TAJEMNICA SPOTKANIA
Powiadają, że Bóg i człowiek posłużyli sobie wzajemnie za model: Bóg, powodowany miłością do człowieka, uczłowiecza siebie w tym samym stopniu, co umocniony miłością człowiek przebóstwia siebie ze względu na Boga; Bóg unosi człowieka w duchu ku nieznanym rejonom w tej samej mierze, w jakiej człowiek przez swoje cnoty objawia niewidzialnego z natury Boga. (Maksym Wyznawca)

SEN TRZECH KRÓLI, KATEDRA ŚW. ŁAZARZA W AUTUN (BURGUNDIA)


Świętowanie Bożego Narodzenia obrośnięte jest bluszczem licznych zwyczajów, wywołujących czasem melancholię, a czasem uśmiech. Tworzą one magiczny klimat święta, które – jak chyba żadne inne – budzi u większości Polaków, niezależnie od tego, czy uznają się za wierzących czy za niewierzących, falę pozytywnych, ciepłych uczuć. Jest tak z pewnością nie z powodu karpia, kutii czy nawet prezentów, którymi obdarowujemy się w tym dniu, choć nie lekceważmy i tej strony naszego świętowania, ale z powodu wyjątkowego charakteru Wigilii, jedynego w swoim rodzaju wieczoru, kiedy to nie tylko zwierzęta mówią ludzkim głosem, ale i ludzie mają ambicję wybić się ponad przeciętność w posługiwaniu się słowem. Chcemy, by wieczór wigilijny był wieczorem spotkania z tymi, którzy są nam drodzy, których kochamy. Chcemy nieść sobie nawzajem słowo miłości, słowo, które umacnia, daje nadzieję, rodzi dobro. Oczywiście na tym polega także ryzyko Wigilii – rzadko kto chciałby spędzać ją sam, z dala od bliskich. Trudnym doświadczeniem jest obecność tego wieczoru tych, z którymi nie potrafimy rozmawiać i być. Jesteśmy sfrustrowani, gdy przy wigilijnym stole dochodzi do scysji czy nieporozumień.

Za sprawą wieczerzy wigilijnej Boże Narodzenie stało się dla większości z nas świętem spotkania. Dla wierzących jest ono dodatkowo opromienione światłem Spotkania, które nadaje nowy sens i wartość wszelkim ludzkim relacjom. Bynajmniej nie chodzi o spotkanie Świętej Rodziny, pasterzy, aniołów czy mędrców ze Wschodu z Dziecięciem, choć słusznie w tym czasie i tym zdarzeniom poświęcamy sporo uwagi. Chodzi o spotkanie Boga i człowieka, które dokonało się w Jezusie. Nie jestem pewien, czy poświęcamy mu odpowiednio dużo uwagi – choć jest ono powodem naszego świętowania.

Tajemnica Jezusa: człowiek i Bóg

Czytając Nowy Testament, nie znajdziemy wielu fragmentów, w których Jezus został określony wprost jako Bóg, jednak każdy Jego gest zdradza, iż przypisuje sobie boskie prerogatywy. Przez Niego przychodzi królestwo Boże, wypełniają się proroctwa Pisma, słuchacze uderzeni są pewnością głoszonego przez Niego słowa – Jezus uczy „jak ten, który ma władzę, a nie jak uczeni w Piśmie”. Przypisuje sobie autorytet większy od Mojżesza i Salomona, wydaje sąd na temat zaangażowania religijnego ludzi na podstawie relacji do siebie, domaga się od uczniów, by opuścili wszystko, i obiecuje im w zamian życie wieczne. Wykazuje też olbrzymią wolność względem żydowskich zwyczajów i Prawa oraz wobec kanonów zachowań społecznych, wreszcie odpuszcza grzechy. Jeśli dodać do tego cuda Jezusa, wcale nie tak częste w Jego czasach, jak próbowano nam wmawiać[1], to wyłania się obraz działalności, której nie da się wyłącznie określić jako aktywność wybitnego czy nawet najwybitniejszego proroka – niesie ona w sobie od początku roszczenie, które wskazuje na coś nieporównywalnie większego.

Oczywiście, sceptyk zaoponuje – słusznie, w jakiejś mierze – że wszystkie wspomniane wyżej elementy opowieści o Jezusie przeszły wcześniej przez pamięć, umysł i rylec pierwotnej wspólnoty wierzących, która rekonstruowała obraz Jezusa w świetle tego, co się wydarzyło po Jego śmierci, i w związku z tym, w opowieściach tych odkrywamy w wielu miejscach ślady popaschalnej stylizacji. Sęk jednak w tym, że elementów świadczących o roszczeniu Jezusa wykraczającym daleko poza to, czego można się spodziewać po proroku, jest aż tyle i pochodzą one z bardzo różnych sfer i poziomów Jego aktywności. Można oczywiście przypuszczać, że niektóre z nich zostały w jakiejś mierze, dla celów pedagogicznych, wzmocnione w dynamice relacjonowania faktów przez wspólnotę dającą świadectwo. Trudno sobie jednak wyobrazić, by większość z nich była wyrazem narracyjnej fantazji uczniów. Tym bardziej, jeśli pamiętamy, jakie motywy i ideały powodowały apostołami i że większość z nich oddała życie za głoszone przez siebie prawdy.

Kyrios

Egzegeza historyczno-krytyczna ostatnich wieków ukazała, że Jezus bardzo szybko został obwołany przez wspólnotę wierzących Kyriosem (Panem). Najstarsza z ksiąg Nowego Testamentu, datowany na ok. 51 rok Pierwszy List do Tesaloniczan, używa tego tytułu aż 24 razy. Pierwotna wspólnota błyskawicznie więc odniosła do Jezusa tytuł, który greckie tłumaczenie Pisma sprzed czasów Jezusa (Septuaginta) użyło do zastępowania w tekście natchnionym imienia Jahwe – najświętszego imienia Boskiego znanego Hebrajczykom. Nie jest to zresztą jedyny dowód na zestawienie Jezusa z Jahwe przez Nowy Testament. Przedpawłowy hymn zawarty w Liście do Filipian św. Pawła, datowany dziś przez wielu badaczy na lata 40. – a więc zaledwie kilkanaście lat po śmierci i zmartwychwstaniu Jezusa! – przypisuje Jezusowi „imię ponad wszelkie imię” (Flp 2,9), co dla żydowskiego umysłu tamtych czasów mogło oznaczać wyłącznie imię Jahwe, a czwarta Ewangelia konsekwentnie przeprowadza zamysł ukazania Jezusa jako ucieleśnienie „Jestem, który Jestem”[2].

Wszystko to musiało prowadzić wspólnotę wierzących do uznania, że w Jezusie dokonało się spotkanie spotkań – spotkanie bóstwa z człowieczeństwem, a właściwie nawet coś więcej niż spotkanie – zjednoczenie, które dla właściwego odniesienia do siebie tego, co boskie, i tego, co ludzkie, ma decydujące i ostateczne znaczenie. Potrzeba było jednak kilku wieków, by chrześcijanie mogli w sposób wieloaspektowy i w miarę możliwości spójny opisać doktrynalnie to, co znalazło tak spektakularny wyraz w Nowym Testamencie.

Decydujący krok

Kluczową rolę w poszukiwaniu właściwej perspektywy, pozwalającej zinterpretować świadectwa utrwalone w Nowym Testamencie, odegrał sobór chalcedoński (451). To na nim została przyjęta formuła chrystologiczna, która, będąc podsumowaniem kilku wieków refleksji i zmagań o właściwe rozumienie prawdy o Jezusie, wskazała drogę badaniom relacji między tym, co w Jezusie boskie, a tym, co ludzkie. Mimo że tekst był stosunkowo krótki i stanowił rodzaj formuły hermeneutycznej, która miała pomóc we właściwym zrozumieniu tekstów Pisma, odegrał w historii teologii decydującą rolę. Odwołując się do terminów zaczerpniętych z greckiej filozofii – natury i osoby – formuła deklarowała jedność boskiej osoby Chrystusa przy zachowaniu pełnej integralności człowieczeństwa i bóstwa – natury boskiej i natury ludzkiej[3]. Spotkanie spotkań zyskiwało tym sposobem swój dojrzały, intelektualny wyraz.

Światło Chalcedonu

Rozwiązanie przedstawione w Chalcedonie zrodziło się z troski o zachowanie biblijnej prawdy o tym, że to sam Bóg (Jahwe) zbawia w Jezusie. To dlatego ojcowie z jednej strony zdecydowali się wykluczyć pomysł interpretowania Jezusa jako pośrednika na podobieństwo greckiego herosa, który nie jest ani w pełni Bogiem, ani w pełni człowiekiem, choć ma coś z obu (monofizytyzm), a z drugiej strony nie chcieli przyjąć pomysłu uznania Chrystusa za człowieka, który czasem bywa ogarniany boskością (nestorianizm). I w jednym, i w drugim przypadku nie wybrzmiałaby bowiem w sposób dostatecznie mocny prawda o tym, że zbawienie jest dziełem samego Boga.

Pamiętajmy przy tym, że ta prawda nie była wyłącznie pięknym ornamentem czy pożytecznym dodatkiem. Chodziło raczej o twardy fundament, na którym od początku buduje się chrześcijaństwo. To właśnie dlatego, że zbawienie było dziełem samego Boga, rozumiemy, jak człowiek jest dla Boga ważny. Nie tylko jest stworzony „na obraz i podobieństwo”, ale godzien był osobistego zaangażowania Boga w ludzką historię. To osobiste zaangażowanie jest zaś dla nas twardym dowodem na to, że wszelka inicjatywa w dziele zbawienia należy do Boga – my jedynie odpowiadamy na Jego miłość. Innymi słowy, zgodnie z tym, co św. Jan napisał w swoim liście: „Bóg pierwszy nas umiłował” (por. 1 J 4,10) i pełnia nowego życia, której pragniemy, jest Jego darem, a nie wynikiem napinania naszych własnych mięśni.

Trzeba jednak zaraz dodać, że podkreślając integralność bóstwa Jezusa Chrystusa, ojcowie soborowi nie chcieli bynajmniej zredukować bądź ograniczyć roli Jego człowieczeństwa. Z równą konsekwencją, z jaką odcinali się od pomysłów pomniejszania bóstwa, reagowali na propozycje okaleczania Jego człowieczeństwa. Dlatego stanowczo odrzucali interpretację, zgodnie z którą Chrystus miałby posiadać w pełni ludzkie ciało i w pełni ludzką tylko, niższą część duszy, wyższa zaś jej część byłaby wyłącznie boska (apolinaryzm). Przyjęcie takiej interpretacji tajemnicy Jezusa oznaczałoby, że dzieło zbawienia dokonało się bez udziału całej ludzkiej duszy, a więc po „nie” wypowiedzianym w Adamie, Bóg nigdy nie doczekałby się od człowieka w pełni ludzkiego „tak” (por. Rz 5,15–17). Oznaczałoby to zaś, że ludzka wola – zdolność do powiedzenia Bogu „tak” w wolności z miłości – nie została zbawiona. Człowiek nie odzyskałby więc dzięki Chrystusowi zdolności do tego, by jego własna, ludzka wolność wybrała Boga.

Rozumiemy, że także w wypadku troski o pełnię człowieczeństwa nie chodziło o marginalne uzupełnienie. Stawką było myślenie o roli ludzkiej wolności na naszej drodze do Boga. Bóg, który zbawiałby w Jezusie Chrystusie, nie będąc w pełni człowiekiem, byłby Bogiem, który zbawiałby człowieka bez niego samego – nie zapraszając go do współdziałania w tym zadaniu. Dla nas z kolei zadanie zbawienia nie wiązałoby się z używaniem naszej wolności. Raczej chodziłoby o to, by od wolności uciec – szukając Bożego światła i mocy do podjęcia właściwych wyborów w magicznych postawach lub zachowaniach.

Najważniejsza sprawa

Mam nadzieję, że ta zwięzła prezentacja doktryny chalcedońskiej, mimo swej pobieżności, daje szansę na rozszerzenie naszej wyobraźni i uświadomienie sobie, jak poważne konsekwencje niesie w sobie świętowana w czasie Bożego Narodzenia prawda, że Jezus jest w pełni Bogiem i w pełni człowiekiem. Warto dodać jednak jeszcze jeden wątek.

Wspominałem już o tym, dlaczego tak istotna była obrona integralności bóstwa i człowieczeństwa. Formuła Chalcedonu pozwalała też zrozumieć, jakie powinno być właściwe odniesienie człowieczeństwa do bóstwa w Chrystusie i, co za tym idzie, także odniesienie tego, co ludzkie, do tego, co boskie, w Kościele i świecie. Nie chodzi mi o słynne dookreślenia zjednoczenia natur Chrystusa zawarte w formule „bez zmieszania, bez zmiany, bez podzielenia i bez rozłączenia”, które od wieków intrygują komentatorów i które miały wydobyć radykalną bliskość człowieczeństwa i bóstwa bez utraty ich istotnych cech. Mam raczej na myśli fakt zachowania pełnego, integralnego człowieczeństwa – dodajmy: w jego najszlachetniejszej postaci, którą znamy z Ewangelii – bez usuwania integralności bóstwa.

Cóż ten fakt bowiem oznacza? Otóż, dzięki niemu okazuje się, że to, co boskie, nie jest zagrożeniem dla tego, co ludzkie, i na odwrót: to, co ludzkie, nie jest w kolizji z tym, co boskie. Jeśli odrobinę nad tym pomedytujemy, szybko przekonamy się, jak bardzo taki sposób odnoszenia do siebie tego, co boskie i ludzkie, idzie pod prąd wielu potocznych, ukształtowanych przez nowożytnych mistrzów podejrzeń, ocen i odczuć. Często bowiem wydaje się nam, że Bóg jest konkurentem człowieka i że człowiek może odnaleźć siebie, wyłącznie odrzucając Boga, wchodząc z Nim w spór, a przynajmniej oddzielając wyraźnie sfery wpływów Boga i człowieka. Nauka Chalcedonu prowadzi nas pod prąd takiego myślenia: to nie jest tak, że im więcej Boga, tym mniej miejsca dla tego, co autentycznie ludzkie. Wręcz przeciwnie, im jesteśmy bliżej Boga, tym bardziej może rozkwitnąć i wydać owoce to, co w nas prawdziwie ludzkie.

Czy rozumiemy konsekwencje takiej perspektywy? Teologia nie jest zagrożeniem dla humanizmu i vice versa – autentyczny humanizm nigdy nie będzie zagrożeniem dla rzetelnie podejmowanej nauki o Bogu. Podobnie też – choć w tym wypadku jeszcze trudniej nam zwykle to dostrzec – z jednej strony zależność od Boga nie jest zagrożeniem dla ludzkiej wolności, jest raczej warunkiem jej rozwoju i rozkwitu; z drugiej zaś strony bez używania ludzkiej wolności nie da się Boga w swoim życiu naprawdę odkryć i przyjąć.

Wszystko jasne?

Czy to, co przedstawiłem wyżej, jest dowodem na to, że wszystkie tajemnice związane ze spotkaniem człowieczeństwa z bóstwem w Chrystusie zostały przez formułę z Chalcedonu wyjaśnione? Ależ skąd! Jak każdy z dogmatów, orzeczenie powstało po to, by obronić najistotniejsze tezy biblijnego nauczania na temat Chrystusa i odeprzeć błędy, czyli podpowiedzieć, z czego w naszych poszukiwaniach prawdy o Bogu warto zrezygnować, by nie tracić niepotrzebnie energii i czasu. Orzeczenie chrystologiczne soboru chalcedońskiego nie jest superformułą, która niwelowałaby tajemnicę Chrystusa. Wręcz przeciwnie – wykluczając rozwiązania nie dość konsekwentne i połowiczne – prowadzi nas drogą bezkompromisowego wsłuchania się w prawdę o tym, że „Słowo stało się ciałem”. Jest to prawda, której nie da się nigdy do końca oswoić i sprowadzić na ziemię, czyli umieścić na poziomie tego, nad czym jesteśmy w stanie intelektualnie zapanować. Gdyby tak było, Słowo, o którym mowa, nie byłoby boskim Logosem, ale jedynie naszym bożkiem.

Z drugiej jednak strony nie jest też tak, że formuła Chalcedonu jest wyłącznie wyznaniem naszej niemocy. W Jezusie Chrystusie sam Bóg naprawdę przemówił do człowieka. A w związku z tym opowieść o Nim niesie w sobie światło, które – choć zawsze trochę zbyt mocne dla naszych oczu – może pomóc w zrozumieniu otaczającej nas rzeczywistości i nas samych.

Świętowanie spotkania

Czy przedstawiona logika chrześcijańskiego myślenia o zjednoczeniu – spotkaniu spotkań – bóstwa i człowieczeństwa w Jezusie może nam pomóc w przeżywaniu naszych spotkań? Czy spotkanie Boga z człowiekiem w Chrystusie nie jest zbyt wyjątkowe, by mogło wnosić coś do naszych relacji z innymi?

Maksym Wyznawca (580–662), wielki obrońca soboru chalcedońskiego, w swoim intrygującym, przytoczonym na początku tego artykułu tekście[4] ośmiela się myśleć i pisać o tym, że w Chrystusie Bóg i człowiek posłużyli sobie nawzajem (sic!) za model. Stworzony przez Boga człowiek jest odniesieniem dla Boga stającego się człowiekiem w Logosie, niestrwożony Bóg wskazuje człowiekowi kierunek ku przebóstwieniu. Jezus mówi nam zatem swoim życiem, nie tylko w nauczaniu (por. np. Mt 5,48), że Bóg może być, ma być modelem dla człowieka.

Także modelem wzajemnych relacji – naszych spotkań. Jak widzieliśmy wyżej, prowadząc człowieka do zbawienia – pełni swego życia – Bóg osobiście się angażuje, pierwszy miłuje, ale zarazem szanuje wolność człowieka i chce jego wolnej, płynącej z miłości odpowiedzi. Taki jest sposób myślenia o spotkaniu – zjednoczeniu – bóstwa z człowieczeństwem przypieczętowany przez sobór chalcedoński. Taka jest też norma odniesienia do drugiego – człowieka – utrwalona w Piśmie.

My oczywiście nie dorastamy do takiego modelu i pewnie nigdy w pełni „po tej stronie” nie dorośniemy. Zawsze będziemy się ześlizgiwać w nasze rozmaite niedoskonałości i ciemności. Tym bardziej jednak potrzebujemy jasnego znaku świadczącego o tym, że taki rodzaj spotkania z drugim jest możliwy; zachęty, że nasze wysiłki już w tym kierunku prowadzą; obietnicy, że jeśli wytrwamy na naszej drodze z Chrystusem, kiedyś taki rodzaj spotkania stanie się także naszym udziałem.



[1]             Więcej na ten temat: R.E. Brown, An Introduction to New Testament Christology, Paulist Press, New York/Mahwah 1994, s. 63.
[2]             Najmocniejsze teksty: J 8,24.28.58; 13, 19. Przy tym warto pamiętać, że związek z Wj 3,14 zapośredniczony jest w Iz 43,10 w wersji Septuaginty (LXX) – hoti ego eimi. Jeśli to dostrzeżemy, wtedy zrozumiemy, że wszystkie teksty zaczynające się od „Ja jestem” (m.in. J 6,35.41.48.51; 8,12; 10,7.9; 10, 11.14; 11,25; 14,6) w Ewangelii św. Jana zawierają w sobie aluzję do Wj 3,14. Warto zestawić także Wj 3,14 i J 1,18 w wersji LXX.
[3]             „Zgodnie ze świętymi Ojcami, wszyscy jednomyślnie uczymy wyznawać, że jest jeden i ten sam Syn, Pan nasz Jezus Chrystus, doskonały w bóstwie i doskonały w człowieczeństwie, prawdziwy Bóg i prawdziwy człowiek, złożony z duszy rozumnej i ciała, współistotny Ojcu co do bóstwa i współistotny nam co do człowieczeństwa, »we wszystkim nam podobny oprócz grzechu«, przed wiekami zrodzony z Ojca co do boskości, w ostatnich czasach narodził się co do człowieczeństwa z Maryi Dziewicy, Matki Bożej, dla nas i dla naszego zbawienia. Jednego i tego samego Chrystusa Pana, Syna Jednorodzonego, należy wyznawać w dwóch naturach: bez zmieszania, bez zmiany, bez podzielenia i bez rozłączenia. Nigdy nie zanikła różnica natur przez ich zjednoczenie, ale zostały zachowane cechy właściwe obu natur, które się spotkały, aby utworzyć jedną osobę i jedną hipostazę. Nie wolno dzielić Go na dwie osoby ani rozróżniać w Nim dwóch osób, ponieważ jeden i ten sam jest Syn Jednorodzony, Bóg, Słowo i Pan Jezus Chrystus, zgodnie z tym, co niegdyś głosili o Nim Prorocy, o czym sam Jezus Chrystus nas pouczył i co przekazał nam symbol Ojców”. Dokumenty Soborów Powszechnych, układ i opracowanie: A. Baron, H. Pietras, WAM, Kraków 2003–2005, t. 1, s. 223.
[4]             Cytat za: Ch. Schönborn OP, Przebóstwienie, życie i śmierć, przeł. W. Szymona OP, Poznań, W drodze, 2001.

 


Michał Paluch OP - ur. 1967, dominikanin, teolog, wykładowca Papieskiego Wydziału Teologicznego w Warszawie, Kolegium Filozoficzno-Teologicznego Polskiej Prowincji Dominikanów w Krakowie, regens Polskiej Prowincji Dominikanów. (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

Idiom Jana

Nauczycielka wędrowania

Działać z miłości

Królewski gest

Sny Józefa


komentarze



Facebook