Archwium > Numer 469 (09/2012) > Modlić się we wnętrzu > NIE CHODZI O ARCHITEKTURĘ, ALE O ŻYCIE

NIE CHODZI O ARCHITEKTURĘ, ALE O ŻYCIE
Jeśli nie zaprojektuję kościoła dla siebie, jeśli on mnie nie ucieszy, jeżeli będę się w nim źle czuł, to będzie to największa porażka, jaka mogła się przytrafić. To "dla mnie" jest jednym z weryfikatorów wszystkiego.

STANISŁAW NIEMCZYK / FOT. PAWEŁ KOZACKI OP


PAWEŁ KOZACKI OP: Czy można zbudować kościół idealny?

STANISŁAW NIEMCZYK: Taki kościół jest poza naszym zasięgiem. Podejmujemy co prawda próby, żeby osiągnąć ideał, ale nigdy do niego nie dojdziemy, bo myśląc o kościele, nie koncentrujemy się na technice budowania czy inżynierii obiektu, ale myślimy o miejscu, o przestrzeni. W budowli kościoła materia zderza się z pustą przestrzenią, z powietrzem. Paradoksalnie to, co niematerialne, silniej oddziałuje i bardziej formuje budynek, niż to, co materialne. My wskazujemy: to jest ściana, to podłoga, to strop, to kopuła, to otwór. Ale to są tylko elementy, które dosyć niezdarnie próbują opanować przestrzeń. A ona jest nie do opanowania.

Dlaczego tak bardzo podkreśla pan znaczenie przestrzeni?

Od dawna frapowało mnie pojęcie przestrzeni jako czegoś, co umożliwia działanie mniejszej czy większej wspólnoty. Projektując kościół, zawłaszczam kawałek tej przestrzeni. Nie chcę jednak, by był on wyrwany z wszechprzestrzeni, ale by stanowił jej część. Dążę zatem do tego, żeby istniała pełna przenikalność, porowaty obiekt, który będzie oddychał przestrzenią zewnętrzną.

Na co twórca, architekt musi zwracać uwagę, pragnąc zbliżyć się do ideału?

Muszę westchnąć głęboko, bo pyta mnie ojciec o sprawy zasadnicze. Zacznę od tego, czego powinien unikać. W działalności projektowej najgorszą rzeczą jest podzielenie świata na kawałki, które nie mają ze sobą żadnego związku. Działania w architekturze odnoszę zatem do wspólnego mianownika. Bez względu na to, czy projektuję dom, kościół, czy inny budynek, staram się wyobrazić sobie, czym on ma być. Pewne wartości są dla mnie oczywiste – budujemy kościół jako miejsce, w którym gromadzą się ludzie. W projektowaniu nie chodzi przecież o architekturę, ale o życie. Wielu inwestorom mówiłem, że najtrudniej jest projektować dom dla ludzi, których się nie zna. Dom mieszkalny jest miejscem życia konkretnej rodzinny, jej przestrzenią użytkową i wypoczynkową. Jeżeli będziemy mieli problem z projektowaniem domu jednorodzinnego, to będziemy go mieli również z projektowaniem kościoła.

Czy jest jakaś tradycja, do której się pan odwołuje?

Kieruję się impulsem: „To mi się podoba! To biorę! To chcę mieć!”. Z upływem wieków i epok, które wzbogacały doświadczenie architektoniczne kolejnych pokoleń, powstał olbrzymi zbiór rozwiązań. Można je dziś scalać, łączyć, robić z nich nowe konglomeraty. Natomiast bardzo trudno dojść do wiedzy, która dawałaby pewność, że to, co robię, jest właściwe. Przynajmniej właściwe! W sferze działań kreacyjnych jest to bardzo trudne do ustalenia, bo nie ma jednego kryterium oceny miejsca, z którego ludzie korzystają. Możemy próbować wzorować się na przestrzeni naturalnej, zastanej, bo nie ma złych przestrzeni naturalnych. Natomiast tam, gdzie dotykamy materii, często tworzymy przestrzeń wyobcowaną, a środki, którymi się posługujemy, prowadzą do mizernych rezultatów. Pracujemy za czyjeś pieniądze, więc tym bardziej powinniśmy odwoływać się do kanonów, bo mody, np. modernizm, trwają bardzo krótko. Architekt może wybierać z bogactwa tradycji, ale nie powinien robić krzywdy innym. Budynku nie da się schować za szafę. Nawet człowiek bardzo bogaty, który mówi: „Ja to wybudowałem dla siebie!”, powinien wziąć pod uwagę, że jego obiekt będą oglądali inni, a zatem ktoś może mieć do niego pretensje, że zbudował coś, co kłuje w oczy, niszczy krajobraz.

Dla mnie podstawowym kryterium jest to, czy w konkretnej świątyni można się dobrze modlić, czy znajduję przestrzeń, w której potrafię się wyciszyć. Kiedy porównuję słynne kościoły współczesne, uznawane za wybitne dzieła architektoniczne, z kościołami romańskimi czy gotyckimi, to przyznam, że te stare świątynie dużo bardziej odpowiadają moim gustom.

Niektórzy mówią, że rzutuje na to wielkość przestrzeni, że w małej łatwiej się modlić, a współczesne projekty to wielkie hale. Jednak znamy świątynie znacznie większe od wszystkich dziś budowanych, które mimo swych rozmiarów sprzyjają duchowi.

Byłem w strzelistych, potężnych katedrach gotyckich…

I cóż… Bajka! Można w nich nabrać oddechu.

Z czego to wynika? Dlaczego dziś gorzej projektujemy przestrzeń kościołów?

Staram się korzystać z tych narzędzi architektonicznych, którymi są pewne wzorce, materiały, rozwiązania. Jako człowiek świadomy wiem, że one istnieją. O jednych się uczyłem, o innych się uczę, poznaję je, nie izoluję się od nowych kierunków. Jednak w chwili projektowania cały ten kalejdoskop rozwiązań nie jest niczym więcej, jak zestawem szkiełek. To jest fioletowe, to jest czerwone, to niebieskie. One są równoważne. Przy projektowaniu kościołów całością nie jest zbiór form materialnych wytworzonych przez człowieka, ale wartości, które te formy mają wyrazić. Świat wartości nie zginął, można go sobie różnie nazywać, ale on istnieje. Przy szukaniu rozwiązania przestrzeni, czy ma być ona kanciasta, miękka, czy dziurawa dochodzimy do właściwej formy. Nie wystarczy wrzucić do architektonicznego programu komputerowego hasła: konstrukcja ażurowa, pełna, ciężka, wysoka, płaska, na słupach… i czekać na gotowe rozwiązanie. Nie wierzę, by przestrzeń sakralną mogło zaprojektować urządzenie. Nie wiemy, co decyduje o tym, że konkretną przestrzeń akceptujemy, że się w niej odnajdujemy. Najtrudniej jest znaleźć to, o czym ojciec powiedział: wyciszenie, które mogłoby być modlitwą.

Jaką rolę w procesie twórczym spełnia moment osobistej wiary, modlitwy projektanta? Czy architekt może bez swojej osobistej wiary, bez modlitwy stworzyć przestrzeń skupienia, osadzoną w konkretnej wspólnocie religijnej?

Odpowiadając na to pytanie, przypomnę słowa, które usłyszał Jan Styka, gdy malował obraz Jezusa Miłosiernego: „Ty Mnie nie maluj na kolanach, ty Mnie maluj dobrze”. Gdy zwracamy się do ludzi głęboko wierzących, prosząc: „Zróbcie nam projekt”, to wcale nie jest pewne, że otrzymamy to, czego oczekujemy.

Zatem wiara nie gwarantuje ostatecznego efektu…

Nie gwarantuje. O co chodzi w modlitwie przy malowaniu ikony? O to, żeby osiągnąć stan skupienia, który wszystko przybliży. Przecież nie modlimy się do Ducha Świętego o podsunięcie pomysłu. W architekturze natomiast oczekujemy pomysłu albo pomysłów, które układają się w całość, bo gotowy rysunek nie spada z nieba. Kiedy doznajemy takich małych olśnień, nie mamy wątpliwości, że idziemy dobrą drogą. A kiedy wątpliwości narastają i czasem bardzo długo nie są rozwiązywane, to trzeba odłożyć pracę, tak jak pisarze odkładali ikonę i czekali, aż będą mogli do niej wrócić.

Mówił pan, że najtrudniej tworzyć dom dla ludzi, których się nie zna. Może, przez analogię, byłoby dobrze, gdyby projektant kościoła był członkiem wspólnoty, która będzie się w tym kościele modlić?

Odpowiem opowieścią. Projektowałem kościół w Czechowicach, w których się urodziłem. W 1962 roku wyjechałem na studia i do rodzinnego miasta już nigdy na stałe nie wróciłem. Będąc u mamy, trafiłem na kolędę. Przyszedł proboszcz z kościoła, który dopiero miał powstać. Od słowa do słowa ustaliliśmy, że mógłbym mu pomóc. Projektowanie ciągnęło się dłużej niż pół roku, ale ostatecznie projekt powstał. Musiałem pokazać go ludziom w parafii, czyli moim dawnym sąsiadom i znajomym. Ksiądz zatelefonował w czasie rekolekcji wielkopostnych i mówi tak: „Pojawi się pan w dniu, kiedy kobiety będą miały naukę stanową, i następnego dnia, kiedy będzie nauka dla mężczyzn. Po naukach zreferuje pan projekt tak, jak uzna za stosowne”. Zrobiłem model, rysunki i pojechałem. Pierwsze były kobiety. Przedstawiłem wszystko, a ksiądz podsumował: „Będziemy realizować budowę metodą gospodarczą, czyli każdy będzie w tej budowie uczestniczył”. Na drugi dzień podobnie sprawa wyglądała z mężczyznami. Zaczynaliśmy zaraz po Wielkanocy. Na początku na budowę przyszło trzydziestu mężczyzn. Trzydziestu! Potem przychodziło do pięćdziesięciu, a społeczność parafii liczyła tysiąc pięćset rodzin. Każdy gdzieś pracował. Zapał był taki, że dołączały się osoby spoza parafii. Zapytałem po jakimś czasie, dlaczego ksiądz chciał, żebym przedstawił projekt oddzielnie kobietom i oddzielnie mężczyznom. Odpowiedział tak: „Jeżeli kobietom powiemy, że ich mężczyźni będą pracować, to nie będzie pytań, dokąd idziesz, na jak długo, a gdzie pieniądze z roboty”. Większość facetów przychodziła z zaciekawienia – co ten Staszek wymyślił? Ksiądz proboszcz przyjeżdżał po mnie, odprawiał mszę, w której wszyscy uczestniczyliśmy, i zabieraliśmy się do pracy. To były i piękne msze, i praca, jakiej bym życzył każdemu, na każdej budowie.

Czyli ludzie utożsamiali się z tą budową?

Absolutnie! Jeżeli przychodzi pięćdziesięciu facetów, to jest to wielka radość. Jeden drugiego mobilizował. Kobiety były w budowę tak samo zaangażowane, bo przecież budowniczych trzeba żywić. Wiadomo, czym jest jedzenie w grupie. Można było tłumy słuchające Jezusa rozesłać – wysłuchaliście Mnie, a teraz idźcie, znajdźcie sobie jedzenie. Pan Jezus powiedział jednak do apostołów: „Wy dajcie im jeść”. Kobiety to robiły. Gotowały obiady, piekły ciasta. Opowiedziałem tę historię, by pokazać, że nie mówimy tu tylko o materiałach i inżynierii, ale że na budowę składają się wszystkie materialne i niematerialne elementy.

To, co pan mówi, podkreśla moment relacji, który jednoczy ludzi i otwiera ich na Pana Boga. Ale taka sytuacja może się zdarzyć, gdy wspólnota sama buduje kościół. Natomiast praktyka jest różna. Dom projektuje się dla kilku osób. Parafia jest grupą zróżnicowaną – różne gusta, różny poziom wykształcenia. Dla jednych symbol, który pan umieszcza na ścianie, jest oczywisty, inni nie mają o nim zielonego pojęcia, żadnych skojarzeń. Jak do takiej zróżnicowanej wspólnoty podejść? Na kogo pan zwraca uwagę? Czy na tych, którzy żadnego symbolu nie odczytają, czy na takich, którzy są spragnieni symboli?

Jedni sami odczytują, inni pytają, czy o to chodzi. Elementy symboliki w architekturze nie muszą być literalne. Staram się je wyważać. Symbol jest ukierunkowany, ale daje możliwość odwoływania się do własnej wyobraźni i uczuć. Jeśli coś jest skatalogowane do końca, to przestaje pobudzać. Sen to odejście. W najwygodniejszym fotelu można przespać swoje życie. Dlatego dla mnie ławka w kościele jest integralnym elementem przestrzeni. Powinna zmuszać do czuwania. Ja nie chcę być w kościele, w którym…

…mogę w ławce rozłożyć się jak w fotelu?

Niektórzy mówią, że robię niewygodne ławki. To nieprawda, że są niewygodne, bo zachowana jest ergonomia ławki, ale ja chcę, żeby to nie był fotel wypoczynkowy. My jesteśmy zazwyczaj w kościele bardzo krótko i nie wyobrażam sobie uczestnictwa w Eucharystii bez czuwania. Chciałbym, żeby kościół, jego bryła, jego wnętrze, jego wyposażenie było zawsze dla ludzi elementem pobudzającym myślenie czy działanie.

Przypomniała mi się opowieść pana Jerzego Skąpskiego, który został poproszony o zaprojektowanie witraży w kościele w Szwecji. Był zdziwiony, że zaproszono go do współpracy, gdy jeszcze nie było budowli. Wcześniej większość witraży projektował według zasady: taki kształt ma okno, proszę je wypełnić treścią. Natomiast w Szwecji w fazie projektu zebrali się projektant murów, malarze, którzy mieli tworzyć obrazy, artysta od witraży, stolarze od ławek i wszyscy rozmawiali na temat ostatecznego kształtu przestrzeni.

Współpraca wieloosobowa w obszarze przestrzeni sakralnej wcale nie musi sprzyjać projektowi. Zawsze z pewną obawą podchodzę do takiej sytuacji, bo duża liczba osób to nie współpraca. Wyobraźmy sobie, jak to wyglądało podczas budowania średniowiecznej katedry. Między ludźmi, którzy ją projektowali, a tymi, którzy ją budowali, nie było żadnej różnicy. Jedni znali się na obróbce kamienia, inni na murarce, na odlewaniu szkła czy żelaza. Byli fachowcami, rzemieślnikami – w dobrym tego słowa znaczeniu. Miałem okazję oglądać rysunki z minionych epok przy okazji archiwizowania starych obiektów. To nie były rysunki techniczne, ale raczej lapidarny przekaz myśli przygotowany przez projektanta czy majstra dla konkretnych wykonawców danego dzieła. Jeżeli wiemy, o czym rozmawiamy, to wystarczą dwa zdania, byśmy się zrozumieli. Ówczesny rzemieślnik odbierał sugestie i dokładał swoją wizję. Tam, gdzie uda się znaleźć grupę ludzi, która rozumie, o czym się mówi, co budujemy, można liczyć na lepszą współpracę.

A jak to wyglądało w Czechowicach, o których pan opowiadał? Przecież tych pięćdziesięciu mężczyzn, którzy się zgłaszali codziennie do pracy, to nie byli fachowcy, tylko amatorzy.

Rzeczywiście. W Czechowicach, gdzie umieszczałem różne ceramiczne wzorki w cegle, ludzie pytali: „Po co to robisz? Co to ma symbolizować?”. Siadaliśmy przy kawie i cieście pod krzyżem o godzinie dziewiątej trzydzieści i rozmawialiśmy. O wszystkim. Ale również o tym, jaką pracę dziś wykonujemy. Przywoziłem rysunki na dany dzień. Mieliśmy na przykład wymurować jakiś fragment obiektu, na którym pojawiał się konkretny detal. Starałem się na rysunku pokazać, co będziemy robić. Nic nie stało na przeszkodzie, by ktoś zapytał, dlaczego tak to będzie wyglądać. Potem w domu o tym mówił, powtarzał w sklepie i parafianie zaczynali rozumieć, dlaczego takie wzorki mamy na obiekcie.

Gdy mówimy o przedstawieniach symbolicznych, trzeba przywołać średniowieczną ideę Biblii pauperum. Ludzie, którzy nie czytali ani nie pisali, dostawali historie w obrazach – przedstawienia w kamieniu lub szkle. Czy ideałem nie jest taki projekt, w którym element opisowy jest zbędny?

To jest ogromne spłaszczenie problemu. Spójrzmy na ten proces z drugiej strony – po co by ikonopis na kolanach malował ikonę, gdyby ona nie była nikomu potrzebna? Artysta, tworząc coś, ma nadzieję, że jego dzieło zostanie zrozumiane i odebrane właściwie przez tych, którzy będą na nie patrzeć. Jeżeli ja nie zaprojektuję kościoła dla siebie, jeśli on mnie nie ucieszy, jeżeli będę się w nim źle czuł, to będzie to największa porażka, jaka mogła mi się przytrafić. To „dla mnie” jest jednym z weryfikatorów wszystkiego. W wypadku porażki nie da się tego ukryć, nie da się tego wepchnąć maluczkim. Pytania, które przy różnych projektach zadawali mi prości ludzie, niejednokrotnie mnie powalały. Żaden intelektualista o to nie zapytał. Prosty człowiek po prostu czuje, czy projekt jest właściwy.

To potwierdzałoby spostrzeżenie dotyczące wspólnoty: że jest ona różnorodna, ale w sercach ludzi gra coś wspólnego.

Potrafimy współodczuwać. Możemy nawiązać kontakt, możemy korzystać z dobrej energii drugiego człowieka, który coś ważnego przekazuje. On może mieć problem z ubraniem tego w słowa, ale często uwagi maluczkich były dla mnie wielkim, niematerialnym darem.

Gdy mówimy o sztuce, o architekturze, nie możemy pominąć tematu piękna. W naszym świecie istnieje mnóstwo szablonowych produktów. Czy zatem piękno stało się reliktem przeszłości albo luksusem dostępnym nielicznym, czy też dążenie do niego nadal pozostaje powinnością projektanta?

Żadne działanie nie ma sensu, jeśli nie przyjmiemy piękna jako najwyższego kryterium. Mówimy: „Tu byśmy zrobili szczelinkę, żeby padało światło…”. Przecież nie robimy tej szczeliny po to, żeby tam się dało czytać w świetle, tylko żeby w swoim umyśle czytać światło jako symbol. Oczywiście niektórzy projektanci mogą się wymigiwać, mówiąc, że robią coś tylko dla komfortu ludzi. A my to nazywamy prościej: pięknem. Harmonia jest istotą wszechświata, a nie chaos.


Stanisław Niemczyk - (1943-2019) architekt, autor oryginalnych kościołów m.in. Świętego Ducha w Tychach, Miłosierdzia Bożego w Krakowie, Jezusa Chrystusa w Czechowicach-Dziedzicach. (wszystkie teksty tego autora)

Paweł Kozacki OP - ur. 1965, prowincjał polskich dominikanów, duszpasterz, przez wiele lat redaktor naczelny miesięcznika "W drodze". Mieszka w Warszawie (wszystkich teksty tego autora)

     


zobacz także

SUROWOŚĆ I ŁAGODNOŚĆ

WYJŚCIE ZE STREFY KOMFORTU

POCZEKAM I POLEŻĘ

Na krawędzi

Zabita nadzieja


komentarze



Facebook