ZBAWIĆ, A NIE POLEPSZYĆ
1J 1,5-2,2 * Ps 124 * Mt 2,13-18

 

W nowicjacie był zwyczaj, że w Święto Młodzianków władzę w klasztorze przejmowali nowicjusze. Na jeden dzień najmłodszy z braci zostawał przeorem, z bardzo ograniczonym zakresem praw. Ojcowie natomiast z różnym zaangażowaniem i wprawą podawali do stołu w refektarzu, ostatni wychodzili z klasztornej kaplicy czy chóru, ale kiedy trzeba było już odprawić mszę świętą, to wszystko wracało do starego porządku. Tak czy inaczej zapamiętałem ten dzień jako chwile bardzo radosne, pełne zabawy, śmiechu i testowania ojców, jak daleko sięga granica ich tolerancji wobec naszych młodzieńczych pomysłów. Przez kilka godzin bawiliśmy się w tak zwane dorosłe życie zakonne.

Dziś po dwudziestu latach, wspominając tamte chwile, zastanawiam się nad tym, skąd w ogóle taki pomysł wpadł kiedyś komuś do głowy, aby w ten sposób świętować tę ewangeliczną historię? Przecież czytając o tym, jak Herod rękami żołnierzy zabija niewinne dzieci, nikomu nie powinno być do śmiechu. A może to właśnie taka nie do końca świadoma próba poradzenia sobie z tym kompletnie niepasującym do świątecznej atmosfery incydentem. Przecież jeśli zaczniemy się nad tym uważnie zastanawiać i stawiać pytania, to szybko posmutniejemy. Dopiero co Jezus nam się narodził, tak wyczekiwany. Przygotowywaliśmy się na ten dzień przez cały adwent, może nawet udało się nam być na wszystkich roratach, wyspowiadaliśmy się, byliśmy na pasterce, a tu taki zgrzyt. Po co to wszystko, czy naprawdę musiała tak szybko polać się krew? Ktoś powie, co to za narodziny Boga, które pociągają za sobą śmierć niewinnych dzieci. Ktoś inny powie, że bez przesady, aż tak wiele dzieci nie zginęło. Nawet jeżeli stracił życie jeden chłopiec, to i tak za wiele. Z czystym sumieniem można posadzić Boga na ławie oskarżonych, doskonale Mu znanej, bo przecież nieraz w ciągu wieków był tam sadzany. I niestety nie zawsze z równym zaangażowaniem rehabilitowany.

Jeżeli nie radosne odwracanie uwagi ani proste szukanie winnego tej sytuacji, to co nam w ten dzień pozostaje? Dla mnie to okazja do dziękczynienia za to, że Jezus przyszedł na ten świat, aby go zbawić, a nie polepszyć. Kto z nas nie doświadczył we własnym życiu takiej herodowej historii, pełnej niesprawiedliwości, w której na próżno szukać łatwej odpowiedzi na pytanie: dlaczego? Jezus narodził się w okrutnym świecie i my też w tym samym świecie żyjemy, ale to dzięki Miłości, która jest światłością i zamieszkała między nami, możemy ten świat czynić mniej okrutnym i być tymi, którzy odkrytą i przyjętą miłością dzielą się z innymi.

 


Maciej Soszyński OP - ur. 1972, dominikanin, prowadzi Dominikańską Akademię Małżeńską. Mieszka w Poznaniu. (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

DO DWÓCH KARTEK SZTUKA

Dziwne kalectwo

NIE ZAGLĄDAM NIKOMU DO ŁÓŻKA

Odwaga nieplanowania

Stanąć w prawdzie


komentarze



Facebook