ŻYWOT WIECZNY. AMEN
Co to jest zbawienie? To jest coś, co się nam trafiło jak ślepej kurze ziarno. Przecież my przed Bogiem nie mamy żadnych innych argumentów poza tym, że On nas, nie wiadomo dlaczego, pokochał.

FOT. PAWEŁ KOZACKI OP


ANNA SOSNOWSKA: „Pełen jest więc Kościół takich ludzi, którzy przez całe swe życie ćwiczą się w gotowości przyjęcia życiodajnej śmierci wiodącej ich do Chrystusa”. To słowa z przełomu II i III wieku wypowiedziane przez św. Klemensa Aleksandryjskiego, które dziś trudno byłoby powtórzyć, bo o śmierci nawet nie chcemy słyszeć, a co dopiero się w niej ćwiczyć. Co się z nami stało?

WOJCIECH ZIÓŁEK SJ: Trzeba chyba wskazać dwie przyczyny. Po pierwsze, Kościół działa zawsze w konkretnym społeczeństwie, a nasze tak się zhumanizowało, że liczy się tylko człowiek, i to człowiek zdrowy, młody, żywy, uśmiechnięty. Takie myślenie udziela się także nam, chrześcijanom, nie wyłączając księży i zakonników. A ponieważ śmierć nijak nie pasuje do tego obrazu, to została wyrugowana.

Po drugie, zaryzykuję stwierdzenie, że jako Kościół XXI wieku jesteśmy ludźmi mniej wierzącymi niż chrześcijanie żyjący za czasów Klemensa. Wiarę rozumiemy raczej jako zaakceptowanie dogmatów, a nie jako relację. Pan Jezus powiedział: „Ja jestem Drogą, Prawdą i Życiem”, a tymczasem dla nas jest tylko Prawdą. Nie myślimy o Nim jako o Drodze, czyli procesie poznawania, uczenia się relacji, nie traktujemy Go jako naszego Życia, poprzez które możemy doświadczać i żyć właśnie. Dla nas Jezus to raczej Wielki Prawodawca i Moralizator, a nie mój Pan, mój Jezus, do którego idę przez krętą drogę życia i który w śmierci wychodzi mi na spotkanie, aby przygarnąć, przytulić mnie do Siebie na zawsze.

A ojciec ćwiczy się w śmierci?

W dzieciństwie byłem chorowity i śmierć nieraz zaglądała mi w oczy, ale bałem się jej bardzo. Przy czym dzieciństwo i młodość to czas „przed pogrzebami”, kiedy horyzont cierpienia i śmierci był jeszcze bardzo daleki. Gdzieś około czterdziestki, kiedy pogrzebów było już znacznie więcej, miałem okazję bliskiego zetknięcia się z tą, kiedyś odległą, rzeczywistością. W czasie tzw. trzeciej probacji (w jezuickiej terminologii tak nazywamy czas przygotowania jezuity do złożenia ostatnich ślubów) pracowałem w naszej infirmerii pod Madrytem. Przez dwa miesiące odprawiałem mszę świętą i odmawiałem różaniec z piętnastoma naszymi bardzo chorymi lub mocno leciwymi współbraćmi, ale przede wszystkim służyłem im jako pielęgniarz: budziłem ich rano, myłem, goliłem, ubierałem, przewijałem, zmieniałem opatrunki, karmiłem i układałem do snu. Ten fizyczny kontakt z ich cierpieniem i śmiercią, czekającą tuż za drzwiami, był dla mnie bardzo poruszający i przemieniający. Po powrocie do Polski zależało mi na tym, aby nie wyeliminować z mojego życia tego, co dotknęło mojego serca w Hiszpanii. Przez cztery lata chodziłem więc raz w tygodniu do hospicjum jako wolontariusz.

Ale jako „oficjalny” ksiądz czy incognito?

Personel wiedział, że jestem księdzem, ale chorzy nie, bo wtedy nie pozwoliliby, żebym ich mył, strzygł, przewijał i karmił. A ja po to tam chodziłem. Ksiądz kapelan przychodził codziennie, ale kiedy go brakowało, to się „ujawniałem”.

Spotkania z ludźmi umierającymi oswoiły ojca trochę ze śmiercią?

Na pewno mnie to dotykało. Zawsze, kiedy wychodziłem z hospicjum, to żegnałem się z każdym z pacjentów, bo wiedziałem, że gdy wrócę, to niektórych już nie będzie. Średni czas pobytu tam wynosi 17 dni. Teraz bardziej dociera do mnie sens słów, które mówiło się i mówi w moim domu rodzinnym: „Jeśli dożyjemy…”. Jak ktoś planuje, że coś zrobi za dwa lata, to ja sobie myślę: „Gościu, za dwa lata? A skąd ty wiesz, czy dożyjesz?”. W związku z tym zmienia się również moje nastawienie do wielu spraw. Od pewnego czasu nie modlę się już o szczęśliwą podróż – a dużo jeżdżę samochodem czy latam samolotem – bo skąd ja mogę wiedzieć, co jest dla mnie lepsze? A może właśnie potrzebna mi jest nieszczęśliwa podróż, żeby tym moim zakutym łbem i nienawróconym sercem Pan Bóg jakoś poruszył?

To jak się ojciec teraz modli?

Modlitwą, którą ułożył św. Ignacy, a która streszcza całą naszą duchowość: „Zabierz, Panie, i przyjmij całą wolność moją, pamięć moją i rozum, i wolę mą całą, cokolwiek mam i posiadam. Ty mi to wszystko dałeś – Tobie to, Panie, oddaję. Twoje jest wszystko. Rozporządzaj tym w pełni wedle Twojej woli. Daj mi jedynie miłość Twą i łaskę, albowiem to mi wystarcza”.

Oddaję Mu wszystko, bo On wie lepiej, czego mi potrzeba. Żebym dojechał albo żebym nie dojechał. Może, choć nijak nie czuję się gotowy, już czas na mnie?

Czego jeszcze ojciec nauczył się w hospicjum?

Bardzo się tego bałem i walczyłem, żeby nie chodzić do hospicjum po to, żeby się czegoś nauczyć. Nie chciałem chorych traktować jako narzędzi do zdobycia sprawności harcerskiej „wolontariusz hospicyjny”. Chodziłem tam, bo czułem, że tak trzeba, że tak mi serce podpowiada, że to jest ważne. Dzięki temu zobaczyłem, że – tak jak w tym haśle – hospicjum to życie, że śmierć to też życie.

Tu przypomina mi się historia umierania mojej babci.

Umierała w hospicjum?

Nie, u siebie w podradomskiej wsi, w chałupie krytej strzechą. Kiedy umierała, poprosiła, żeby przywieźć księdza. Pojechaliśmy po niego, a w tym czasie zebrała się rodzina i sąsiedzi, jak to na wsi. Po spowiedzi, kiedy ksiądz już odjechał, babcia mówi: „No dzieci, ja to już się będę zbierać z tego świata”. Stoję gdzieś w drzwiach i co obserwuję? Oto, mówiąc językiem socjologicznym, zgromadzona licznie społeczność lokalna wcale nie zaczyna gadać miastowych głupot w stylu: „Pani Kwietniowa, co też pani opowiada? Pani nas jeszcze wszystkich przeżyje!”. Tylko zgromadzona społeczność lokalna mówi: „No, Kwietniowo, przecież nikt nie będzie żył wiecznie. Kiedyś trza umrzyć”. Umieranie było dla nich czymś, co po prostu na końcu życia trzeba zrobić, i najlepiej zrobić to dobrze. To było dla mnie niesamowite doświadczenie. Nikt babci nie oszukiwał i głupio nie pocieszał. Dlatego tak ważne jest rozmawianie o śmierci, bo dzisiejsze społeczeństwo nas tego nie uczy. Ucieka nawet nie tyle przed tajemnicą śmierci, ile przed samą rzeczywistością śmierci. Mówię moim współbraciom, że jeżeli będę miał raka i ukryją to przede mną, to będę ich po śmierci straszył (śmiech). Całe nasze życie chrześcijańskie, a życie zakonne szczególnie, jest przecież nastawione na Pana Jezusa. Jeśli więc On otwiera drzwi i mówi: „Słuchaj, Wojtek, już czas. Czekam na ciebie”, a wszyscy wokół mnie przekonują, że mi się tylko tak wydaje i że będę żył wiecznie, to znaczy, że jest to jakiś kosmiczny fałsz! Jeśli tak byśmy się mieli zachowywać, to po cholerę my w tym zakonie jesteśmy?

Zawsze umierającemu powinno się mówić, że to już koniec?

Kiedyś tak myślałem, ale w hospicjum widziałem, jak ludzie przechodzili fazy umierania opisane we wszystkich podręcznikach opieki paliatywnej – od negowania, przez bunt i apatię, do akceptacji. Kłopot w tym, że nie wszyscy dożywają tej akceptacji, wielu umiera na wcześniejszych etapach. Nie chcą rozmawiać, są w apatii, odwracają się do ściany. I co poradzisz? Mówienie im wtedy: „Słuchaj, ty umierasz”, byłoby okrucieństwem, tak nie można. Natomiast trzeba być przy nich, trzeba towarzyszyć, trzeba ich kochać. Wtedy też do naszej pobożnej i ładnie uczesanej główki dociera, że życie i śmierć są jednak bardziej skomplikowane niż opisy w książkach.

W fazie buntu pewnie niektórzy nie chcą się też wyspowiadać. Co wtedy?

A jak inaczej miałby reagować człowiek, który akurat jest na tym etapie?

Pan Jezus też tak myśli?

Tego nie wiem. Ale jeżeli my, źli ludzie, to rozumiemy, to On nie zrozumie? Jeśli ktoś jest zdenerwowany, to za parę minut, godzin, dni, będzie mógł z nami spokojnie rozmawiać, wtedy pogadamy.

To co ze zbawieniem człowieka umierającego bez spowiedzi? Mój katecheta o dużym zapale kaznodziejskim ciągle nam powtarzał, że kto w momencie śmierci nie będzie w stanie łaski uświęcającej, ten pójdzie do piekła.

Wszystko zależy od tego, co to znaczy stan łaski uświęcającej i co to znaczy odtrącenie Pana Boga. Czy dziecko, które w zdenerwowaniu krzyczy do rodziców: „Nie chcę was znać! Pójdę sobie w świat!”, naprawdę chce to powiedzieć? Czy ono faktycznie tak myśli, czy też, po prostu, w swojej bezsilności, dławione łzami, wykrzykuje słowa, których właściwie nie chce powiedzieć? Jemu jest po prostu źle i chce, żeby ktoś za jego nieszczęście zapłacił. A kto? No rodzice, bo są najbliżej i są najbliżsi.

To prawda. Komuś obcemu dziecko tego nie wykrzyczy.

Takie słowa dziecka do rodziców świadczą o tym, że między nim a nimi jest żywa relacja. Wiele odtrąceń czy cierpkich słów pod adresem Pana Boga wynika z bólu i bezradności. Jeszcze raz powtórzę: skoro my to rozumiemy, to Pan Jezus tego nie zrozumie?

Skoro jesteśmy przy dzieciach – śmierć dziecka to coś, za co często obwiniamy Pana Boga, przypisując Mu okrucieństwo…

Nie zamierzam Pana Boga bronić, bo do kogo mamy krzyczeć, jeśli nie do Niego? Nie zamierzam też mówić niczego, co będzie pocieszeniem. Ja w ogóle nienawidzę pocieszać, klepać po ramieniu, mówić, że wszystko będzie dobrze. Kim ja jestem, żebym wiedział, czy będzie dobrze? A pogrzeb dziecka to jest coś, co zatyka gębę, i tak chyba powinno być. Oprócz homilii dotyczącej czytań właściwie nie umiem powiedzieć nic więcej, bo co powiedzieć?

Że taka była wola Boga, że Bóg tego dziecka potrzebował?

I tak sobie Panem Bogiem gębę wycierać? Ja nie wiem, dlaczego dziecko umarło – z tym pytaniem trzeba się zwrócić bezpośrednio do Niego. Ja mogę tylko komuś w żałobie towarzyszyć, być blisko w jego bólu, a za jakiś czas pomóc mu zmierzyć się z tym, co go spotkało, żeby ta tragedia jakoś go przemieniła.

Co się dzieje z dziećmi, które umierają nieochrzczone?

Nie lubię tego pytania, bo wtedy traktujemy sprawę bardzo przedmiotowo. To pytanie brzmi jak zadania z chemii czy z fizyki: Co się dzieje po wrzuceniu grudki fosforu do dwusiarczku węgla? A tu przecież nie chodzi o chemię, tylko o miłość. Jeśli kogoś kocham, to on jest. A gdzie jest? Nie odważyłbym się uspokajać kogoś, mówiąc, gdzie dokładnie znajduje się jego dziecko, co się z nim dzieje. Raczej: „Jeśli ty je kochałeś, to przecież kochasz dalej, mimo jego śmierci, a skoro kochasz ty – słaby i grzeszny człowiek, to przecież Pan Bóg tym bardziej, prawda? On to dopiero kocha twoje dziecko”.

Jeszcze do niedawna w Kościele mówiło się o limbo – otchłani dzieci, do której miały trafiać nieochrzczone maluchy. Kościół się z tego nauczania wycofał?

W 2007 roku ukazał się liczący 41 stron watykański dokument, który – zaaprobowany przez Ojca Świętego – traktował o tej kwestii w sposób bezpośredni. Katolicka Agencja Informacyjna, donosząc o tym, pisała: „Dusze nieochrzczonych dzieci nie idą do otchłani („limbus puerorum”), lecz do nieba. Do takiego wniosku doszła Międzynarodowa Komisja Teologiczna”. Nie wiem, może do watykańskich dokumentów nie powinno się przykładać świeckiej miarki, ale jestem dzieckiem dzisiejszych czasów i tak sformułowana informacja brzmi dla mnie jak doniesienie o sensacyjnych odkryciach dotyczących komórek macierzystych czy cząsteczki Higgsa. I, z całym szacunkiem dla Międzynarodowej Komisji Teologicznej, która – jak donosi KAI – wzięła pod uwagę trzy czynniki, czyli miłosierdzie Boże, pośrednictwo Chrystusa oraz fakt, że Jezus szczególną miłością i troską otaczał dzieci, trudno mi sobie wyobrazić Pana Boga, który się nie uśmiecha, słysząc o tym epokowym odkryciu. Myślę, że się uśmiecha zarówno dlatego, że widzi, z jaką powagą ogłaszamy coś, co dotyczy Jego miłości, jak i dlatego, że aż tyle czasu zajęło nam jej odkrycie w odniesieniu do dzieci nieochrzczonych. Tak czy inaczej, jestem przekonany, że jest to pełen miłości uśmiech Ojca, który zawsze kochał i kocha wszystkie swoje dzieci: zarówno te nieochrzczone, jak i nas, którzyśmy je, poczynając od czasów św. Augustyna, przez tyle lat i wieków, „lekką ręką” odsyłali do piekła lub otchłani. I byliśmy przekonani, że Pan Bóg jest taki jak my. Jak tu się nie śmiać?

Czyli chrztu nie można traktować w taki sposób: szybko chrzcimy, żeby dziecku się nic nie stało?

To dość magiczne i lękowe podejście. Jeśli nie ochrzcisz, jeśli nie polejesz wodą, to skucha. Chrzest jest oznaką, że jako chrześcijanie chcemy temu małemu człowiekowi przekazać najcenniejsze, co nam zostało dane: powierzamy go Panu Bogu, włączamy go w Chrystusa, oddajemy Mu to, co przecież od Niego dostaliśmy, jak w tej modlitwie św. Ignacego. Ale robimy to z miłości, a nie ze strachu, bo to nie jest tak, że jeśli dziecka nie ochrzcimy, to Pan Bóg o nim zapomni.

W hospicjum leżał pan Andrzej. Pytam go rano, czy go ogolić, a on mówi, że nie, bo przyjdzie jego żona i ona to zrobi. I przyszła. Z córeczką, około dziewięcioletnią, a ona sama w zaawansowanej ciąży. Zagadnęła mnie na korytarzu, więc powiedziałem, że chyba musi im być bardzo ciężko w tej sytuacji – dziecko w drodze, a mąż odchodzi. Odpowiedziała, że zdecydowali się na drugie dziecko już po diagnozie o raku złośliwym u męża. Czy taka postawa nie świadczy o tym, że miłość jest potężniejsza niż śmierć? Skoro miłość ludzka może być taka, to tym bardziej miłość Pana Jezusa do każdego z nas jest potężniejsza od śmierci.

Co się wydarzy na sądzie? Niektórzy mówią, że wyświetli się nam wtedy całe nasze życie, i to na oczach wszystkich zbawionych.

Co do tego wyświetlenia to mam taką osobistą historyjkę. Topiłem się kiedyś, już jako jezuita. Było naprawdę kiepsko, ale wcale nie objawiło mi się wtedy całe moje życie, tylko przebiegła mi przez głowę jedna myśl: „Kurde, to już koniec? A ja akurat miałem jechać na studia do Rzymu”. Więc może to życie się wyświetla, ale tylko tym pobożniejszym (śmiech).

Taka projekcja grzechów i niedoskonałości kojarzy mi się ze strasznym obciachem i potwornym wstydem.

Ale w momencie spotkania z Panem Bogiem w ogóle nie o to chodzi. Wstyd to koncentrowanie się na sobie – MNIE będzie wstyd. Świętej pamięci kardynał Carlo Maria Martini, wielki nasz współbrat, kiedy już był poważnie chory, żalił się i wołał do Pana: „Dlaczego nam nie zabrałeś lęku przed śmiercią i samej śmierci, skoro ją zwyciężyłeś?”. Powiedział, że odpowiedź znalazł wtedy, kiedy odkrył, że tylko w śmierci i przez śmierć można zaufać Panu Bogu w sposób absolutny. Całe chrześcijaństwo polega na tym, żeby Mu zaufać, a jednak za życia zawsze mamy jakieś alternatywy, podpórki, możliwości zrobienia uniku. Tylko w śmierci mamy okazję rzucić się w stronę Pana Boga, naprawdę nie mając żadnych zabezpieczeń. Bardzo mnie to odkrycie kardynała Martiniego poruszyło. Powinniśmy uczyć się od małych dzieci – ich umiejętność przyjmowania przebaczenia jest taka, że dzieci się nie wstydzą. Zbroiły coś, mówią „pseprasam”, mama całuje i już jest dobrze. Do głowy im nie przyjdzie, żeby wracać do tematu.

Teraz właściwie powinnam zamilknąć, ale muszę zadać ojcu jeszcze jedno pytanie dotyczące sądu. Niektórzy teologowie mówią, że w momencie spotkania z Bogiem po śmierci to właściwie nie On nas sądzi, lecz my sami siebie osądzamy.

No, tak mówią.

I co ojciec na to?

Że św. Paweł napisał: „Ja nawet sam siebie nie sądzę” (por. 1 Kor 4,4). Myślenie o tym, czy to Bóg mnie osądzi, czy ja siebie, jest koncentrowaniem się na sobie, kalkulowaniem, jaki stopień dostanę. A co ci do tego? Ty zaufaj. Co to jest zbawienie? To jest coś, co się nam trafiło jak ślepej kurze ziarno. Przecież my przed Bogiem nie mamy żadnych innych argumentów poza tym, że On nas, nie wiadomo dlaczego, pokochał. Na tym się kończy nasza lista argumentów. Jezus sam nam powiedział, że słońce Ojca świeci nad złymi i nad dobrymi i że Jego deszcz pada na takich i takich (por. Mt 5,45). To jest chrześcijańskie spojrzenie, a nie jakieś wystawianie stopni.

Wielu wierzących z pewnym wstydem przyznaje się do obawy, że w niebie jednak będzie nudno. Jak myśleć o niebie, żebyśmy czekali na nie z wypiekami na twarzy?

Opowiadano mi ostatnio, że kiedy abp Nossol zaczynał mówić o niebie, to prosił: „Najpierw wyobraźcie je sobie”, a po chwili milczenia przeznaczonej na te wyobrażenia dodawał: „Na pewno nie trafiliście!” Dopiero mając świadomość tego wiecznego rozmijania się naszych wyobrażeń z tą rzeczywistością, można o niej cokolwiek powiedzieć. Pamiętając więc o tym, wracam do pani pytania i – jak na jezuitę przystało – odpowiadam pytaniem: A jak wytłumaczyć komuś, kto nie jest zakochany, kto nie jest w miłosnym uniesieniu, że dwoje ludzi potrafi ze sobą gadać godzinami i że się ze sobą nie nudzą?

Albo mogą tylko patrzeć na siebie w milczeniu, co z boku wydaje się też mało porywającym zajęciem.

No właśnie. Jeśli jestem w relacji z Panem Jezusem, to mnie perspektywa nieba rozpala i tyle. Więc na pytanie: Jak będzie w niebie?, odpowiem tak: „Chłopie! Kobito! Idź tam, to zobaczysz”. Życie poznaje się, żyjąc, śmierć poznaje się, umierając, a niebo – „niebując”, że się tak wyrażę. To jest trochę tak jak z dziewczynami, które bardzo boją się macierzyństwa, niektóre mówią nawet, że nie chcą mieć dzieci, bo ich nie lubią. A potem, kiedy zostają matkami, wszystko zaczyna wyglądać zupełnie inaczej. Dlaczego? Bo są w środku tego, bo już są matkami. I to dopiero jest właściwa perspektywa mówienia o macierzyństwie. Podobnie rzecz wygląda z niebem.

A co z czyśćcem? Obrazy, które dała nam tradycja Kościoła, pokazują go jako „miejsce” niewiele różniące się od piekła. A przecież ludzie, którzy trafiają do czyśćca, mają już zaklepany wstęp do nieba, czekają tylko na swój czas wejścia, więc są w dużo lepszej sytuacji niż my, żyjący jeszcze na tym świecie.

Przede wszystkim, chcąc powiedzieć coś o czyśćcu, należałoby powtórzyć wszystkie te zastrzeżenia, które przed chwilą sformułowaliśmy w odniesieniu do nieba. Również czyściec poznaje się „czyśćcując”, na co zapewne, bez osądzania pani redaktor, oboje będziemy mieli dużo czasu (śmiech). Wtedy oboje będziemy wiedzieli doskonale. Żeby jednak zupełnie nie wykpić się od zadanego pytania, powiem, że po mojemu różnica między piekłem i czyśćcem jest taka, jak różnica między nocnym oczekiwaniem na wschód słońca w kopalnianym korytarzu i w ciemnym lesie. W obu miejscach jest ciemno, wilgotno, nieprzyjemnie, niebezpiecznie i strasznie. Ale w tym drugim już niedługo na pewno zabłyśnie światło słońca. A skoro tak, to całe czekanie jest tym słońcem naznaczone i to, co nieprzyjemne i straszne, zamienia się w tęskne i ekscytujące, choć jeszcze niespełnione.

Zostało nam jeszcze piekło. Myśli ojciec, że jest puste?

Zawsze mamy prawo o to Pana Jezusa prosić i mieć na to nadzieję. Jeżeli kogoś takiego jak ja Pan Bóg wyciągnął z szamba, to dlaczego z innymi nie miałby zrobić podobnie?

Ale może oni – nawet w tym decydującym momencie spotkania z Bogiem twarzą w twarz – nie chcą Jego pomocy?

A kto chce lub kto chciał? A św. Mateusz chciał wyjść z komory celnej? A Paweł chciał zostać chrześcijaninem? A św. Ignacy chciał się nawrócić i z próżnego dworskiego rycerza stać się „szaleńcem dla Chrystusa”? W szambie może nam być dobrze, bo chociaż zalatuje, to jest dość ciepło. Nie planujemy żadnej zmiany, bo nie mamy pojęcia, że może być inaczej. Powiem to jeszcze raz: zawsze mamy prawo do nadziei na puste piekło, a jednocześnie musimy zdawać sobie sprawę, że są w nas takie siły, takie słabości, które mogą nam wyrządzić nieodwracalną krzywdę. I jedyne, co nam pozostaje, to wołanie w stronę Boga: „Wierzę, zaradź mojemu niedowiarstwu!” (Mk 9,24 ) – to jest modlitwa chrześcijanina. 


Wojciech Ziółek SJ - ur. 1963, jezuita, uratowany grzesznik, teolog biblijny, duszpasterz. W latach 2008-2014 prowincjał krakowskich jezuitów. Wcześniej wieloletni duszpasterz akademicki. Obecnie pracuje jako proboszcz w jezuickiej parafii w Tomsku na Syberii. (wszystkie teksty tego autora)

Anna Sosnowska - ur. 1979, absolwentka studiów dziennikarsko-teologicznych na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, współautorka książki "Zioło-lecznictwo, czyli wywary na przywary", wcześniej związana z kanałem religia.tv, gdzie prowadziła programy "Kulturoskop" oraz "Motywacja jest kobietą". Redaktor naczelna portalu Aleteia. (wszystkich teksty tego autora)

     


zobacz także

...WIĘC NIE ŻAŁUJ JEJ DLA MNIE!

... CZEKANIA NA NIKOGO

SMAK DOBRA

WYZNAĆ MIŁOŚĆ PO WYJŚCIU Z SZAMBA

TWOJA KOLEJNA PORAŻKA


komentarze



Facebook