JESZCZE TYLKO USZKA
Z tym maleńkim, a potem dorastającym Chrystusem możemy dojrzewać i my - do wiary, do ludzi, do lepszego poznania siebie. Nikt nas w tym nie wyręczy.

FOT. BARTOSZ BOBKOWSKI / AGENCJA GAZETA


ANNA SOSNOWSKACzy w Bożym Narodzeniu można znaleźć coś z poezji?

ANNA NEHREBECKA: Oczywiście, że tak – zresztą jak w całym życiu. Ale my chyba za bardzo uciekamy w tę poezję i naszą poetykę Bożego Narodzenia – bo nie wyobrażamy sobie przecież świąt bez śniegu i choinki – natomiast za mało się zastanawiamy, o co tak naprawdę w tym wydarzeniu chodzi. Dotarło to do mnie mocno dwa lata temu, kiedy spędzałam święta na pustyni w kraju islamskim. Widząc osiołki i kobiety w tradycyjnych strojach, uświadomiłam sobie, że Maryja z Józefem wędrowali właśnie w takich warunkach i w takich warunkach narodził się Chrystus. A nie na mrozie, wśród choinek z bombkami. To było szczególne przeżycie.

My, Polacy, jesteśmy bardzo przywiązani do wieczerzy wigilijnej. Udało się tam państwu stworzyć jakąś jej namiastkę?

Gospodarze wiedzieli, że Wigilia to dla nas ważne wydarzenie, więc próbowali nas po swojemu ugościć. Przygotowali nam osobny stół, udekorowali go jakimiś palemkami, gałązkami i kwiatkami, a w progu witał nas czarnoskóry chłopiec przebrany za Mikołaja. To był bardzo wzruszający i jednocześnie zabawny moment.

Kiedy sytuacja odziera nas z tej bożonarodzeniowej poetyki, do której jesteśmy tak mocno przywiązani, to chyba trochę łatwiej pomyśleć nad samą istotą wcielenia?

Zdecydowanie tak. Dlatego szkoda, że w naszych warunkach nie pozwalamy się odzierać z tej zewnętrzności. Wręcz odwrotnie – coraz bardziej nią obrastamy, otacza nas wielki świąteczny huk i szał prezentów. Zaprzyjaźniony ksiądz powiedział mi kiedyś: Ilekroć odprawiam pasterkę, to zawsze walczę z utratą wiary. Nie w Pana Boga, tylko w ludzi. Najpierw jest obfita, suto zakrapiana kolacja, zachwycamy się prezentami, a potem sobie przypominamy: Aha! Trzeba jeszcze pójść na pasterkę! Oczywiście nie wszyscy podchodzą do tego na zasadzie zaliczenia – w Boże Narodzenie musi być pasterka, a w Wielkanoc rezurekcja – ale ja jestem trochę przerażona tym przerostem formy nad treścią. Dla mnie zawsze była ważna nie ilość, tylko jakość, a o to dziś dość trudno.

Co panią najbardziej porusza w Bożym Narodzeniu?

Patrzę na nie jak na kolejną szansę, dawaną nam od wielu stuleci. Z tym maleńkim, a potem dorastającym Chrystusem możemy dojrzewać i my – do wiary, do ludzi, do lepszego poznania siebie. Nikt nas w tym nie wyręczy.

Tajemnica wcielenia prowokuje do zastanowienia się nad człowiekiem. Jak pani ocenia naszą ludzką kondycję? Bliżej pani do fascynacji czy rozczarowania?

Czekając na panią, stałam przy oknie i widziałam kaleką dziewczynę, która próbowała wejść do budynku. Poruszała się o dwóch kulach, a drzwi były bardzo masywne, więc miała kłopot, żeby je otworzyć. Żadna ze stojących w pobliżu osób się nie ruszyła, by jej pomóc. Nie mam prawa osądzać innych, ale trudno mi to zrozumieć. Zawsze mnie uczono, żeby krytykę zaczynać od siebie. I tej zasady staram się trzymać. A siłę do budowania siebie i do pracy nad sobą czerpię z wiary.

Którą wyniosła pani z rodzinnego domu?

Tak, chociaż nie było w tym nic z dewocji ani fałszu. Bo częstotliwość chodzenia do kościoła wcale nie musi oznaczać, że ktoś jest wspaniałym człowiekiem. Ślub kościelny mogłam wziąć dopiero po trzynastu latach małżeństwa cywilnego, więc nie przystępowałam przez ten czas do komunii. Zdarzały się momenty, że było mi z tym bardzo ciężko, w dodatku niektórzy uważali się za lepszych ode mnie. Tylko że część z nich najpierw biła się w kościele w piersi, a potem jeden szedł do kochanki, a drugi się zastanawiał, jak komuś dołożyć. Bardzo pomógł mi wtedy świetny ksiądz – usłyszałam od niego kilka mądrych słów, dzięki którym mogłam jakoś nad tą sytuacją zapanować.

Co pani powiedział?

Że muszę przejść przez takie doświadczenie i że to jest po prostu mój krzyż. A skoro sprawa komunii ma dla mnie takie znaczenie, to znaczy, że traktuję Pana Boga na serio i szukam głębi.

Wróćmy jeszcze do czasów dzieciństwa. Pamięta pani z tamtego okresu jakieś szczególne Boże Narodzenie?

Każde było trochę inne, chociaż jedna rzecz się nie zmieniała – zawsze spędzaliśmy święta razem. Pamiętam nakryty stół, opłatek, wspólną krótką modlitwę. Żadnego szału prezentów. Po pierwsze, rodzice nie mogli sobie na to pozwolić, a po drugie, prezenty nie były najważniejsze. Obserwuję od pewnego czasu, jak stajemy się niewolnikami komercji. Czy nie lepiej ofiarować komuś autentyczną serdeczność, szczery uśmiech czy pomoc zamiast całej fury paczek? Chociaż otrzymywanie prezentów jest oczywiście bardzo przyjemne i wszyscy to lubią (śmiech).

Tradycja wręczania symbolicznych upominków przetrwała w państwa domu do dziś?

Różnie to wygląda. Ponieważ nie należymy do osób, które ciągle biegają po sklepach i załatwiają na bieżąco zakupy, wykorzystujemy święta, żeby dać sobie coś potrzebnego. Ale – powiem to jeszcze raz – nie od tego zaczynamy, nie to jest najważniejsze.

A co?

Obecność, bycie razem. Jako dziecko zawsze marzyłam o wielkim stole, przy którym zasiada w czasie świąt cała rodzina. To się, niestety, nie zawsze udaje. Ale nie wyobrażałam sobie na przykład tego, że po śmierci ojca mama miałaby zostać sama na Boże Narodzenie albo przyjechać do nas tylko na Wigilię.

W czasie wigilijnej wieczerzy można na państwa stole doliczyć się dwunastu potraw?

Tak, musi ich być dwanaście, ale do potraw zaliczam też na przykład chleb. Wigilię robię bardzo tradycyjną i prościutką, liczę się z tym, co lubią moi domownicy. I mąż, i córki nie przepadają za karpiem, więc przygotowuję tylko małą miseczkę tej ryby w galarecie. Nie może zabraknąć śledzia, makowca i kisielu z żurawiny, który gotowało się w domu mojej mamy. Ale najważniejszą potrawą jest barszcz z uszkami. Zdanie: „Jeszcze tylko uszka” obrosło już w naszej rodzinie legendą (śmiech).

Dlaczego?

Wszystko do Wigilii przygotowuję wcześniej – poza uszkami właśnie. A lepię ich około dwustu, i to takich rzeczywiście malutkich. Co roku obiecujemy sobie, że siądziemy do stołu wcześniej, ale kiedy moi słyszą: „Jeszcze tylko uszka”, to już wiedzą, że mają do kolacji sporo czasu. Uszka robię wyłącznie z prawdziwków, więc latem muszę nazbierać dużo grzybów.

Czyli, mówiąc współczesnym językiem, jest to „projekt uszka” rozpisany na kilka miesięcy?

Uświadomiłam sobie, od jak dawna nie miałam w ustach świeżych prawdziwków. Bo jeśli tylko je znajdę albo dokupię w sezonie grzybowym, to natychmiast je suszę z myślą o Wigilii.

Jak zapamiętała pani Boże Narodzenie 1981 roku? Wybucha stan wojenny, a pani rusza z poezją w trasę po Polsce.

I jestem wtedy w ciąży z pierwszą córką… Kiedy myślę o tamtym czasie, to odczuwam w sobie wielki smutek tych świąt. Czołgi na ulicach. Kompletna beznadzieja, bo przecież nie wiedzieliśmy, co się wydarzy. Ale była też wtedy wspaniała więź między ludźmi – nawet tymi nieznającymi się dobrze.

Mieliśmy kolegę, który pod Małkinią hodował ryby, a żeby dorobić trochę pieniędzy – hodował też indyki. Umówiliśmy się w kilkanaście osób, że na święta kupimy od niego te indyki i ryby.

A tu wybucha stan wojenny.

Telefony odcięte, żadnego kontaktu, rogatki, więc wyjechać z miasta nie można. Uświadamiamy sobie, że nie ma nic. Na dzień przed Wigilią, rano, pukanie do drzwi. Otwieramy, a tam stoi żona naszego kolegi, kona ze śmiechu i mówi: „Co, myślałaś, że ci się uda bez indyka i bez ryb?”.

Jak przedostała się do Warszawy?

Zapakowała do samochodu nie tylko wannę pełną ryb i indyki, ale zabrała także swoje maleńkie, chyba dwuletnie, dziecko, które opatuliła w kołderki. Na samochód postawiła koguta i puściła się te sto kilometrów do Warszawy. Kiedy zatrzymywali ją na rogatkach, mówiła, że wiezie ciężko chore dziecko – chyba ma tyfus. W ten sposób dotarła pod nasz blok i cała dostawa wylądowała na szóstym piętrze u naszych wspólnych przyjaciół. Musieliśmy to jakoś dostarczyć do pozostałych osób. Chodziliśmy od domu do domu i mówiliśmy: „Zuzia się urodziła, ma trzy kilo”. Potem cała wycieczka ciągnęła do nas, żeby odebrać Zuzię lub czterokilogramową Karolinkę. W ten sposób wszyscy, którzy złożyli zamówienie u kolegi spod Małkini, otrzymali indyka i ryby.

Czas świąt i końcówka roku to dla wielu ludzi okazja do zrobienia przeglądu życia. Praktykuje pani coś takiego?

Często zdarza mi się myśleć o tym, co mi się udało, a co nie; co zrobiłam słusznie, a co bez sensu. Niekiedy trudno mi się pogodzić z bezinteresowną zawiścią ludzi, agresją, z posądzaniem innych o złe rzeczy. Nie rozumiem tego i nieraz się zastanawiam, dlaczego tak się dzieje? Czy to wynika z naszej natury? Tak mało jest autentycznej życzliwości wśród ludzi.

Pani pilnuje swoich wartości i ma pani swoje zasady – zupełnie jak bohaterki, które pani grała, a które przeszły do historii polskiej kinematografii. Określenie „panna z dworku” ciągle jest miłe czy już zaczęło panią złościć?

Nie, nie złości mnie – przylgnęło do mnie, nie wypieram się go, w pewnym sensie jest to część mnie.

Lubiła pani role Anny w Ziemi obiecanej, Maryni w Rodzinie Połanieckich, Joanny w Doktorze Judymie?

Tak. Myślę, że między innymi dlatego tak zapadły ludziom w pamięć. Traktowałam je bardzo poważnie, ponieważ wierzyłam w takie kobiety. Może wyniosłam to z domu. W dawnych czasach kobiety były niezwykle silne, miały silne osobowości – przecież to dzięki nim trwały domy, rodziny, a historia mogła zachować ciągłość. A panowie? Szabelka w dłoń i do boju. To kobiety przenosiły wartości i pilnowały naturalnego porządku rzeczy, co było czasem bardzo trudne. Zarzucamy Ance, Maryni i Joasi naiwność i głupotę, mówimy: One są takie nierzeczywiste! Ale to tylko pozory. Zresztą, czy dzisiaj dziewczyny nie mają podobnych problemów?

Aktorka daje postaci życie. A czy te postaci dały coś Annie Nehrebeckiej?

Na pewno popularność, ale nie to jest ważne. Otrzymałam od tych kobiet przede wszystkim poczucie pewnej ciągłości w kształtowaniu kobiety, jej charakteru i miejsca. Ich świadomość własnej wartości jest tak samo potrzebna w dzisiejszym świecie, jak w tamtych realiach. Szanuję siebie i wymagam tego szacunku od innych, a także dokonuję wyborów, których konsekwencje jestem gotowa w pełni ponieść.

Na przykład decyduje się pani wyjechać z mężem dyplomatą na siedem lat z Polski. Dwa lata (!) po powrocie z zagranicy mówi pani w jednym z wywiadów, że właściwie pani w naszym kraju nie istnieje.

Nie chcę się żalić, że zapłaciłam za ten wyjazd wysoką cenę, bo taką decyzję świadomie podjęłam i nie ma co do tego wracać. Natomiast nie zdawałam sobie sprawy, jak szalenie przez ten czas może się zmienić mentalność w świecie, do którego wróciłam – a raczej w pewnym sensie nie wróciłam. Kiedy otrzymałam Orły za drugoplanową rolę we wspaniałym, moim zdaniem, i potrzebnym filmie Chce się żyć, podziękowałam reżyserowi Maciejowi Pieprzycy za to, że pamiętał o mnie jako o aktorce. Przecież ja nigdy nie odeszłam ze swojego zawodu.

Dziś, niestety, często się dzieje tak, że obsadę w filmie czy teatrze dyktują portale plotkarskie. A tam trudno panią znaleźć.

Kiedy Andrzej Seweryn został dyrektorem Teatru Polskiego, w którym pracuję, w mediach pojawiła się informacja: Wyrzuca Nehrebecką, ma jej dosyć. To oczywiście była bzdura, ale trzeba wywołać jakąś sensację, bo zastanawianie się, co Seweryn zrobi z tym miejscem, jak je zmieni, czy mu się uda, wydaje się zbyt nudne. Musi być skandal.

Niedawno dowiedziałam się, że do dobrego tonu należy spóźniać się o dwie godziny na umówione spotkanie – niech wszyscy na mnie czekają, bo ja jestem gwiazdą. Co to za podejście? O co tu chodzi?

 

A może to kwestia smaku? Pisał o niej Herbert, którego pani tak lubi: 


To wcale nie wymagało wielkiego charakteru
nasza odmowa niezgoda i upór
mieliśmy odrobinę koniecznej odwagi
lecz w gruncie rzeczy była to sprawa smaku
Tak smaku

 

Wracamy do początku naszej rozmowy – poezja jest nam naprawdę bardzo potrzebna, bo za jej słowami kryje się wielka głębia i wiele istotnych myśli. Herbert napisał w tym wierszu także to, że „nie należy zaniedbywać nauki o pięknie”.

Co – oprócz poezji – jest w życiu ważne?

Uczciwość i drugi człowiek. Ale i jedno, i drugie bywa trudne.


Anna Nehrebecka - aktorka teatralna i filmowa; wielka miłośniczka poezji - jeździła z programami recytatorskimi po Polsce, Europie, Stanach Zjednoczonych, Australii i Nowej Zelandii. Od 2001 do 2007 roku mieszkała w Brukseli, gdzie jej mąż Iwo Byczewski pełnił misję dyplomatyczną. Odznaczona przez Prezydenta RP Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski. (wszystkie teksty tego autora)

Anna Sosnowska - ur. 1979, absolwentka studiów dziennikarsko-teologicznych na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, współautorka książki "Zioło-lecznictwo, czyli wywary na przywary", wcześniej związana z kanałem religia.tv, gdzie prowadziła programy "Kulturoskop" oraz "Motywacja jest kobietą". Redaktor naczelna portalu Aleteia. (wszystkich teksty tego autora)

     


zobacz także

KIEDYŚ CIĘ ZNAJDĘ

Kino akcji wewnętrznej

NIE CHCĘ TAKIEGO RAJU

Western z Włodowa

NAWRÓCENI NA SLOW LIFE


komentarze



Facebook