Archwium > Numer 495 (11/2014) > Zbigniew Herbert - 90. rocznica urodzin > MIAŁAM SZCZĘŚCIE, ŻE GO SPOTKAŁAM

MIAŁAM SZCZĘŚCIE, ŻE GO SPOTKAŁAM
Zdarzało się, że siadał przed telewizorem i oglądał mecze piłki nożnej. Bardzo to lubił, żywo kibicował. Nie musiał udawać, że jest wielkim pisarzem.

FOT. BIBLIOTEK NARODOWA


KATARZYNA KOLSKA: Jak wyglądałoby przyjęcie w państwa domu z okazji dziewięćdziesiątych urodzin Zbigniewa Herberta?

KATARZYNA HERBERT: Proszę pani, nie byłoby żadnego przyjęcia. Herbert nigdy nie urządzał swoich urodzin, nie lubił takich uroczystości i zamieszania wokół własnej osoby. Pamiętał za to o urodzinach i imieninach swoich znajomych i przyjaciół, pisał do nich kartki z życzeniami, a jeśli pozwalał mu na to czas, chętnie ich odwiedzał.

Nie lubił też świąt Bożego Narodzenia czy Wielkiej Nocy. Rodzinne święta go denerwowały, rozpraszały. Męczyły go rozmowy przy stole, które w żaden sposób nie dotyczyły tego, czym się interesował i czym się zajmował. Bardzo dbał o to, by nie trwonić czasu na bezsensowną mowę. Dlatego w świąteczne dni przy naszym stole oprócz nas zasiadała jeszcze jedna, może dwie osoby. Było skromnie. Stół nie uginał się pod potrawami.

Unikał ludzi?

Przeciwnie, był bardzo towarzyski, ale tylko wtedy, gdy sam miał na to ochotę. Utrzymywał kontakty z malarzami, pisarzami, artystami. Świetnie się czuł w ich towarzystwie. Nie znosił natomiast żadnego przymusu. Dotyczyło to także jego twórczości. Dlatego nie przyjmował zamówień na książki. Gdy jeden z niemieckich wydawców zaproponował mu, by odbył podróż śladami Goethego i napisał zbiór esejów – odmówił. Taki styl pracy nie leżał w jego naturze.

Prezentów też nie lubił dostawać?

To raczej on dawał prezenty, przywoził je z podróży i obdarowywał najbliższych i przyjaciół. I bardzo lubił dawać kwiaty.

A jaki prezent z okazji urodzin najbardziej by go ucieszył?

Książka. I najchętniej sam sobie te książki kupował.

Wszystkie zdołał przeczytać?

Ależ skąd! Nie przesadzajmy. Książki były mu potrzebne do pracy. Dlatego chciał mieć je w domu, by w każdej chwili mógł z nich skorzystać. Miał ogromną bibliotekę, razem ją układaliśmy, oczywiście pod jego dyktando. Wiedział dokładnie, gdzie który tytuł stoi. Pod koniec życia nie miał już siły czytać, więc ja czytałam mu na głos. Ostatnia książka, którą czytaliśmy, to Siedmiopiętrowa góra Thomasa Mertona. Nieraz późno w nocy urywałam, bo wydawało mi się, że on już śpi. Ale wtedy otwierał oczy i prosił, żebym kontynuowała. Dla mnie to było bardzo sympatyczne, lubię książki, więc ja tylko na tym zyskiwałam.

To zawsze Herbert wybierał tytuły, które czytaliście?

Tak, zawsze on wybierał. Kiedyś, już podczas choroby, zapragnął, żebym mu przeczytała Nad Niemnem Elizy Orzeszkowej. Przeszukałam półki, ale nie mogłam nigdzie znaleźć tego tytułu. Nie odpuścił. Musiałam iść do księgarni i kupić. Konfrontacja ze słowem była dla niego szalenie ważna, tym się karmił.

Kiedy pani się pojawiła w życiu Zbigniewa Herberta i jak to się stało?

Poznaliśmy się w 1956 roku. Ja pracowałam w Stowarzyszeniu Polskich Artystów Muzyków, a Herbert w Związku Kompozytorów Polskich. Obie instytucje znajdowały się w tej samej kamienicy na Rynku Starego Miasta w Warszawie nad restauracją Fukiera.

Nie pamiętam już, kto nas sobie przedstawił. Widywaliśmy się przelotnie, aż któregoś dnia Herbert zaprosił mnie na wino i recytował mi wiersze swoich ulubionych poetów, bo uważał, że jeżeli chce się poznać poezję, trzeba się jej uczyć na pamięć. Tam pierwszy raz usłyszałam o Miłoszu. A potem dostał stypendium we Francji i na dwa lata wyjechał z kraju. Z pobytu tam powstał Barbarzyńca w ogrodzie.

Kiedy on wrócił do Polski, ja wyjechałam do Francji. Przez wiele lat nasze drogi się mijały. Pisaliśmy do siebie listy, widywaliśmy się od czasu do czasu, aż w końcu w 1968 roku w Paryżu wzięliśmy ślub i razem wyjechaliśmy do Niemiec.

Czy trudno było być żoną Zbigniewa Herberta?

To było prawie niemożliwe, no ale byłam jego żoną przez trzydzieści lat. Bardzo go kochałam. To była jedyna miłość w moim życiu, mimo kłopotów i wyrzeczeń.

(...)

Dostęp do treści serwisu jest płatny.


Aby wyświetlić pełny tekst musisz być zalogowany
oraz posiadać wykupiony dostęp do tego numeru.


Katarzyna Herbert - wdowa po Zbigniewie Herbercie, założycielka Fundacji im. Zbigniewa Herberta przyznającej Międzynarodową Nagrodę Literacką im. Zbigniewa Herberta, mieszka w Warszawie. Z jej inicjatywy w dniach od 27 do 29 października odbyły się obchody 90. rocznicy urodzin poety, współorganizowane przez Fundację im. Zbigniewa Herberta i Bibliotekę Narodową. (wszystkie teksty tego autora)

Katarzyna Kolska - dziennikarka, zastępca redaktora naczelnego miesięcznika "W drodze", absolwentka filologii polskiej i teologii, przez 13 lat pracowała w poznańskim oddziale "Gazety Wyborczej", autorka kilku książek, m.in. "Modlitwa poranna i wieczorna" (Olimp Media 2008) i "Moje dziecko gdzieś na mnie czeka. Opowieści o adopcjach" (Znak 2011, Wydawnictwo W drodze 2016). Jest mężatką, ma dwóch synów, mieszka w Poznaniu. (wszystkich teksty tego autora)

     


zobacz także

Minuta trwa całe wieki

JESTEM KIMŚ

NIE LĘKAJCIE SIĘ IŚĆ W PRZYSZŁOŚĆ

Co się stało z naszą klasą

O tym jak dominikanie z Królową Tatr zamieszkali


komentarze



Facebook