Archwium > Numer 495 (11/2014) > Rozmowa w drodze > EBOLA - RZEKA W ZAIRZE

EBOLA - RZEKA W ZAIRZE
Co kilka lat wykrywane są do tej pory nieznane drobnoustroje, względnie mutanty tych znanych, często bardzo groźnych. To jest normalny proces dziejowy. Ale świat sobie z tym radzi. W końcu jakoś nasz gatunek przetrwał.

FOT. PATRICK ROBERT /SYGMA / CORBIS


KATARZYNA KOLSKA: Panie profesorze, czy boi się pan eboli?

PROF. JACEK JUSZCZYK: Ale jako kto?

Jako zwykły obywatel Jacek Juszczyk.

Jako człowiek i bliźni boję się jak każdy. Mój strach jest o tyle mniejszy, że wiem, jak funkcjonują drogi zakażenia i jak ono przebiega. Gdybym bał się chorób zakaźnych, nie mógłbym być specjalistą w tym zakresie, bo ten, kto się boi, umiera pierwszy.

Ale wygląda na to, że świat się boi. Wystarczy włączyć telewizor. Codziennie słyszymy, ilu ludzi jest zakażonych wirusem eboli i ilu już umarło. Liczby robią wrażenie.

Świat się boi czegoś od setek lat. Był czas, gdy ludzie bali się wejść do pokoju, w którym leżał człowiek zarażony wirusem HIV, przeżyliśmy strach przed SARS. Ebola, która przyjęła swoją nazwę od rzeki w Zairze, znana jest od wielu lat. Oczywiście możemy się bać tego śmiertelnego wirusa, tyle że strach to marny doradca. Sztuką jest wyciąganie wniosków z poprzednich zagrożeń. Jeśli ktoś był w Sierra Leone, wsiada do samolotu, który leci na Heathrow, i za dwa dni ma gorączkę, wymioty, biegunkę, to system powinien go rozpoznać jako groźnego dla innych – rozpoznać, czyli nie napiętnować, tylko chronić go przed innymi, a właściwie innych przed tym chorym.

System, czyli kto?

System to zestaw procedur, które mówią, co należy robić w danej sytuacji. Jeśli pasażer na lotnisku źle się poczuje, to trzeba sprawdzić, skąd przyleciał, dowiedzieć się, czy był w Sierra Leone, Gabonie czy Zairze, czyli obecnej Demokratycznej Republice Konga. To jest punkt pierwszy. Po drugie, ludzie, którzy stamtąd przylecieli, muszą pamiętać, co tam robili – czy w miejscach, w których przebywali, ktoś na coś chorował, ktoś miał z taką osobą bliski kontakt osobisty etc. Wobec podobnych zagrożeń nie można być człowiekiem niedoinformowanym. Ludzie powinni wiedzieć, co się wokół nich dzieje, i sami zgłosić służbom kontrolnym: Byłem w Sierra Leone czy Gabonie i w tej miejscowości, w której byłem, odbył się pogrzeb, a ja poszedłem z ciekawości to obejrzeć. Widziałem, jak ludzie dotykali zmarłego, a potem żegnałem się z nimi, współczułem im. Człowiek nie może zachowywać się, jak nieświadome niemowlę. Czytamy przecież gazety, oglądamy telewizję. A o eboli nie pisze się tylko w uczonych czasopismach, ale także w zwykłej prasie.

I w tej prasie czytamy, że jeszcze kilka tygodni temu ebola była tylko w Afryce Zachodniej, a teraz jest już w Stanach Zjednoczonych i w Madrycie, czyli coraz bliżej nas.

Proszę starannie odróżnić pojęcia dotyczące typowych zjawisk epidemiologicznych. Nie możemy powiedzieć, że ebola jest w Hiszpanii. Chora na ebolę znalazła się w Hiszpanii, a to zupełnie co innego. Ebola jest w Afryce Zachodniej, rozpoznano ją u około dziesięciu tysięcy ludzi (do połowy października 2014 roku), około połowa z nich zmarła, a prawdziwe liczby nie są znane. Podstawowe pytanie powinno brzmieć tak: Czy jest sens sprowadzania zakażonych ludzi do miejsca ich zamieszkania? Czy nie lepiej byłoby leczyć ich na miejscu? Dramat polega na tym, że tamtejsze szpitale prezentują obraz poniżej jakichkolwiek standardów, do tego dochodzi lokalna obyczajowość, która powoduje, że ludzie poruszeni chorobą czy śmiercią bliskiej osoby dotykają ją, przytulają, głaszczą, a czasami nawet wykradają ze szpitala i wiozą do czarownika. To powoduje wtórne zachorowania. I to jest realny problem. Chcę udowodnić, że oprócz nieszczęścia, jakim jest zetknięcie się z bardzo śmiercionośnym wirusem, który notabene obok wąglika znajduje się na liście czołowych czynników broni biologicznej, w rozprzestrzenianiu się tego rodzaju infekcji olbrzymią rolę odgrywają czynniki, które możemy nazwać socjoekonomiczno-psychologicznymi.

Po drugie, pojawia się też elementarne pytanie o to, czy system europejsko-amerykański jest dostatecznie przygotowany do tego, żeby przyjąć takiego pacjenta.

A jest?

Ja osobiście głęboko w to wątpię. Usłyszałem niedawno w telewizji wypowiedź, która mnie zbulwersowała. Wysoki urzędnik państwowy, nie będę podawał nazwiska, bo to nie ma żadnego znaczenia, powiedział, że polska służba zdrowia – proszę zwrócić uwagę na słowo, którego teraz użyję – jest me-ry-to-ry-cznie przygotowana. Co to znaczy merytorycznie? Merytorycznie to jest przygotowany student, który zdaje egzamin z chorób zakaźnych. A my mamy być przygotowani do tego w sposób absolutnie racjonalny.

Mamy przecież szpitale zakaźne.

To, że jest szpital, o niczym nie przesądza. Trzeba zapytać, jakie w tym szpitalu jest wyposażenie. Rękawiczki, maski ochronne czy specjalne kombinezony tracą po jakimś czasie ważność i dlatego nie można się opierać tylko na zapasach. Konieczne jest sprowadzenie świeżego sprzętu ochronnego o odpowiednich parametrach technicznych i w odpowiednich ilościach. A w tym kontekście warto powiedzieć, patrząc na statystyki z niedalekiej przeszłości, że spośród zaangażowanych w leczenie eboli w szpitalach afrykańskich umierała około połowa personelu służby zdrowia.

(...)

Dostęp do treści serwisu jest płatny.


Aby wyświetlić pełny tekst musisz być zalogowany
oraz posiadać wykupiony dostęp do tego numeru.


Jacek Juszczyk - profesor, specjalista chorób zakaźnych, były kierownik Katedry i Kliniki Chorób Zakaźnych Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu, były specjalista krajowy i wojewódzki chorób zakaźnych, autor kilkunastu podręczników, monografii i kilkuset artykułów z zakresu medycyny publikowanych w kraju i za granicą, mieszka w Poznaniu. (wszystkie teksty tego autora)

Katarzyna Kolska - dziennikarka, zastępca redaktora naczelnego miesięcznika "W drodze", absolwentka filologii polskiej i teologii, przez 13 lat pracowała w poznańskim oddziale "Gazety Wyborczej", autorka kilku książek, m.in. "Modlitwa poranna i wieczorna" (Olimp Media 2008) i "Moje dziecko gdzieś na mnie czeka. Opowieści o adopcjach" (Znak 2011, Wydawnictwo W drodze 2016). Jest mężatką, ma dwóch synów, mieszka w Poznaniu. (wszystkich teksty tego autora)

     


zobacz także

Drodzy Czytelnicy,

PO MĘCE WRACAM DO DOMU

NA ODWROCIE TWOJEGO KRZYŻA WISI JEZUS

JESTEŚMY TU, ŻEBY WAS ZABIĆ!

Na skrzydłach aniołów


komentarze



Facebook