SMAKOWANIE ŚWIĘTA
Każdy, nie tylko dzieci, powinien dostać prezent. Bo ten prezent jest powiedzeniem: Ja w tym momencie myślałam o tobie i dam ci coś, co wybrałam dla ciebie. Bo jesteś szczególny.

FOT. LUCAS ALLEN / CORBIS


DOMINIK JARCZEWSKI OP: Z jakim zapachem kojarzą się pani święta?

TESSA CAPPONI-BORAWSKA: Pewnie jak każdemu – z zapachem przypraw korzennych. Jest jednak jeszcze inny zapach, którego nie potrafię dokładnie określić. To zapach domu moich rodziców we Florencji. Zapach, w którym miesza się woń choinki, pieczonych kasztanów i starego mieszkania.

Na święta wyjeżdża pani do Włoch?

Jednego roku spędzam święta w Polsce, a drugiego – we Florencji.

A w tym roku?

W Polsce. Ale miejsce nie jest najważniejsze. Święta mogę spędzić gdziekolwiek – ważne, z kim. Staramy się też, żeby i we Włoszech, i w Polsce gościły na stole te same potrawy. I tu, i tam każdy przyrządza swoją specjalność. Mój mąż, który jest dobrym kucharzem, przygotowuje wspaniałe śledzie, mama galaretkę z pomarańczy i cytryny. Każdy daje coś od siebie. Jednego roku na przykład na stole we Florencji pojawił się przepyszny makaron z owocami morza.

Czyli taka wigilia składkowa?

Bardziej tutaj, w Polsce. Kiedy jedziemy do Florencji, nie mamy za dużo czasu na przygotowania, ale w Warszawie, gdzie do stołu zasiada około 30 osób, to konieczność. I to jest coś niezwykle pięknego, że każdy dzieli się z innymi tym, co najcenniejsze. Mąż robi swoje słynne śledzie, jedna szwagierka – ryby w galarecie, druga – bardzo dobry pasztet z fasoli. Można by długo wymieniać.

Są takie potrawy, które je się tylko tego dnia i cały rok się na nie czeka?

Tak. I to jest również coś niezwykle ważnego. Pierwszy dzień świąt jest w mojej rodzinie świętowany po angielsku. Tak zostałam wychowana. A na takim angielskim obiedzie bożonarodzeniowym do drobiu czy szynki podaje się sos chlebowy. Moje dzieci uwiel-biają go i nie potrafią zrozumieć, dlaczego nie robię go częściej. Oczywiście mogłabym, ale uważam, że to jest taki sos, który się je raz do roku. I już!

Taka kulinarna asceza? Czego to nas uczy?

Przede wszystkim szacunku – i to nie tylko dla pory roku czy regionu, w którym żyję, ale i dla podziału mojego czasu na dni świąteczne i powszednie. Gdybym co drugi dzień jadła christmas pudding, jak jakąś zwykłą szarlotkę, to straciłby on nie tylko swój sens, ale i tę niesamowitą aurę, która go otacza.

Zdradzi pani przepis?

Oczywiście. Bardzo lubię tę potrawę, ponieważ samo jej przygotowanie związane jest z – jak to ojciec przed chwilą powiedział – kulinarną ascezą. Puddingu nie da się przyrządzić ot tak, w biegu. Kiedyś zaczynano go przygotowywać zaraz po Bożym Narodzeniu – na następny rok. Używano bakalii, które zostały po świętach. Ja zaczynam przygotowania dwa miesiące przed świętami. Trzeba wymieszać suszone owoce, migdały, mąkę, miękisz z białego chleba, skórkę pomarańczową i przyprawy korzenne, a następnie macerować to wszystko w alkoholu: w ciemnym piwie, rumie lub koniaku. Następnie, gdy przychodzi tzw. Stir-Up Sunday [ostatnia niedziela przed rozpoczęciem Adwentu – przyp. red.], każdy domownik musi zamieszać ciasto i po cichu wypowiedzieć jedno życzenie. Potem gotuje się tę mieszaninę na parze przez osiem godzin i odstawia do Bożego Narodzenia. Wszyscy w mojej rodzinie uwielbiają pudding. To esencja świąt. Wnosi się taką słodką kopułę, polewa koniakiem i podpala. Następnie trzeba zrobić rundkę wokół stołu, pilnując, żeby pudding nie zgasł.

Ktoś biega z nim wokół stołu?

Tak. I mówi każdemu: Happy Christmas!

Kto z domowników to robi?

Zazwyczaj ja.

Trzeba chyba uważać, żeby się nie zająć od tego puddingu!

Trzeba przede wszystkim uważać, żeby pudding nie zgasł. To nie byłby dobry znak.

Zasiadamy do świątecznego stołu, składamy sobie życzenia, cieszymy się swoją obecnością… a cały rok żyjemy zupełnie inaczej.

Ale tak wcale nie musi być. To, że święta są dla mnie czasem dziękowania, nie zwalnia mnie z tej wdzięczności każdego dnia. Potrawy świąteczne są wielkim darem, ale takim darem jest też każdy obiad. Tu nie ma żadnej konkurencji. Potrzebujemy tych szczególnychmomentów. I potrawy pomagają nam wejść w ten niecodzienny nastrój.

Czy te święta nie są za przyjemne? Spotkania rodzinne, kolędy, smakowite potrawy, prezenty – tyle tego jest, że nie pozostaje za wiele miejsca dla Pana Boga.

Szczerze?

Szczerze!

Ja uważam, że powinno być przyjemnie. Koniec końców świętujemy narodziny Dziecka. Proszę ojca, mamy czas na smutek, tak?

Mamy…

Skoro raz do roku możemy świętować radośnie, w gronie rodzinnym, kiedy za oknem jest okropnie zimno…

…nie ma co oszczędzać tej radości?

Nie ma co oszczędzać! Oczywiście irytuje mnie, że w wielu krajach Boże Narodzenie stało się świętem konsumpcjonizmu i że w dzielnicach handlowych już od października zaczyna się świąteczny szał. Denerwuje mnie ta orgia prezentowa. Owszem, parę lat temu pisałam, że każdy, nie tylko dzieci, powinien dostać prezent. Bo ten prezent jest powiedzeniem: Ja w tym momencie myślałam o tobie i dam ci coś, co wybrałam dla ciebie. Bo jesteś szczególny. Takie jest znaczenie
prezentów! Jeśli w ten sposób na to spojrzymy, to się okazuje, że nie ma sensu robić prezentów na łapu capu, w biegu, odhaczając listę: ciocia, mama, wuj… – i skreślamy.

A często do tego się to sprowadza.

W tym roku moja szwagierka zaproponowała, żebyśmy losowali jedną osobę, dla której, poza najbliższą rodziną, przygotowujemy prezent. Zamiast 10 drobiazgów w biegu, każdy koncentruje się na tej osobie. Dla mnie to było bardzo interesujące, bo musiałam się dobrze zastanowić, co tej osobie sprawiłoby największą przyjemność.

Prezent można kupić, a można też samemu zrobić. Ma pani taki zwyczaj?

Tak, tak. Co roku robię przetwory.

Hm… Brzmi smakowicie…

To jedyna rzecz, którą potrafię dobrze zrobić. (śmiech) To jest wymiar mojej miłości. Za każdym razem staram się znaleźć nowe przepisy, które następnie wypróbowuję z moją nieocenioną panią Lesią.

A jaki prezent najbardziej pani wspomina?

Kiedy miałam cztery lata, dostałam ogromną lalkę. Niby nic w tym szczególnego – każda dziewczynka marzy o takiej i kiedyś ją dostaje, ale ta lalka była dla mnie szczególna. Przede wszystkim była ogromna. Byłam nią zauroczona. Jako dziewiętnastolatka znalazłam pod choinką rower.

Zmieścił się?

Zmieścił. To było niesamowite… Ale najbardziej niezwykłe są prezenty, które dostaję od mojego męża. Ciągle mam poczucie, że nie dorastam do nich. On zawsze potrafi mnie zaskoczyć czymś niesamowicie pięknym. I zawsze ma takie pomysły! I zawsze trafia! A ja co roku mam ten sam problem – znaleźć prezent dla mężczyzny to katorga. Nigdy nie wiem, co kupić. Nowy krawat? – Nie! Jeśli chodzi o dobór prezentów, mężczyźni są niezwykle trudni.

Chyba pani nie pomogę. Ja najbardziej lubię niespodzianki.

Ja też! Z wiekiem coraz mniej interesują mnie materialne prezenty. O wiele więcej radości może sprawić propozycja wspólnego wyjazdu z mężem albo bilet do teatru, kina czy na koncert. Rzeczy materialne przestają być dla mnie takie ważne. No może z jednym wyjątkiem – książek. Mogę je dostawać w każdej ilości.

Mówiliśmy już trochę o zapachach, o smakach, a z jaką muzyką kojarzą się pani święta?

Jednoznacznie z Mesjaszem Haendla.

Ta pierwsza część jest przepiękna…

I bardzo ważna dla mnie. W naszym florenckim domu aż do wieczerzy wigilijnej choinka jest zamknięta w salonie. Nikt nie ma do niej dostępu. Cała rodzina zbiera się o wyznaczonej porze pod drzwiami, bo wiadomo, że Święty Mikołaj zostawia tam prezenty. W tym czasie wchodzimy we dwie z mamą przez boczne drzwi, mama dzwoni srebrnym dzwonkiem i wtedy drzwi się otwierają. To jest coś pięknego! Jest ciemno, choinka pełna świateł, a w tle słychać muzykę Haendla.

A zatem na pierwszym miejscu Mesjasz. Potem Oratorium na Boże Narodzenie Bacha. Kolędy odkryłam dopiero, gdy przyjechałam do Polski. Co prawda w czasie świąt śpiewaliśmy bardzo dużo kolęd angielskich, ale z tradycją wspólnego kolędowania, które trwa do końca stycznia, spotkałam się dopiero tutaj. Dla mnie to była nowość. Włosi mają dwie kolędy, ale one są nieznośne.

Dlaczego?

A słyszał je kiedyś ojciec?

Nie.

To proszę gdzieś znaleźć Tu scendi dalle stelle. O-krop-ne! I wszyscy fałszują. To jest przeżycie! Bardzo nie lubię tej kolędy. Natomiast uwielbiam polskie i angielskie kolędy. Pamiętam, że kiedy jeszcze nie mieliśmy telewizji, niania nastrajała radio na świąteczne orędzie królowej, po którym następowała retransmisja Carol Service chyba z King’s College w Cambridge. To było rzeczywiście piękne.

Od muzyki przejdźmy do sztuki. Który obraz o tematyce bożonarodzeniowej jest pani ulubionym?

Jest taki obraz w naszej florenckiej kolekcji – Madonna z Dzieciątkiem przypisywana siedemnastowiecznemu malarzowi Bernardinowi Mei. Maryja nosi na ręku Jezusa. Ten obraz zawsze mi towarzyszy. Jego zdjęcie noszę przy sobie. Ta Madonna jest po prostu piękna! Lubię też Adorację pasterzy z Tryptyku Portinarich Hugo Van der Goesa z Galerii Uffizich oraz znajdujący się w moim rodzinnym domu siedemnastowieczny obraz Viviana Codazziego przedstawiający szopkę. Tak się dobrze składa, że wisi w pokoju sąsiadującym z choinką.

Czyli zwykłej szopki już nie potrzeba?

Nie. Szopka jest. Muszę się przyznać, że fascynują mnie szopki neapolitańskie.

Te z mnóstwem figurek?

Tak! Te figurki…

Kiedy pani o tym wspomniała, to przypomniał mi się obraz z dzieciństwa – mieszkanie nauczycielki mojego taty, pani Celeste Zawadzkiej, Włoszki, która zapraszała nas „na szopkę”. Pamiętam te figurki. Niezwykłe. I co roku musiała się pojawić nowa.

Jeśli będzie ojciec we Włoszech, proszę koniecznie odwiedzić muzeum San Martino w Neapolu, w którym znajduje się dział poświęcony szopkom. Można tam zobaczyć niesamowite rzeczy, bo te szopki zajmują nieraz powierzchnię całego pokoju. Są one też bardzo interesujące z punktu widzenia antropologii jedzenia.

Jedzenia?

Tak! Bo tam wszyscy jedzą. To jest niesamowite!

Wszyscy jedzą. A kto idzie do stajenki?

Chodzą do niej, chodzą… Ale po drodze jedzą. Jest tam sporo anachronizmów. Można na przykład zobaczyć kobietę, która gotuje wielki garnek polenty, czyli takiej mamałygi kukurydzianej, której oczywiście nie mogło być w czasach Jezusa. Ale są i rybacy, którzy przynoszą świeże ryby i je sprzedają. Jest pani, która piecze kasztany. Są również takie siedemnasto-, osiemnastowieczne szopki z przepięknymi figurami ubranymi w haftowane jedwabie. To jest niesamowite.

Taka właśnie szopka jest w pani rodzinnym domu?

Tak, choć oczywiście nie aż tak rozbudowana.

Bo trzeba powiedzieć, że pomysł szopki pochodzi z Włoch – od świętego Franciszka.

U swoich początków szopka miała spełniać funkcję dydaktyczną. Zupełnie jak freski w kościołach, które dla ludzi nieumiejących czytać były rodzajem komiksu. Co do szopki, to muszę jeszcze dodać, że w moim domu aż do Wigilii żłóbek w szopce pozostaje pusty, natomiast trzech króli stawiamy w pewnej odległości. W szopce pojawią się dopiero 6 stycznia.

W święto Trzech Króli, we Włoszech zwane Befana.

Czyli stara wiedźma.

Wiedźma? A co ona ma wspólnego z trzema królami?

Niektórzy utożsamiają ją ze słynną Sybillą Kumańską, która, jak wiemy z Kaplicy Sykstyńskiej, zaliczana była do osób przewidujących nadejście Jezusa. Słowo „Befana” pochodzi od Epifania i tutaj nie ma dwóch zdań. La Befana to jest to samo, co polskie mikołajki. To przede wszystkim święto dla dzieci, które wieczorem wystawiają dla wiedźmy pończochę. Ona zaś zostawia w niej różne słodycze, ale przede wszystkim kawałek słodkiego węgla.

Węgla?!

Tak. W Polsce na niegrzeczne dzieci czekają rózgi, a we Włoszech – węgiel. W związku z tym, że każde dziecko jest czasem niegrzeczne, na dnie tej pończochy zawsze jest węgiel.

Ten węgiel trzeba potem zjeść?

Tak. Niech się ojciec nie przeraża – to jest taki wyrób z cukru imitujący węgiel.

Uff… Wrócę w takim razie do pytania, gdzie w tym radosnym świętowaniu jest miejsce dla Pana Boga?

A ja znowu odpowiem, że nie trzeba oddzielać tego, co rodzinne, wspólnotowe, od tego, co związane z moją osobistą wiarą. Dla mnie Boże Narodzenie to czas, kiedy dziękuję Bogu za moje dzieci.

Sporo musiało się zmienić w tym świętowaniu, od kiedy została pani matką?

Tak. I bardzo dobrze pamiętam te trzy razy, kiedy w czasie świąt byłam już w ciąży. Szczególnie wspominam wigilię z 1998 roku. Zjechało się wtedy do Warszawy mnóstwo osób. Chyba ostatni raz byliśmy w takim składzie: i moi rodzice, i ciotka… Towarzyszyło mi wtedy niezwykłe poczucie, że jestem częścią większego planu. Przeżywałam ciążę jak mój mały Adwent, a każdy Adwent jest dla mnie jak ciąża. Trzeba się dobrze przygotować do porodu. Dlatego nie lubię przechodzić do świętowania zmęczona.

Jak to zrobić? Tyle pracy, przygotowań…

Staram się odpuszczać sobie różne rzeczy. Po to jest Adwent, żeby nauczyć się cierpliwości. Pamiętam z dzieciństwa kalendarz adwentowy, który kiedyś nie był z czekoladkami, ale z pięknymi obrazkami. Już pierwszego dnia zżerała nas ciekawość, co będzie w ostatnim okienku! A tu trzeba było cierpliwie czekać aż do świąt.

Szkoła cierpliwości, ascezy, ograniczenia się, żeby móc świętować…

Tak, choć muszę przyznać, że z biegiem lat to Wielkanoc stawała się dla mnie coraz ważniejsza. W końcu to sedno naszej wiary.

To po raz trzeci przekornie zapytam: może lepiej odpuścić sobie to Boże Narodzenie?

Nie, absolutne nie! To jest po prostu inny wymiar przeżywania naszej wiary. Taki, który jest nam bliższy. Znamy urodzenie dziecka, znamy też śmierć. Natomiast zmartwychwstaniejest dla nas poza zasięgiem – Boże Narodzenie może nam je przybliżyć. Rodzenie przypomina trochę przejście między śmiercią a życiem. Najtrudniejsza jest głowa. Nogi już „wypływają”. Podczas Bożego Narodzenia przypominam sobie swoje ciąże i porody. Myślę wtedy, że Maryja musiała się zmierzyć z takimi samymi lękami, jak każda matka. Przede wszystkim z lękiem przed nieznanym. I ten znany z życia poród przybliża mi trochę to, co Bóg przygotował dla mnie na końcu drogi.


Tessa Capponi-Borawska - pochodzi z Florencji. Ukończyła studia historyczne na Uniwersytecie we Florencji. Przyjechała do Polski w 1983 roku. Autorka książek: "Dziennik toskański", "Moja kuchnia pachnąca bazylią" oraz "Smak kwiatów pomarańczy. Rozmowy o kuchni i kulturze". Ma czwórkę dzieci. Mieszka w Warszawie. (wszystkie teksty tego autora)

Dominik Jarczewski OP - ur. 1986, dominikanin, doktor filozofii uniwersytetu Paris 1 Panthéon-Sorbonne, wykładowca Kolegium Filozoficzno-Teologicznego Dominikanów, mieszka w Krakowie. (wszystkich teksty tego autora)

     


zobacz także

PERŁA NA PUSTYNI

REFERENDUM

SPOTKANIE Z PRZYJACIÓŁMI

O ŁUCJI I JEJ BABCI

MÓJ LIST


komentarze



Facebook