MOJE TRZY UPADKI
Jeden z lekarzy powiedział, że zostały mi jakieś cztery miesiące. A ja wciąż żyję i mam się dobrze. Nie rozumiem, dlaczego mnie miałby dotknąć cud? Czym sobie na to zasłużyłem?

FOT. DAWID CHALIMONIUK / AGENCJA GAZETA


KATARZYNA KOLSKA, ROMAN BIELECKI OP: Podpowiadał pan córce, by swoje wyzdrowienie z ciężkiej choroby zgłosiła jako cud, który dokonał się za wstawiennictwem Jana Pawła II. Wierzy pan w cuda?

JERZY STUHR: To była duża licentia poetica. Bardziej żartem niż serio. Rzeczywiście, tak się zdarzyło, że kiedy Marianna chorowała, prosiłem księdza Jerzego Bryłę, duszpasterza środowisk twórczych w Krakowie, który jechał akurat do Watykanu, o wsparcie duchowe dla nas u Ojca Świętego. Gdy wrócił, powiedział, że wspomniał o naszej sytuacji papieżowi. Siedzieli wtedy przy obiedzie. Jan Paweł II przerwał jedzenie i zatopił się w modlitwie. To było dokładnie wtedy, gdy nasza córka była operowana. Myślę, że to raczej zbieg okoliczności, nie żaden cud.

Pana wyzdrowienie to też zbieg okoliczności?

Pani doktor, która mnie leczyła, pewnego dnia powiedziała do mnie tak: Wszystko pan dobrze robi – jest wola i siła i ma pan ogromną motywację. Poddaje się pan pokornie leczeniu. I to są wszystko bardzo ważne czynniki. Tylko w tej chorobie trzeba mieć jeszcze szczęście.

I pan tak myśli?

To ona tak powiedziała. Ja pomyślałem wtedy, że do wczoraj w życiu miałem bardzo dużo szczęścia. Choć ono nie jest stanem, który towarzyszy mi stale. Gdy jestem szczęśliwy, to już się boję, że za chwilę życiowa sinusoida opadnie i przyjdzie się z czymś borykać. Ale po tym, co przeszedłem, jestem na to przygotowany. To znaczy, że pokornie i szczerze mogę powiedzieć, że mam szczęście. Do dziś, do godziny 18.30 jestem zdrowy, ale co będzie o 19, tego już nie wiem.

Czy spokój, który panu towarzyszy, to wynik zmagania z chorobą?

Oczywiście, choroba zmienia każdego.

Na lepszego człowieka?

Na pewno na inaczej myślącego. Dziś jestem człowiekiem, który jest przygotowany na wszystko i który w każdej chwili może podsumować życie. To nie odbiera mi energii, zapału i siły, ale gdyby się coś odwróciło, to bym powiedział: Przeżyłem uczciwie życie, dziękuję.

I nie żałuje pan tej choroby?

Każda choroba wzbogaca, uczy cierpliwości i tolerancji. Mówiąc inaczej, od czasu pobytów w szpitalach patrzę na drugiego człowieka z dużym zrozumieniem przez pryzmat bólu i strachu przed nim.

Ale jest też w chorobie element odarcia…

Z czego? Z radości?

Raczej z tego, że trzeba się upokorzyć przed innymi, prosząc chociażby o pomoc.

Wykonuję zawód, któremu upokorzenie towarzyszy każdego dnia. Borykam się z tym całe życie, więc jestem już chyba przyzwyczajony i uodporniony. Weźmy choćby recenzje filmu czy sztuki w gazecie. Dwa zdania i już ktoś cię miesza z błotem, odsądza od czci i wiary. Dlatego mówi się, że aktorowi potrzebna jest siła słonia i wrażliwość motyla. Często trudno te dwie rzeczy ze sobą pogodzić.

Wspomina pan w swoim Dzienniku czasu choroby, że pomocą w zmaganiu z chorobą była wiara. To wynik zażyłej relacji z Bogiem?

Raczej charakteru. Jestem typem człowieka walczącego o siebie. Nie w takim nonszalanckim, szwoleżerskim stylu. Raczej to coś z austriackiego uporu. Po usłyszeniu diagnozy uparcie powtarzałem: Daję sobie dziewięć miesięcy i muszę z tego wyjść. To była moja perspektywa, a ja szedłem jak baran, bo jestem spod znaku Barana. I na tym chyba polega siła mojego charakteru. Ja się po prostu łatwo nie poddaję. A Panu Bogu bardzo dziękuję. Unikam modlitw życzeniowych. Wolę powiedzieć: Dziękuję Ci za przeżycie tego dnia, za to, że udało się być uczciwym i dobrym. Dziękuję za dzieci i żonę. To jest cała moja relacja z Bogiem.

I nie miał pan do Niego pretensji? Nie pytał pan: Gdzie jesteś, Boże?

O nie!

Nie było w panu buntu, dlaczego ja?

Nie pierwszy raz w życiu dotknęła mnie poważna choroba. To zawsze jest jakaś wypadkowa losu. Mówię sobie: Tak miało być.

Moje pierwsze słowa, które powiedziałem po usłyszeniu diagnozy brzmiały: Ile to może trwać? Lekarze patrzyli na mnie jak na raroga. Guz przełyku, perspektywa chemii i radioterapii, siedemdziesiąt procent umieralności, a on się pyta: Ile to może trwać? Ale dla mnie to była sytuacja, w której powiedziałem sobie: Zrobię wszystko, co trzeba, poddam się wszystkiemu, byleby tylko szybko z tego wyjść. Proszę mi wierzyć, że niecierpliwie czekałem na pierwszą chemię. Nie mogłem się doczekać. Chemia – wiadomo, trucizna, niszczy potwornie, ale naprawdę o to błagałem, bo wiedziałem, że tylko to może mnie uleczyć. Nie ma innego wyjścia. Udało się, zakończone. Dziś już nie chcę o tym mówić. To jest za mną.

(...)

Dostęp do treści serwisu jest płatny.


Aby wyświetlić pełny tekst musisz być zalogowany
oraz posiadać wykupiony dostęp do tego numeru.


Jerzy Stuhr - ur. 1947, jeden z najpopularniejszych i najbardziej wszechstronnych aktorów polskiego teatru i filmu; przez wiele lat związany z krakowskim Starym Teatrem i scenami teatrów włoskich. Reżyser filmowy i teatralny. Wykładowca krakowskiej PWST i rektor tej uczelni. Autor filmów, m.in. "Historie miłosne", "Tydzień z życia mężczyzny", "Korowód". Opublikował m.in. "Sercowa choroba, czyli moje życia w sztuce", "Stuhrowie. Historie rodzinne", "Tak sobie myślę... Dziennik czasu choroby". (wszystkie teksty tego autora)

Katarzyna Kolska - dziennikarka, zastępca redaktora naczelnego miesięcznika "W drodze", absolwentka filologii polskiej i teologii, przez 13 lat pracowała w poznańskim oddziale "Gazety Wyborczej", autorka kilku książek, m.in. "Modlitwa poranna i wieczorna" (Olimp Media 2008) i "Moje dziecko gdzieś na mnie czeka. Opowieści o adopcjach" (Znak 2011, Wydawnictwo W drodze 2016). Jest mężatką, ma dwóch synów, mieszka w Poznaniu. (wszystkich teksty tego autora)

Roman Bielecki OP - ur. 1977, dominikanin, absolwent prawa KUL oraz teologii PAT, redaktor naczelny miesięcznika "W drodze", mieszka w Poznaniu. (wszystkich teksty tego autora)

     


zobacz także

KLASYCY, JAZZMANI I FOLKOWCY

Na skrzydłach aniołów

Poddaj się, żeby wygrać

POD JEDNYM NIEBEM

Patrząc na Was, odpoczywam


komentarze



Facebook