgrzesznej boleć nie mogło.

Jezus też był bez grzechu.

A bolało Go niejedno i to mocno. On dobrowolnie wziął na siebie ludzki ból. Być może tak samo było z Maryją. A jaka jest prawda? Niech pani szuka i kopie, ale prędzej się pani dokopie przez całą kulę ziemską do wyspy Fidżi niż do znalezienia pewnej odpowiedzi na to pytanie.

Co jesteśmy w stanie wyczytać z Biblii o Maryi między wierszami, żeby zbliżyć się do prawdy, a nie tworzyć legendy?

Żeby nie tworzyć legend? To bardzo trudne. Ludzie próbowali to przecież robić, od wczesnych apokryfów zaczynając, a na dzisiejszych powieściach biblijnych kończąc. Każdemu wolno, temu i owemu coś to pomoże, tylko trzeba bardzo uważać, żeby tego nie traktować jako przekazu ewangelicznego, bo ma to zupełnie inną wagę.

A czy możemy stworzyć coś na kształt portretu psychologicznego Maryi?

Nie sądzę. Nasz portret psychologiczny, to, co my potrafimy namalować, jest wzięte z naszych doświadczeń. Dominikanie dobrze wiedzą, że nie ma niczego w intelekcie, czego wcześniej nie było w zmysłach. A my nie znamy z doświadczenia życia bez grzechu. Więc mnóstwa rzeczy się domyślamy, a kto wie, które z nich są bliższe prawdy?

Przypomina mi to, jak św. Bernadetta oglądała rozmaite obrazy przedstawiające Maryję. Najbardziej podobało jej się Wniebowzięcie Murilla. Stwierdziła: „Ten to może Panią widział”. Podobnie jest z nami – nie widzieliśmy Jej, a chcemy Ją malować i wychodzą nam potem takie barokowe tłuste Madonny.

Wydaje mi się, że robimy też krzywdę Maryi, wymyślając Jej różne tytuły. Bo na przykład taka „Pokorna Owieczka” współczesnemu człowiekowi raczej się kojarzy z bezmyślnością.

I biernością. Tak to jest, kiedy ktoś rzuci jakieś słowo i potem zaczyna się dyskusja. A przecież najpierw trzeba ustalić terminologię, zrozumieć znaczenie danego określenia. W Piśmie Świętym często można spotkać porównanie ludu Bożego do owiec, ale nie chodzi w nim o to, że ten lud jest głupi i bierny, takie stado baranów. Nie wiem, czy owce były tak mało rozgarnięte wtedy, jak są teraz, w końcu parę tysięcy lat już upłynęło. Ale to porównanie ludu z owcami w Biblii oznacza kogoś, kto jest poddany całościowej opiece Boga i kto tę opiekę przyjmuje. „My ludem Jego pastwiska i owcami w Jego ręku” (Ps 95,7) – to stwierdzenie dumy, radości. Cechą, którą się tu podkreśla, jest przynależność do Boga, a nie intelektualne zdolności owiec czy też ich skłonność do samodzielnego zabierania głosu w danej sprawie.

A co się takiego stało, że Maryja z Matki Pana „wyrosła” na królową z obrazów, bogato odzianą, patrzącą na nas spomiędzy sztucznych często kwiatów?

Ważną rolę odegrało tu późne średniowiecze, w którym był tak silnie rozwinięty kult człowieczeństwa Chrystusa, że szczególnie podkreślano wszystko, co wchodziło w Jego ludzką rzeczywistość. Ale mamy też świadectwa wielkiej miłości do Maryi we wczesnym okresie patrystycznym, nie mówiąc już o okresie wielkiej patrystyki. Tyle tylko, że one tam proporcjonalnie toną w zalewie chrystologii.

Spotkałam się z opinią, że na rozwój Jej kultu duży wpływ miały wizerunki Madonny z Dzieciątkiem. Dorosły nie będzie się przecież zwracał do małego Chłopca, tym bardziej że często ten Chłopiec ma surowy i niedostępny wyraz twarzy.

To byłaby straszna dziecinada z naszej strony. Wańkowicz przytaczał taką historię: jakaś kobieta mówiła, że woli się modlić do Matki Bożej Ostrobramskiej niż do Częstochowskiej, bo ta jest z dzieciakiem, a wiadomo, dzieciak wszystkiego słucha. Ta opowieść raczej zakrawa na dykteryjkę, niż jest poważnym elementem duchowości.

Niektórzy uważają, że rozwój kultu Maryi był pokłosiem kultu bogiń w religiach pogańskich.

Jeśli komuś wygodnie tak myśleć…

A ciągłe zabieganie o Jej wstawiennictwo?

Każdą rzecz można zastosować dobrze albo źle, głupio albo mądrze. Z każdej rzeczy można zrobić pomost do Boga albo w zupełnie inną stronę. Przecież każdy z nas ma prawo i obowiązek wstawiać się za wszystkimi, siebie wzajemnie możemy prosić o modlitwę, więc dlaczego nie prosić o to Jej? Przecież mamy pewność, że jest zbawiona, że jest w niebie. Nie widzę w tym niczego niepokojącego.

Ale myśmy zrobili z Niej niemal czwartą osobę Trójcy Świętej. Zresztą może wpłynęły też na takie myślenie dogmaty maryjne? Bo skoro Ona jest Bożą Rodzicielką, zawsze Dziewicą, niepokalanie poczętą i wniebowziętą, to wychodzi nam z tego jakiś nadczłowiek.

To raczej dawna myśl mariologiczna robiła z Niej nadczłowieka. Myśl dzisiejsza ściąga Ją na siłę gdzieś w dół.

Może dlatego, że trudno nam te dogmaty zrozumieć.

To już jest kwestia naszego własnego niedoszkolenia.

To prawda. Ale z drugiej strony obawiamy się też, czy znajdziemy u Niej, takiej „nieziemskiej”, zrozumienie.

Pytanie, co to znaczy „zrozumieć” kogoś? To słowo miewa różne znaczenia. „Ja cię rozumiem, jesteś w porządku” to coś innego niż „ja cię rozumiem, ale nie grzesz więcej”. Znowu czepiam się słowa. Jeżeli szukamy „zrozumienia”, które oznaczałoby totalną aprobatę dla wszystkiego, co robimy, to nie znajdziemy tego u nikogo, ani u ludzi, ani u świętych. Bo byłoby to kłamstwem. My sami, kiedy już troszkę starość doskwiera i patrzymy na życie z dalszej perspektywy, często myślimy: mogłem zrobić inaczej. A zmienić już niczego się nie da. Zaczynamy wtedy widzieć nasze życie bardziej prawdziwie; a Pan Bóg od razu widzi je prawdziwie. Podobnie święci, którzy dzielą Jego widzenie. Więc nie ma sensu spodziewać się po nich „zrozumienia” w sensie aprobaty wszystkiego.

Poza tym, niezależnie od tego, co się komu wydaje ziemskie lub nieziemskie, Maryja musiała zostać odpowiednio wyposażona do swojej roli. Stąd przywileje. Kiedy Bóg daje komuś powołanie, daje mu przede wszystkim odpowiednie zdolności, i to się sprawdza także w przypadku Maryi. Jej powołanie było absolutnie wyjątkowe, było jedyne i niepowtarzalne, ale to było właśnie powołanie. Nie spełniłaby go, gdyby nie była przez Boga z góry przygotowana. I nie ma sensu krzywić się na to; tym bardziej że to przecież i dla nas było zbawienne.

Wróćmy jeszcze na chwilę do dogmatów. Ten o Niepokalanym Poczęciu został ogłoszony w XIX, a o Wniebowzięciu Maryi dopiero w XX wieku.

W tym, co pani mówi, kryje się przekonanie, że jak coś jest późne, to już podejrzane.

No właśnie!

To jest śmieszne w kontekście epoki, która w innych sprawach uważa, że im coś późniejsze, tym lepsze; a w dogmatach musi być najstarsze, żeby było wiarygodne? Wolno się domyślać prawdy np. o budowie atomu, dzisiejsza hipoteza na ten temat jest lepsza od wczorajszej, ale nie można się domyślać prawdy w dziedzinie teologii. Niby dlaczego?

Mamy jeszcze jeden kłopotliwy temat: objawienia Maryjne. Co siostra o nich sądzi?

To jest rzecz, którą obchodzę z daleka. Tak zwane zatwierdzenie danego objawienia przez Kościół oznacza tyle, że na razie nie było tam jakiegoś grubego błędu doktrynalnego. A jeżeli wierni mają ochotę odmawiać różaniec właśnie tam, a nie gdzie indziej, to niech jadą i odmawiają, nie ma sensu im przeszkadzać. To jedna sprawa. Ale czymś zupełnie innym jest robienie z objawień piątej Ewangelii, a właściwie jedynej ważnej Ewangelii.

Spotkała się siostra z takimi ludźmi?

Pewien teolog potrafił wszystkie epizody biblijne tak zinterpretować, że już nic z nich nie zostawało, żadna historia – to właśnie według niego zwiastowania nie było. Ale każde słowo prywatnego objawienia traktował jak pewnik teologiczny. Na jakiej podstawie? Jeśli więc mamy się trzymać tego, co jest naprawdę pewne i bezpieczne, to trzymajmy się raczej trwającej już 2000 lat nauki Kościoła, a nie tych wszystkich dodatków, które mogą posłużyć jako kwiatki.

Ale ludzie lubią niezwykłości, sensację.

I gdy się tylko gdzieś rozniesie wieść o jakimś rzekomym objawieniu, zaraz zaczynają tam jeździć autokary.

Sporo mamy takich miejsc, do których jeżdżą tysiące ludzi.

I niektórzy nawet tam znajdują modlitwę. Byle ją tylko przywozili do domu i po przyjeździe nie tworzyli osobnej kapliczki w Kościele.

Objawienia to trudne zjawisko, w którym niełatwo oddzielić ziarno od plew; ale można je wykorzystać w dobrym celu. Dlatego Kościół je toleruje, bo inaczej sam dawno by się temu sprzeciwił. Ale można to też paskudnie spaczyć i wtedy wyrastają z tego dziwactwa. Była kiedyś taka historia. Pewnemu panu udało się przekonać spowiednika, że jest emanacją Maryi.

Zdolny pan!

Zdolny. I ten spowiednik dużo złego narobił, posyłając ludzi do niego, żeby zapytali Maryję o to czy tamto.

A jeśli chodzi o pobożność maryjną, to istnieje przecież zasada, która się do niej stosuje, jak i do wszystkich innych rzeczy: po owocach ich poznacie. Jeżeli jakieś formy pobożności maryjnej prowadzą do większej wierności Chrystusowi, w porządku. Jeżeli nie, coś tu nie gra.

Jakie jest najważniejsze pytanie o Maryję, z którym każdy wierzący powinien się zmierzyć?

„Czego od Niej chcesz?”

A czego powinniśmy od Niej chcieć?

Wprowadzenia w Jej modlitwę, w Jej rozważanie, w Jej zastanowienie się nad Bożą prawdą. I w Jej totalną miłość do Chrystusa.

No tak, wiemy, że Ona tak postępowała, ale nie mamy pojęcia, w jaki sposób.

Więc pozostaje nam modlitwa i prośba. Powiem pani, że one bywają skuteczne. Człowiek nie wpada wtedy w ekstazę, jednak różne rzeczy zaczynają mu się rozjaśniać. Co jakiś czas, nie ciągle, zapalają się ni stąd, ni zowąd takie światełka i któraś z tajemnic różańca, która była dla mnie pusta, coś nagle zaczyna mi mówić. Ot, choćby znalezienie Chrystusa w świątyni. Ja tu odkryłam Maryję, która nie rozumie, ale chce i stara się zrozumieć. I to jest dla mnie ważne w tej tajemnicy. Dla kogoś może tu być ważne coś zupełnie innego.

Ma siostra swój ulubiony wizerunek Maryi?

Jest jeden, który odkryłam stosunkowo niedawno. To relief z krypty katedry w Chartres. Na pierwszym planie jest żłóbek, Dzieciątko go wypełnia, obok stoi wołek, nie większy od Dzieciątka. To ta ówczesna proporcja, bo on nie jest przecież ważny. Na czymś przypominającym ławę leży Maryja. Jedną rękę trzyma pod głową, drugą kładzie na Dzieciątku. Cała zwrócona jest do Niego. To postawa, która wyraża ogromne zmęczenie i jednocześnie skoncentrowanie, zamyślenie właśnie, kompletny spokój. Tam się nic nie dzieje. Tam są tylko Ona i Jej Syn.

Można to chyba rozciągnąć na całe Jej życie?

Ja to właśnie odczytuję jako Jej portret psychiczny.

A my żyjemy dziś na wariackich papierach, często nieźle musimy się napocić, żeby związać koniec z końcem. Zastanawiam się, czy w tym biegu, chaosie, niepewności możemy jakoś Maryję spotkać?

Ależ Ona miała dokładnie takie samo trudne życie. Dzieliła z nami wszystkie te czynności codzienne, które są niezbędne, żeby człowiek był jako tako nakarmiony, czysty, ubrany. A że akurat za Jej czasów nie było słychać ryku radia? Było za to słychać ryk pijanych żołnierzy. Że akurat nie było komputerów? Było wiele innych rzeczy, które odgrywały podobną rolę. Te wszystkie zewnętrzne realia nie są ważne, ważne jest to, że Ona też musiała wiązać jakoś koniec z końcem.

Co więc mogą w Niej zobaczyć ludzie sukcesu, kim może się Ona dla nich stać?

To zupełnie nieistotne. Kto to jest człowiek sukcesu? Ktoś, komu coś się udało. I teraz ważne pytanie: CO mu się udało? Jeżeli się udała jakaś dobra rzecz, to istotą sprawy jest nie sukces, ale to, że ten człowiek coś dobrego zrobił. Ale jeśli wyszła mu jakaś machlojka, to znowu istotą rzeczy nie jest „sukces”, tylko to, że ten człowiek narozrabiał i pogorszył świat. Jeśli się ocenia życie i jego zjawiska spoza perspektywy etycznej, to trudno chodzić do Maryi po jakiekolwiek nauki.

Najważniejsze dla nas wszystkich powinno być – i to jest właściwa perspektywa – że Maryja swoje życie, takie, jakie miała, prowadziła w ścisłej, usilnej i dobrowolnej zależności od Boga. Przyjęła to wszystko, czego Bóg od Niej chciał, i całą swoją energię włożyła w wykonanie tego. A przykładem miłości może być i jest dla każdego człowieka – niezależnie od epoki, rodzaju powołania czy powodzenia w życiu zawodowym i prywatnym.


Małgorzata Borkowska OSB - benedyktynka, historyk, pisarka i tłumaczka, autorka ponad trzydziestu książek, m.in. z dziedziny historii życia zakonnego oraz książek dla dzieci. Doktor honoris causa Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Mieszka w Staniątkach. (wszystkie teksty tego autora)

Anna Sosnowska - ur. 1979, absolwentka studiów dziennikarsko-teologicznych na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, współautorka książki "Zioło-lecznictwo, czyli wywary na przywary", wcześniej związana z kanałem religia.tv, gdzie prowadziła programy "Kulturoskop" oraz "Motywacja jest kobietą". Redaktor naczelna portalu Aleteia. (wszystkich teksty tego autora)

     


zobacz także

JESTEM PO NIC

MÓJ RÓŻANIEC RATUNKOWY

ROZGRZESZYĆ SPOWIEDNIKA

NIE CHCĘ TAKIEGO RAJU

MIŁOŚĆ WSZYSTKO PRZETRZYMA


komentarze



Facebook