TEN TYP TAK MA
To on napisał "Jaka róża, taki cierń", "Diamentowy kolczyk", "Wypijmy za błędy", "To nie ja", "Dary losu". Umie się cieszyć sukcesami innych i nie przeszkadza mu rola drugoplanowa. Przeciwnie, jest z tego powodu bardzo szczęśliwy. Czeka na telefon od Barbry Streisand.

FOT. KRZYSZTOF JASTRZEBSKI / EAST NEWS


KATARZYNA KOLSKA, ROMAN BIELECKI OPNa Dworcu Głównym w Poznaniu powinni panu postawić popiersie albo chociaż zawiesić pamiątkową tablicę.

JACEK CYGAN: Tak? A to z jakiego powodu, jeśli wolno wiedzieć?

Bo, jak napisał pan w swojej najnowszej książce Życie jest piosenką, tu zaczęła się historia największych przebojów polskiej piosenki. „Wokół nas huczało miasto, główną ulicą pędziły samochody, a naprzeciwko dworca prężyła muskuły nowoczesna fasada Międzynarodowych Targów Poznańskich. Ale kiedy Jurek wyjął gitarę z futerału i zagrał pierwsze dźwięki, wokół nas samochody przestały jeździć, a Targi zapadły się pod ziemię…”.

Rzeczywiście! Teraz to sobie uświadomiłem! Siedziałem z Jurkiem Filarem na ławce, czekaliśmy na pociąg do Jeleniej Góry, skąd dalej chcieliśmy jechać do Szklarskiej Poręby na Studencką Giełdę Piosenki Turystycznej. I nagle Jurek zaśpiewał:

Na spacer pójdę z psem na smyczy,

Na ławce w parku zakurzę fajkę.

Nie kupię kwiatów na wyczekanym skwerze,

Więc nie dzwoń do mnie, kiedy będę stary.

I już w uszach każdy słyszy cudowny głos Grażyny Łobaszewskiej, która śpiewa:

Całkiem spokojnie wypiję trzecią kawę, Więc nie dzwoń do mnie, kiedy będę stara.

Wielki przebój.

Aż ciarki mi po plecach chodziły, gdy Grażyna pierwszy raz to zaśpiewała. Jurek napisał pierwszą zwrotkę i nie miał pomysłu, co powinno być dalej. Ja dopisałem to dalej dopiero pół roku później w Leśnicy w Karkonoszach, gdzie spędzaliśmy sylwestra. Gdy Grażyna Łobaszewska zapytała nas, czy może zaśpiewać tę piosenkę, przerobiłem nieco słowa i zrobiłem damską wersję tego utworu. Co za wspomnienia!

Pewnie pan nie wie, że jest pan też twórcą nieformalnego hymnu zakonu dominikanów. Nosimy biały habit, a na to zakładamy czarną kapę. W nowicjacie śpiewaliśmy pana piosenkę: „Twe kolory to zawsze black and white”. Kiedyś nawet wyszliśmy na dach naszego klasztoru w Poznaniu i śpiewaliśmy na cały głos, aż pani z drugiej strony ulicy zadzwoniła do naszego przełożonego i powiedziała: „Co robią bracia na dachu? Zaraz spadną”.

Niesamowite. Genialna historia! To są takie chwile, dla których warto żyć! A kto za tym wszystkim stoi? Święty Jacek.

Czy to przy tym biureczku wykuwają się hity? (Biurko jest stylowe, stoi pod oknem – przyp. red.).

Tu się też wykuwają. Ale Black and white powstało przy innym biureczku, można nawet powiedzieć, że było to biureczko szczątkowe, bo to było bardzo dawno. Przy tym biurku napisałem na przykład Cantobiografię Jana Pawła II.

O Cantobiografii porozmawiamy za chwilę. Najpierw proszę powiedzieć, jak się czuje ktoś, kto pisze przebój za przebojem?

Ależ to w ogóle nie jest prawda. Żeby jedna piosenka była znana, trzeba napisać dziesięć innych, które przejdą bez echa. To jest tak jak w życiu: żeby była jedna chwila wybitnie szczęśliwa, taka, że się ją zapamiętuje na zawsze, to musi być wiele chwil zwyczajnych.

No nie. Jest pan bardzo skromny.

Dziękuję, powiem żonie.

Jednego roku pisze pan Jaka róża, taki cierń, następnego roku Wypijmy za błędy…

Ale pomiędzy nimi napisałem jeszcze wiele innych tekstów, niektóre z nich wcale nie są gorsze, tyle że miały mniej szczęścia. Bo po prostu albo są zbyt nieśmiałe, albo zbyt schowane, albo są dla ludzi o takiej, powiedziałbym, trudnej wrażliwości, albo nie mogą do nich dotrzeć, bo dociera tylko to, co człowiek usłyszy, a usłyszy wtedy, kiedy sobie kupi płytę albo gdy puszczą to w radiu.

Czy pisząc tekst i słysząc muzykę, ma pan świadomość, że to chwyci, że to jest właśnie to? Kolejny przebój?

Świadomość to za mało. Jeszcze musi nastąpić zbieg okoliczności. Ta piosenka po prostu musi mieć szczęście. Zwłaszcza dzisiaj, kiedy polskich piosenek się nie puszcza.

A może te mniej znane piosenki, które pan napisał między jednym hitem a drugim, nie trafiły na właściwego wykonawcę? Może to tu jest pies pogrzebany?

Nie, to nie to. Na płycie, na której Edyta Geppert śpiewa Jaka róża, taki cierń, jest piosenka By: „Przyzwyczajamy się do siebie, przez nasze »tak«, przez nasze »zawsze«, by w końcu odejść”. To jest piękna piosenka. Gdy jestem smutny, to zawsze ją sobie puszczam. A ile takich piosenek jest na płytach Ryszarda Rynkowskiego? Znane są tylko te, które są znane, a tamte nie. Bo ktoś wielu pięknym piosenkom zamyka usta. Jakiś kierownik w radiu, który coś wybrał i zaprogramował w komputerze.

Zostałem kiedyś zaproszony do pewnej stacji radiowej, od rana reklamowali na antenie, że gościem będzie Jacek Cygan. Przychodzę, czeka na mnie miła pani, daję jej kilka swoich płyt, bo może się przydadzą, skoro mamy rozmawiać o moich piosenkach. A ona mówi: Panie Jacku, nie możemy tego puszczać, bo gramy tylko to, co jest w komputerze. Wstałem, wziąłem szalik, płaszcz. A ona: Nie może pan wyjść, przecież od rana tu pana zapowiadaliśmy. Pytam więc: Ale w takim razie, co będzie między jednym moim wejściem na antenę a kolejnym? A ona: Mamy tu całą listę: Michael Jackson, Madonna... Ja na to: Wie pani, ja bardzo ich lubię, ale to jest nie na temat. Dziewczyna mnie przekonuje: To dyrektor musi zdecydować. Mówię więc: To proszę dzwonić. I znowu się ubieram. Ona dzwoni. Ale jest sobota, więc dyrektor jest na przykład na łódce i nie odbiera. A ja się zbieram i tłumaczę, że nie mogę się na coś takiego zgodzić. Wtedy ona skapitulowała i powiedziała: Dobrze, zrobię to na własną odpowiedzialność. Niestety, wiem, że gdybym był początkującym autorem, to bym się na wszystko zgodził, żeby w tym radiu być. A teraz, ponieważ jestem już znany, to muszę walczyć i to nie tylko dla siebie, ale też dla innych.

Kilka lat temu słucham radia: Dzisiaj mija dziesiąta rocznica śmierci Grzegorza Ciechowskiego. Wspaniały polski autor, twórca Republiki, zawsze go wspominamy – powiedziała pani redaktor – a za chwilę puścili jakiś zespół angielski, który gra takie bzdety, że aż uszy puchną, gdy się tego słucha. Co im przeszkadzało puścić piosenkę Grzegorza Ciechowskiego, skoro jest dziesiąta rocznica śmierci?

Ale nie chcę się żalić. Bo tak w ogóle to świat jest piękny!

Przychodzi do pana kompozytor, przynosi muzykę, pan słucha i myśli: Nic z tego nie będzie…

No, tak też się zdarza…

I co? Pas?

Nie. Dlaczego pas? Taki mam zawód.

Wiem, że jakiś utwór ma mniejszy potencjał, a inny większy. Ale to wcale tego o mniejszym potencjale u mnie nie dyskwalifikuje. Próbuję się w nim doszukać czegoś niezwykłego. Na przykład ciekawej harmonii, rytmu, wyciszonej oryginalności.

Z artystami, z którymi pracuje się dłużej, tworzy się pewną całość, czyli płytę. Ona jest jak każdy nasz dzień – są różne godziny, różne nastroje, różne klimaty. Człowiek też taki jest i ja chcę o tym opowiadać. Kiedyś byliśmy z Rysiem Rynkowskim u wujka mojej żony w Wilnie. Wujek Kaziu brał kieliszek do ręki i mówił: Wypijmy za tych, co kochają nas, a my ich. Wpadliśmy z Ryszardem na pomysł, że nagramy taką piosenkę i zadedykujemy ją wujkowi Kaziowi. No i znalazła się na płycie Zachwyt. Chodzi w niej o to, że wezwał mnie Pan do bram raju, stanąłem przed nim, Pan wyciągnął teczkę, ja zadrżałem, co tam jest o mnie napisane. Pan powiedział: Wchodź, będziesz dla nas grał. A ja mówię: Przecież byłem zły, chciwy, głupi, tyle popełniłem grzechów. Pan mówi: To jest nieważne, ważne jest to, co o tobie mówią inni – ci, co cię kochają.

Gdy ta płyta pojechała do Wilna, to oni się bardzo ucieszyli. Wujek Kaziu był taki zadowolony. Teraz już tak się nie mówi, ale on tak mówił: Jest tak przyjemnie, że tacy goście przyjechali do nas. Jest tak przyjemnie.

Ile razy musi pan przesłuchać melodię, żeby wiedzieć, o czym ta piosenka ma być?

Hm… jakby to powiedzieć? Czasami słucham tej melodii przez kilka miesięcy.

Tak było z Wypijmy za błędy. Rysiu dał mi ją w listopadzie. Dzwoni w styczniu: Napisałeś?

Nie napisałem.

Ryszard właśnie odszedł z Voxu, chciał zacząć inny etap w swoim artystycznym życiu i ja miałem mu w tym pomóc. Ludzie pamiętali, jak w białym garniturze śpiewał Bananowy song i było super. A teraz musiał być inny.

Styczeń minął – nic. W lutym się wkurzył i pyta: Co ty robisz? Ja mówię: Rysiu, słucham i myślę, o czym jest ta melodia. A on mówi: Przecież gdyby ona o czymś była, to ja bym pierwszy wiedział, bo ja ją skomponowałem. A ja na to: Tak, tylko że ty ją słyszałeś trzy albo cztery razy, a ja już jej słuchałem ze trzysta razy!

W końcu wymyśliłem dwie linijki tekstu. Rysiek nagrywał coś w radiu na Myśliwieckiej. Pojechałem do niego. Zobaczył mnie i pyta: Masz? No powiedz? A ja mówię: Czego może chcieć od życia taki gość jak ja? Rysiu sobie to w głowie prześpiewał i mówi: No to mamy!

Tak nagle wpadło to panu do głowy?

To jest w muzyce. Tylko trzeba się tego doszukać. Ja zawsze zaczynam poszukiwania od muzyki. I myślę o artyście, który ma to wykonywać, o tej relacji, która ma zaistnieć między muzyką a nim. Tyle że to nie zawsze jest takie proste. Bo jestem ograniczony frazą. Jeżeli mam w refrenie cztery sylaby, to już jestem chory – nic tam nie można zrobić. Cztery sylaby? A jeszcze jest transakcentacja, więc nie można dać długiego słowa. Tak było z pewną piosenką, gdzie w pierwszej linijce refrenu musiały być cztery krótkie słowa jednosylabowe. I co wymyśliłem? Powstało: Ten typ tak ma.

Mówi pan o relacji między muzyką a wykonawcą. To znaczy, że nie można napisać piosenki dla nikogo?

No nie. Najwyżej dla siebie. Dla nikogo to dla siebie.

A mnie trochę żal tekściarzy.

No nareszcie!

Bo mam poczucie, że jesteście ludźmi drugiego, a nawet trzeciego planu. Trudno jest z tym żyć?

Absolutnie nie! Moja pasja polega właśnie na tym, żeby dla kogoś napisać piosenkę. I muszę wam powiedzieć, że kiedy stoję za szybą w reżyserce, a wykonawca ją śpiewa pierwszy raz, to dzieje się coś, co jest nieporównywalne z niczym. Jak to młodzież mówi – idą ciary! A kiedy odnosi sukces, to jestem szczęśliwy, że mu się powiodło.

Trzeba mieć dużo pokory w sobie, żeby umieć się cieszyć cudzym szczęściem. Gdy Edyta Górniak śpiewała na konkursie Eurowizji To nie ja byłam Ewą, to wszyscy mówili, że Edyta Górniak jest świetna, a nie Jacek Cygan, który napisał dla niej tę piosenkę.

Ale mnie to wystarcza. Gdy Ryszard Rynkowski zaczyna śpiewać „Dary, dary losu…” i natychmiast rozlegają się brawa – to ja już nic więcej nie chcę od życia. Ta chwila mi wystarcza.

W styczniu tego roku zadzwonił do mnie Grzegorz Markowski i mówi: Słuchaj, robimy po ośmiu latach jako Perfect nową płytę, może byś mi napisał jakiś utwór? Ja mówię, że oczywiście, w końcu Grzesiu to Grzesiu. Przesłał muzykę Darka Kozakiewicza, słucham – bardzo fajny numer, podoba mi się. Ale nie mogę mu napisać piosenki o niczym. Chcę o czymś ważnym. No więc piszę mu numer o… śmierci: „A gdy przyjdzie mój czas, gdy pokryje mnie rdza…” i w refrenie: „Wszystko ma swój czas i przychodzi kres na kres…”. Napisałem to z całą świadomością, że on może przyjechać do mnie i powiedzieć: Wiesz co, weź ten numer i nie dzwoń do mnie, kiedy będę stary. Nie chcę numeru o śmierci. My tu zaczynamy nowy rozdział w życiu, mamy osiągnąć sukces, a ty mi tu ze śmiercią wyskakujesz? Tak mi może powiedzieć.

No nic. Napisałem. Wysłałem. Po trzech minutach ich instrumentalista, młody chłopak, odpisuje mi: Supertekst! No to myślę: Nie jest źle. Ale Grzesiu dalej milczy. W końcu dzwoni i mówi: Słuchaj, przyjadę do ciebie i ucałuję klamkę za ten tekst. Mijają dwa miesiące, Grzesiu dzwoni: Zazwyczaj musimy grać nowy numer pół roku, żeby ludzie śpiewali, a tutaj po dwóch tygodniach cały stadion to śpiewa.

Piosenka jest na pierwszych miejscach list przebojów w radiach, wszyscy ją puszczają, oni są szczęśliwi. A jeśli oni są szczęśliwi, to i ja jestem szczęśliwy.

Wymienia pan znane nazwiska: Edyta Geppert, Edyta Górniak, Grzegorz Markowski, Ryszard Rynkowski. Muzyczna śmietanka. A czy zwykły Iksiński też może do pana zadzwonić i poprosić, żeby pan napisał dla niego piosenkę?

Wszyscy dzwonią, śmietanka i Iksińscy. Z każdym chętnie się spotykam, każdemu pomagam, piszę. Dlaczego nie? Taki mam zawód.

A czy jest taka osoba, która jeszcze do pana nie zadzwoniła, a pan bardzo czeka na jej telefon?

Barbra Streisand. Nie dzwoniła jeszcze.

A ktoś z naszego podwórka?

Kiedy byłem młodym autorem, bardzo chciałem współpracować z Sewerynem Krajewskim, ale on właśnie nie dzwonił. Zatem któregoś dnia wziąłem telefon do ręki i sam do niego zadzwoniłem. Był chyba maj. A Seweryn mówi: Jestem teraz bardzo zajęty, niech pan zadzwoni do mnie w listopadzie. Jak to? Ja mam epokowy tekst, który przewróci do góry nogami światowy show-biznes, a on mi każe dzwonić w listopadzie? W życiu!

Jeśli chodzi o polski rynek, to są oczywiście artyści, z którymi nie pracowałem. Parę lat temu chciałem napisać coś dla Ewy Demarczyk, ale przyjaciele z Krakowa powiedzieli mi, że pani Ewa żyje swoim życiem i nie należy w nie ingerować. Pomyślałem sobie, że rzeczywiście w takim razie to nie ma sensu.

Kiedyś natomiast odpowiadając w radiu na podobne pytanie, powiedziałem, że nie napisałem w życiu piosenki dla Krzysztofa Krawczyka, bo jesteśmy trochę z innych światów, chociaż bardzo go szanuję i wiem, że on umie śpiewać. Kilka dni później spotkaliśmy się na urodzinach u Ryszarda Poznakowskiego, pan Krzysztof nosił mnie na rękach po ogrodzie i mówił: Ten facet powiedział publicznie, że ja umiem śpiewać. To było bardzo śmieszne. Rozstaliśmy się w wielkiej zgodzie i harmonii. Minęły dwa dni, dzwonią do mnie z telewizji: Proszę pana, będziemy robić taki program Europa da się lubić i mamy tu muzykę Beethovena Dla Elizy, chodzi o to, żeby pan coś do tego napisał. Obejrzałem francuską wersję programu, napisałem: „Europo, witaj nam…” i zapytałem, kto to ma śpiewać, a oni, że Krzysztof Krawczyk. Los był mądrzejszy ode mnie.

Wróćmy do tego biureczka pod oknem, przy którym napisał pan Santo Subito – Cantobiografię, czyli utwór poświęcony Janowi Pawłowi II.

Przyszedł do mnie Piotrek Rubik, puścił mi muzykę utworu i mówi: Może byś napisał słowa?

Wcześniej pisał pan już kościelne teksty?

To nie jest kościelny tekst. Powiedziałbym, że to jest tekst ogólnoludzki.

Ale było wiadomo, że będzie wykonywany w określonych miejscach.

Był wykonywany w wielkich halach, w kościołach, na rynkach. No więc napisałem słowa do tego utworu i powstało Santo, a wtedy Piotr mówi: Może miałbyś pomysł na większą całość o naszym papieżu? Oczywiście nie miałem pomysłu, ale mówię: Słuchaj, przeczytam wszystkie możliwe książki o Janie Pawle II i ci odpowiem. Przeczytałem dziesiątki książek i pomyślałem sobie, że jedynym ciekawym elementem będzie opowiedzenie historii jego życia, od urodzenia do śmierci, a raczej do świętości. To opowiedzenie życia przez pieśni nazwałem cantobiografia. Zadzwoniłem do moich włoskich przyjaciół i zapytałem, czy jest takie słowo jak cantobiografia. Powiedzieli, że nie ma. To świetnie! – pomyślałem sobie i zabrałem się do pracy. Zaczęliśmy pisać. Ja dawałem teksty, Piotrek komponował muzykę. Czasami było na odwrót. Zaczęła powstawać jakaś całość. Piotr zajął się przygotowaniem strony muzycznej – orkiestra symfoniczna, dwa chóry. Prapremiera odbyła się w bazylice św. Wincentego à Paulo w Bydgoszczy, powstało wtedy nagranie telewizyjne fenomenalnej jakości. Graliśmy to wiele razy, między innymi na Jasnej Górze. Przyszli ojcowie paulini – od takich sędziwych, którzy mają po dziewięćdziesiąt parę lat, aż po młodych. Siedziałem z boku i widziałem, że niektórzy nucą sobie słowa. A to znaczy, że znają te pieśni na pamięć! To było genialne – chór, orkiestra i paulini. Podczas jakiegoś festiwalu dziecięcego przyszła dziewczynka, siedmio- może ośmioletnia i zaśpiewała Ave Maria Jasnogórska. Boże, jak ślicznie. Piotr Rubik ma tę umiejętność, że potrafi cudnie napisać muzykę do tekstu. Ludzie fenomenalnie to odbierają. Pamiętam, że w Łodzi w jakiejś hali było cztery czy pięć tysięcy ludzi i kiedy koncert się skończył, oni nie chcieli wyjść. Cały czas krzyczeli: Bis! Bis! Był jeden bis, drugi, trzeci, czwarty... Oni nie wychodzą. Siedziałem w pierwszym rzędzie obok arcybiskupa, on tak patrzył na ten tłum i powiedział: Wie pan, chyba nie znałem swoich wiernych. Bardzo pięknie ludzie to przyjmują.

To jest właśnie nagroda dla twórcy. A że jakiś dziennikarz napisał, że mu się to nie podoba i że zrobiliśmy to dla kasy, to trudno, niech sobie pisze, co ja mogę na to poradzić.

To proszę jeszcze opowiedzieć, jak powstała Koron korona.

Koron korona była pomysłem przeora Jasnej Góry ojca Romana Majewskiego, który zaprosił nas tam z Cantobiografią. To wtedy powiedział nam, że będzie wymieniana sukienka i korony na obrazie Matki Boskiej Jasnogórskiej i poprosił, żebyśmy z Piotrem Rubikiem napisali na tę uroczystość pieśń. Bardzo długo rozmawialiśmy o obrazie, o nowej sukience i koronach, o wiernych, którzy przez lata składali na to pieniądze, przynosili rodzinne pamiątki, drogie kamienie. Długo się do tego przygotowywałem, przeczytałem książkę ojca Jerzego Tomzińskiego o Jasnej Górze, napisałem i wysłałem przeorowi tekst. Bardzo mu się spodobał. Wtedy Piotr skomponował muzykę. Pięknie to zabrzmiało. Bardzo mi zależało, żeby to nie tylko było ładne, ale żeby coś znaczyło. Chyba się udało.

Spoglądam na ołówki, które stoją w kubku na pana biurku. Wszystkie pięknie zaostrzone. Czy to są ołówki, którymi pisze pan teksty?

Tak, piszę wyłącznie ołówkami.

Bo to, co napisane ołówkiem, można wymazać?

Nie, piszę ołówkami, bo jest mi tak jakoś najbliżej do tego.

Nie pisze pan na komputerze?

To dopiero potem. Kiedyś przepisywałem na maszynie do pisania, teraz pracuję z laptopem.

My tu gadu-gadu, a może w tym czasie mógłby pan napisać jakiś wielki przebój. Na przykład kolędę.

Bardzo przyjemnie się rozmawia, więc wielkie przeboje mogą troszeczkę poczekać. A jeśli chodzi o kolędy, to napisałem kilka zimowych piosenek i bardzo je sobie cenię. Niektóre powstały latem.

Z tęsknoty za Bożym Narodzeniem?

Tak, z tęsknoty. Kiedyś byliśmy na festiwalu w Sopocie, prowadziła go Grażyna Torbicka. Mówię: Grażynko, napisałem kolędę, chodź, pokażę ci. Ona się bardzo śmiała i mówi: Jak to, latem? No jakoś tak mnie naszło. Pisanie kolęd i pastorałek to w ogóle osobna radość, dlatego, że gdy się je pisze, to jednocześnie cały czas jest się w tym nurcie najpiękniejszych polskich kolęd. Nie ma na świecie piękniejszych.

Ostatnio, na prośbę Roberta Jansona napisałem piosenkę Hej, ludzie, idą święta. Śpiewa ją Varius Manx.

Gdybym miał więcej czasu lub miałbym jakąś siłę sprawczą, to bym namawiał, żeby powstały pastorałki, które wyrastają z jakiejś określonej kultury, z jakiejś tradycji muzycznej, czyli kurpiowskie, śląskie, krakowskie, żeby jednocześnie pokazać całą ornamentykę świąt – te lokalne tradycje, ich charakterystyczne harmonie muzyczne, rytmy. I oczywiście powinna to zaprezentować telewizja publiczna. Krakowskie kolędy mogłyby zaśpiewać zespoły ludowe, ale także Grzesiu Turnau lub Andrzej Sikorowski, żeby to wszystko było razem, bo przecież razem się siada przy stole wigilijnym. Może kiedyś mi się to uda.

Świetny pomysł.

Dlatego że przyszliście.

Chciałabym jeszcze zapytać o pana przygodę z piosenką dla dzieci.

Muszę się uderzyć w piersi i powiedzieć, że byłem wrogiem piosenek dla dzieci. Nie znosiłem tego mizdrzenia się, tego zdrabniania, przymilania się. Aż tu któregoś razu zadzwoniła do mnie Agnieszka Osiecka i powiedziała: Robię płytę z Majką Jeżowską, musisz napisać połowę tekstów. Powiedziałem jej, że nie piszę dla dzieci. A ona na to: Uważam, że sprawa jest załatwiona. Majka do ciebie zadzwoni. No to co miałem zrobić?

Agnieszce Osieckiej nie wypadało odmówić?

Odmówić Agnieszce? Niepodobna…

Zacząłem pisać. A potem to już po-szło! Dziesięć lat mojego życia. Cudowni, najlepsi kompozytorzy i muzycy, z którymi przyjaźnię się do dziś, ponad setka piosenek i telewizyjny program Dyskoteka Pana Jacka (Dyskoteka Pana Dżeka – przyp. red.), niezliczone koncerty. No, przygoda, o której nie śmiałem marzyć.

Na początku lat 90. pracowałam w radiu. Wieczorem mieliśmy audycję dla dzieci, która obowiązkowo musiała się kończyć Laleczką z saskiej porcelany.

Bardzo lubię tę piosenkę. Pokażę wam płytę.

„Ukochanemu Autorowi z podziękowaniem Magda” (ręczny podpis na płycie – przyp. red.).

Magda Fronczewska. A jacy muzycy tu grają! To jest kawałek życia wielu ludzi.

W pana piosenkach życie jest dobre.

Bo życie jest dobre. Nie mogę pisać, że jest niedobre, skoro ono jest dobre.

A największy hit jeszcze przed panem?

„Najlepsze dopiero przed nami. Świat dobry jak dobry sen…”.


Jacek Cygan - ur. 1950, z wykształcenia cybernetyk, autor tekstów piosenek, scenarzysta, poeta, współzałożyciel grupy (razem z Jerzym Filarem) Nasza Basia Kochana. Autor książki "Życie jest piosenką". Mieszka w Warszawie. (wszystkie teksty tego autora)

Katarzyna Kolska - dziennikarka, zastępca redaktora naczelnego miesięcznika "W drodze", absolwentka filologii polskiej i teologii, przez 13 lat pracowała w poznańskim oddziale "Gazety Wyborczej", autorka kilku książek, m.in. "Modlitwa poranna i wieczorna" (Olimp Media 2008) i "Moje dziecko gdzieś na mnie czeka. Opowieści o adopcjach" (Znak 2011, Wydawnictwo W drodze 2016). Jest mężatką, ma dwóch synów, mieszka w Poznaniu. (wszystkich teksty tego autora)

Roman Bielecki OP - ur. 1977, dominikanin, absolwent prawa KUL oraz teologii PAT, redaktor naczelny miesięcznika "W drodze", mieszka w Poznaniu. (wszystkich teksty tego autora)

     


zobacz także

Pan Bóg obsypał nas złotymi dukatami

O tym jak dominikanie z Królową Tatr zamieszkali

ZAMKNIĘTE W SŁOWIE

A NUT NIE LUBIŁ

W dobrych zawodach wystąpiłem...


komentarze



Facebook