W IMIĘ... CZEGO?
"W imię...", reż. Małgośka Szumowska, wyst. Andrzej Chyra, Mateusz Kościuszkiewicz, Maja Ostaszewska, Łukasz Simlat; Polska 2013

POSIŁEK W POPRAWCZAKU. ŁUKASZ SIMLAT I ANDRZEJ CHYRA W FILMIE "W IMIĘ"; FOT. KINO ŚWIAT


Jedni okrzyknęli W imię... dziełem genialnym i przełamującym tabu, drudzy podsumowali film krótko jako antykościelny, antypolski, tandetny. Pewien recenzent z katolickiego portalu napisał, że Szumowska mogła opowiedzieć historię o normalnym duchownym, zamiast szokować gejem w sutannie. Dlaczego jednak mielibyśmy upierać się przy tym, że temat jest absurdalny, nawet jeśli drażni nas jego nachalne bycie na czasie? Czy naprawdę Kościół w swoich szeregach nie ma żadnego homoseksualisty? Mam wątpliwości, czy sugerowanie, o czym powinno się kręcić filmy, a o czym nie – jest właściwe.

W imię... ma na swoim koncie Złotego Lwa za reżyserię. To też największy sukces międzynarodowy Małgorzaty Szumowskiej: film został sprzedany do szerokiej dystrybucji w ponad 20 krajach na całym świecie, w tym do Stanów Zjednoczonych. Był również nominowany do Złotego Niedźwiedzia. Sama reżyserka w wywiadzie dla „Kino Świat” mówi o sukcesie na Berlinale: „Na festiwal przysyłanych jest 7000 filmów, z czego 18 znajduje się w konkursie głównym, można więc wyobrazić sobie skalę tej selekcji. Na pewno daje to stempel jakości”. Warto się zastanowić i poszukać wspomnianego „stempla”, który miał się przyczynić to takiego sukcesu.

Samotny we wspólnocie

Głównym bohaterem filmu jest ksiądz Adam. Poznajemy go jako zaangażowanego duszpasterza, cieszącego się szacunkiem podopiecznych. Wraz z pracownikiem socjalnym Michałem prowadzi na prowincji placówkę dla chłopaków z problemami. Adam potrafi zatańczyć na wiejskiej zabawie i poczęstować się piwem. Nie można go nie lubić – przecież to taki normalny ksiądz, któremu obcy jest kościółkowy żargon. To, co dla niektórych było pretekstem do określenia filmu mianem skandalizującego, czyli homoseksualizm, z którym zmaga się bohater, jest w tym filmie niemal niedostrzegalne. Gdy w życiu Adama pojawiają się problemy, które rozbudzają w nim homoseksualne skłonności, szuka wsparcia. Próbuje o tym opowiedzieć swojej siostrze, ale ona, przywiązana do wyidealizowanego obrazu brata, woli zakończyć rozmowę. Gdy Adam pragnie się wyspowiadać, ksiądz nie ma dla niego czasu. Oczywista symbolika: kraty w drzwiach Kościoła i nieprzyjemna sprzątaczka, która mówi, że jest sprzątanie i nie ma spowiedzi. Adam nie znajduje pomocy ani u innych ludzi, ani w sferze sacrum, bo – według Szumowskiej – sacrum to tylko niebo nad głową, plastikowe figurki i portret papieża, który ściąga ze ściany i z którym tańczy pod wpływem alkoholu. Nikt nie chce go wysłuchać, sam też traci cierpliwość do słuchania innych. Gdy Michał chce się u niego wyspowiadać, po wypowiedzeniu początkowej formułki nie może wydusić z siebie ani słowa. Rozgoryczony mówi: „Czemu ja nie mogę nic normalnie powiedzieć!”. W kilku scenach znalazło się niegłupie przedstawienie problemu języka, którym komunikujemy się w Kościele, i samotności mimo wspólnoty. Ale tych scen z przyzwoitym potencjałem dramatycznym jest jednak za mało, by stworzyć spójną całość. Gdy zaczynamy z uwagą śledzić rozterki bohatera, zaraz pojawia się jakaś sztampowa scena, która skutecznie gasi rodzące się zainteresowanie.

Placek z jabłkami

Już sam początek najlepiej świadczy o tym, jaką wizję polskiej rzeczywistości będzie konsekwentnie starała się budować Szumowska. Niewinna zabawa dzieci zamienia się w dręczenie niepełnosprawnego umysłowo chłopaka. Padają wyzwiska, a słowo „Żyd” pełni funkcję obraźliwego epitetu. Mamy więc dwa mocne akcenty: nieakceptację inności i kiepski obraz tzw. Polaków-katolików. Parafianie z anonimowej miejscowości, w której rozgrywa się ta historia, to przecież banda hipokrytów. Gdy jedna z dziewczynek dostaje ataku padaczki, ludzie, którzy przed chwilą wyszli z mszy, otaczają ją ciasnym kręgiem z minami tak zaciętymi, że sprawiają wrażenie, jakby mieli zaraz złożyć ją w ofierze. Tylko Adam rzuca się na pomoc, a Łukasz, chłopak, z którym połączy go szczególna relacja, wsunie dziewczynce sweter pod głowę. Widocznie tylko homoseksualiści są wrażliwi… Zaangażowana parafianka Ewa przychodzi do Adama z ciastem owocowym (sic!) i próbuje zaciągnąć go do łóżka. W tym momencie zastanawiamy się, czy Adam nie skorzystał z propozycji, dlatego że jest księdzem, czy dlatego że jest gejem? Scena kuszenia, z jakże sugestywnym wyborem imienia bohaterki, jest sztandarowym przykładem topornej symboliki. Ale podążajmy dalej za naszymi bohaterami. Michał, sprawiający wrażenie przyjaciela Adama, spieszy w pierwszej kolejności do biskupa, by podzielić się swoimi wątpliwościami dotyczącymi relacji Adama z chłopcami. Efektem jest natychmiastowe przeniesienie duchownego do innej parafii. Wizyta w kurii jest zobrazowaniem popularnego stereotypu na temat działania kościelnych struktur. Od pierwszych sekund jest jasne, że funkcja biskupa ogranicza się do duszenia w zarodku wszelkich zastrzeżeń odnośnie do duchownych. Hierarcha daje do zrozumienia każdym gestem i każdym słowem, że jest hipokrytą. Szumowska nie jest jednak pewna, czy wszyscy widzowie już to wiedzą, dlatego by nie było niejasności, biskup z obłudą na twarzy mówi: „Nie zamiatamy pod dywan, jak to się powszechnie mówi”.

Przedstawienie wszystkich w tak złym świetle, z jedynym pozytywnym bohaterem pośród nich – bezinteresownie pomagającym i opatrującym rany Adamem, jest nie tylko sztuczne, ale też kiczowate i irytujące. Jeżeli wszyscy są źli, nietrudno przewidzieć, dokąd zmierza historia, skoro tylko w Łukaszu Adam odnajduje iskrę szczerego uczucia.

Ucieczka w kapłaństwo

Dla dobra filmu byłoby lepiej, gdyby skończył się dziesięć minut wcześniej. Mielibyśmy intrygujące niedopowiedzenie. Niestety, Szumowska w finale sięgnęła po najprostsze rozwiązanie. Ostatnią scenę ogląda się tak, jakby została wyrwana z melodramatu, tylko w wersji homo. Przed domem Adama, oczywiście w strugach deszczu, czeka Łukasz. W tym miejscu karty zostają odkryte: Adam ląduje w łóżku ze swoim byłym podopiecznym. Gdy rano bohaterowie budzą się obok siebie, przez okno przebija intensywne światło. Jest więc oślepiające słońce, błogi spokój i uśmiechy. Dotąd, gdy Adam patrzył w niebo, szukając swojego sacrum, było ono zazwyczaj ciemne i ponure, a po nocy z Łukaszem wyszło słońce. Czy oznacza to, że znalazł się na właściwym miejscu?

Film zamyka scena, z której wynika, że Łukasz poszedł do seminarium. Nie znalazłby się tam najprawdopodobniej, gdyby nie Adam – dotąd bowiem nic nie wskazywało na rodzące się w chłopaku powołanie. Środowisko klerykalne stało się dla niego widocznie najlepszym rozwiązaniem w obliczu ujawnionych skłonności.

Nie wiemy natomiast, jak potoczyły się dalej losy księdza Adama. Pozbawione subtelności zakończenie narzuca interpretację na czasie: bohater odważył się wyswobodzić swoje prawdziwe ja i dopiero miłość do mężczyzny da mu szczęście. Pewną wskazówką może być też kazanie Adama, które słyszymy na początku filmu. Mówił w nim, że nawrócił się, gdy czuł, że jest z nim w pokoju jego zmarły ojciec. „I w tym jednym błysku zobaczyłem całe zepsucie mojej duszy i zapragnąłem wydostać się z tego więzienia mojego samolubnego »ja«”. Nie jest wykluczone, że kapłaństwo było ucieczką przed niezaakceptowanymi skłonnościami, wejściem w jakąś niewolę. Czy ten, nietknięty żadnym grzechem „punkt dobra”, o którym mówił, należący wyłącznie do Boga, został dotknięty grzechem zaniedbania, poczuciem samotności i niezrozumienia? A może, i to wydaje się najbardziej zgodna z poglądami reżyserki interpretacja, „punktem dobra” nie są wcale jakieś wielkie ideały. Spokój duszy i odzyskanie własnej tożsamości to pójście za głosem ukrytych pragnień i skłonności natury. Bohater, walcząc o życie zgodne ze stanem kapłańskim, był przecież ciągle rozbity. Bez względu na to, jakie są odpowiedzi na te pytania, Kościół ukazany jest jako instytucja, która rozmija się ze szczerymi intencjami i zniewala człowieka.

Niezasłużona reklama

W przerysowanej wizji Kościoła Szumowskiej zabrakło nawet rzeczowej logiki. Adam jest jezuitą, ale niestety nic na to nie wskazuje, bo mieszka samotnie na parafii i podlega bezpośrednio biskupowi diecezji. Biskup natomiast, w scenie z Michałem, jest wystrojony tak, że ze świecą szukać biskupa, który by kogokolwiek przyjmował w podobnym stroju. Chłopak, który nie potrafi wydusić z siebie słowa, zostaje przyjęty na studia wyższe. Czyżby dlatego że chodzi o studia teologiczne i seminarium? Nawet na płaszczyźnie zwyczajnych faktów film budowany jest na wyobrażeniach, chociaż wiedza o podobnych szczegółach jest w zasięgu ręki.

Po premierze W imię... napisano już niejeden artykuł o tym, jaki ten Kościół straszny. Zdaję sobie sprawę, że atmosfera, która dziś panuje, wcale nie ułatwia nieuprzedzonego spojrzenia na film Szumowskiej. W dobie mniej lub bardziej rzetelnie relacjonowanych przez media afer i skandali z udziałem księży, temat księdza homoseksualisty jest bardzo kontrowersyjny. Wydaje się, że głównym argumentem przemawiającym za tym filmem lub przeciw niemu są osobiste przekonania co do obecnej sytuacji Kościoła. Odtwórca głównej roli Andrzej Chyra podzielił się w wywiadzie refleksją, że „Kościół dziś jest w gruncie rzeczy siłą polityczną, a nie religijną. Jeżeli pragnie zawłaszczyć przestrzeń mentalną, musi liczyć się z tym, że ludzie spoza Kościoła będą zabierać głos w sprawach kościelnych”. Trudno w tak skrajnym i generalizującym podziale ról stanąć gdzieś obok. Jednak gdybyśmy zainteresowali się samym filmem po prostu jako pewnym artystycznym dziełem, nietrudno będzie dojść do wniosku, że emocje, które wywołał, są nieproporcjonalne do jego dość średnich walorów artystycznych. Emocje i kontrowersje robią mu tylko niezasłużoną reklamę.

Zakłamany Kościół?

Moim zdaniem, najlepszym wyjściem z sytuacji są obiektywne recenzje filmu, które skupiają się na oryginalności scenariusza, a nie na tym, komu film chce się przypodobać, a kogo zdenerwować. Jeśli ktoś używa filmu Szumowskiej jako podpórki do potwierdzania swojego obrazu Kościoła, możemy współczuć jakości tejże podpórki. Ponadto chyba niewielu jeszcze dziwi, że filmy, które opowiadają o problemach homoseksualistów, są zazwyczaj doceniane, a sposób, w jaki ich historia jest opowiedziana, schodzi na dalszy plan. Nikt nie powinien kwestionować szeroko pojętej wolności artystycznej w kinematografii, w której zawsze jest miejsce dla najróżniejszych interpretacji rzeczywistości. Idealnym rozwiązaniem byłoby połączenie tej swobody z wolną od zewnętrznych nacisków i oczekiwań oceną pracy twórców. Niepokoi, jak niewiele dziś trzeba, żeby zdobyć rozgłos, prestiżowe nagrody na międzynarodowych festiwalach i dać kolejny argument tym, którzy mocno trwają w wierze o zakłamaniu Kościoła. 


Milena Kukla - ur. 1989, ukończyła dziennikarstwo na Uniwersytecie Papieskim Jana Pawła II w Krakowie. Obecnie studentka teologii. Mieszka w Krakowie. (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

POGAŃSTWO CZUJE SIĘ ŚWIETNIE

PACIERZ CZŁOWIEKA DOROSŁEGO

WAKACJE BEZ PANA BOGA

Staszek i Żydzi

"Nie tyle teoria, ile raczej teorie ewolucji"


komentarze



Facebook