Archwium > Numer 476 (04/2013) > Mamy papieża! > FRANCISZEK Z KOŃCA ŚWIATA

FRANCISZEK Z KOŃCA ŚWIATA
Ewangelizacja oznacza podjęcie ryzyka dosłownego zwrócenia się do tych, co "poginęli z domu Kościoła", a nie tylko troskę o przekonanych i siedzących w ławkach - uważa Papież.

To nie przypadek, że Franciszek został wybrany na półmetku Roku Wiary, kiedy Kościół szuka dróg odnowy, pyta o treść i formy nowej ewangelizacji, coraz bardziej nieodzownej także w krajach o korzeniach chrześcijańskich. Imię nowego Papieża każe przypomnieć sobie epokę św. Franciszka z Asyżu, którego Bóg powołał, by przez ubóstwo, prosty przekaz wiary i wyjście poza mury klasztorów do świata odbudować, czyli reewangelizować ówczesny Kościół. Podobną misję kardynał Bergoglio zapoczątkował już w swojej diecezji.

Przez kilka miesięcy niemal wszystkie media huczały, że to Kuria Rzymska jest największą bolączką Kościoła i wymaga natychmiastowego uzdrowienia. Rzekome frakcje i przepychanki kardynałów – atrakcyjny kąsek medialny – miały być jednym z głównych powodów abdykacji Benedykta XVI. Opatrzność chyba inaczej postrzega problem. Kardynał z Ameryki Południowej na Stolicy Piotrowej znacznie rozszerza naszą perspektywę, a jego punkt widzenia, osobisty charyzmat i dzieła, które dotąd prowadził, wpłyną na losy Kościoła i pokażą, jak sądzę, że reforma Kurii jest wprawdzie pożądana, ale nie najważniejsza.

Kiedy usłyszałem pierwsze słowa Papieża: „Rozpocznijmy wspólną drogę, biskupa i ludu, drogę Kościoła Rzymu”, zdumiało mnie, że nie mówi on o „swojej”, ale o „naszej” drodze, mając na myśli Kościół lokalny. Wyraźnie dał do zrozumienia, że biskup jest najpierw dla ludu, a nie tylko dla kurii. To znamienny sygnał wysłany przez Franciszka do nas wszystkich: Kościół to coś więcej niż instytucja walcząca o własne przetrwanie. Kościół to przede wszystkim ogromna rzesza ludzi, którzy wierzą, że Jezus dla nich umarł i zmartwychwstał, i prowadzi ich do Ojca.

Kościół bogaty inaczej

Tuż po wyborze Franciszka zacząłem bliżej zaznajamiać się z dotychczasowym życiem i duszpasterską posługą kardynała Jorge Marii Bergoglia. Zdałem sobie sprawę, że znakomita większość katolików to ludzie biedni, prości, niewykształceni, chorzy, uciskani, prześladowani, niechciani i zapomniani, pozbawieni pracy, zasiłków, ubezpieczeń i kont bankowych. Oni wcale nie potrzebują uczonych dywagacji na temat sekularyzacji ani dysput, jak rozprawić się z problemem „śmierci Boga”, które wciąż toczą Europę i kraje zamożne. Ubodzy chcą wiedzieć, że Bóg jest z nimi, a Kościół, który Go reprezentuje, nie stoi z boku, zapatrzony w swoje posiadłości, prawo i tytuły, lecz towarzyszy im, głosi Dobrą Nowinę, żyje prosto i ubogo.

Dociekanie, czy Papież jest bardziej jezuicki, czy może jednak bardziej franciszkański, bo stawia na ubóstwo, jest, moim zdaniem, bezpłodne. Kiedy Iñigo Loyola, założyciel jezuitów, nawrócił się i długo leżał w łóżku, lecząc pogruchotaną nogę, marzył o tym, żeby „zrobić to, co św. Franciszek albo co zrobił św. Dominik”. Nic dziwnego, że charyzmat jezuitów jest po części wypadkową ducha franciszkańskiego i dominikańskiego. Przez długie lata Ignacy jako pielgrzym głosił słowo na ulicach i placach miast, żyjąc z tego, co wyżebrał lub dostał. W Konstytucjach jezuitów ubóstwo nazwał „przedmurzem” zakonów i kazał go strzec jak źrenicy oka. Uważał bowiem, że ubóstwo (przez modlitwę i skromny styl życia) to akt zaufania mocy Boga, a także najlepsza ochrona przed pokusami chciwości, władzy i posiadania, którym podlega także Kościół. Ojciec Bergoglio dwukrotnie odprawił miesięczne Ćwiczenia duchowe, potem wiele rekolekcji, był mistrzem nowicjatu. Jak dotąd wydatnie pokazał, że dogłębnie przyswoił sobie znaczenie ubóstwa w życiu chrześcijańskim.

Znamienne, że na ostatnim Synodzie Biskupów na temat nowej ewangelizacji padło wiele słów o nowych formach docierania do ludzi z Ewangelią, a także o treści proklamacji. Jednak, o dziwo, niewiele miejsca poświęcono wybranemu ubóstwu i skromnym środkom jako najskuteczniejszej formie ewangelizacji. Kto wie, czy Franciszek nie będzie żywą kontynuacją Synodu… Być może odchudzi nieco Kościół i z mocą zwróci uwagę, że to nie posiadanie, lecz pokorne bycie i budowanie relacji są najpotężniejszymi środkami zbliżania ludzi do Boga.

Idźcie do ludzi

Ale to nie wszystko. Kiedy czyta się kazania, które kardynał Bergoglio wygłaszał w swojej diecezji, można zauważyć pewną prawidłowość. Otóż według niego Kościół ciągle ma do wyboru dwa sposoby bycia w świecie. Pierwszy z nich charakteryzują takie słowa jak: droga, wspólnota, ruch, wyjście, prostota, Dobra Nowina, ubóstwo, bliskość, towarzyszenie, niepewność, wyzwanie, odrzucenie, cierpienie, krzyż. A drugi można opisać za pomocą następujących wyrażeń: zasiedzenie, ociężałość, stagnacja, posiadanie, zabezpieczenie, faryzeizm, moralizatorstwo, wygoda, poklask, godności, sukces. Ojciec Święty z Argentyny zdecydowanie popiera pierwszą opcję. To budzi nadzieję.

Kiedy w 2007 roku biskupi Ameryki Południowej na konferencji w Aparecida doszli do wniosku, że „cały kontynent jest państwem misyjnym”, kardynał Bergoglio uznał, że dzisiejszą ewangelizację powinno cechować napięcie między centrum a obrzeżami, między parafią a tymi, którzy są z dala od niej. „Musimy wyjść spośród siebie, wyjść na peryferia” – wołał w jednym z kazań. Próbował więc wypchnąć księży z budynków i wysłać ich do ludzi – tam, gdzie oni mieszkają. Sam zaczął tak czynić. W jego przekonaniu nowa ewangelizacja oznacza podjęcie ryzyka dosłownego zwrócenia się do tych, co „poginęli z domu Kościoła”, a nie tylko troskę o przekonanych i siedzących w ławkach. Wiele wskazuje na to, że Franciszek nie tyle skoncentruje się na organizowaniu konferencji naukowych w Castel Gandolfo czy „dziedzińców pogan”, stosownych bardziej dla elit, ale położy większy nacisk na odnowę i rozwój tradycyjnych inicjatyw duszpasterskich. Ufajmy, że ten zastrzyk ewangelicznej energii, który każe opuścić mury kościołów, dzięki Franciszkowi udzieli się całemu Kościołowi, zwłaszcza tam, gdzie grozi mu zurzędniczenie i przeobrażenie w salon usług religijnych.

Duch prorocki

Już pierwsze publiczne wystąpienia Papieża pokazały, że nazywa on rzeczy po imieniu. „Kto nie modli się do Boga, modli się do diabła”. Bez zbędnych ubarwień i subtelności. Chociaż będzie nieprzejednany w rzeczach fundamentalnych, a takiej ostoi potrzebuje dzisiaj Kościół, nowy Papież będzie jak do tej pory otwarty na zmiany, niekonwencjonalne rozwiązania oraz inne rozłożenie akcentów.

Przykład? Podczas spotkania z księżmi w Buenos Aires przestrzegał przed sztywnym moralizmem i wypaczaniem istoty Dobrej Nowiny: „Mówimy na kazaniach o moralności, ponieważ tak jest łatwiej. Co więcej, cały czas zwracamy uwagę na tematy związane z małżeńską moralnością i te związane z szóstym przykazaniem, ponieważ wydają się barwniejsze. W ten sposób prezentujemy niezwykle smutny obraz Kościoła”.

Kardynał Bergoglio często w swoich kazaniach wykazywał się odwagą, przypominając starotestamentalnego proroka, który nie bał się narazić możnym i rządzącym. W 2010 roku podczas odprawionej na stacji kolejowej Eucharystii dla ofiar przemytu, dla umęczonych niewolniczą pracą i tzw. cartoneros – osób żyjących z grzebania w śmieciach, zwrócił się do mieszkańców stolicy: „Buenos Aires jest fabryką niewolników, maszynką do mięsa, gdzie mafiosi są bronieni, nigdy nie pokazują swojej twarzy i zawsze uratują własną skórę”. Ten rys prorocki zapewne jeszcze bardziej się wzmocni dzięki sile autorytetu papieskiego. Myślę, że nie tylko abdykacja Benedykta XVI wywołała trzęsienie ziemi w Kościele, niemałe niespodzianki czekają nas również ze strony skromnego Franciszka.


Dariusz Piórkowski SJ - ur. 1976, jezuita, ukończył filozofię w Krakowie i Boston College oraz teologię w Warszawie; rekolekcjonista i duszpasterz. Niedawno ukazała się jego najnowsza książka "Nie musisz być doskonały" (WAM). Mieszka w Zakopanem. (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

BÓG JEST TAM, GDZIE GO (NIE) CHCEMY

OCZY BY JADŁY

PRZEPRASZAM

JEDNA JEST TYLKO RACJA

WOŁAJCIE CISZEJ, BO TO BÓG


komentarze



Facebook