Archwium > Numer 496bis (Specjalny/2014) > Kiedy się modlisz > NAJTRUDNIEJSZE ZADANIE CZŁOWIEKA

NAJTRUDNIEJSZE ZADANIE CZŁOWIEKA
Jeśli święta Bożego Narodzenia traktujemy wyłącznie jako jedną z rodzinnych tradycji, rytuał spotkania przy wigilijnym stole, to czy z całą uczciwością możemy się jeszcze uważać za wierzących chrześcijan?

FOT. VSTOCK / TETRA IMAGES / CORBIS


Roman Bielecki OP: Czym jest modlitwa?

PROF. KRZYSZTOF LEŚNIEWSKI: Współczesnemu katolikowi odpowiedź na to pytanie wydaje się oczywista. To dialog wierzącego człowieka z Bogiem.

To wiemy, a mimo to często mówimy, że nie umiemy się modlić. Może źle się modlimy?

Jeśli modlitwa ma być czymś więcej niż wypowiadaniem znanych od dzieciństwa formuł, to trzeba się poważnie zastanowić, co robić, żeby jej czas był rzeczywiście spotkaniem z Bogiem. Kiedyś, w jednym z dzieł św. Jana z Damaszku, teologa żyjącego na przełomie VI i VII wieku, przeczytałem, że „modlitwa (gr. proseuchi) to stan uwagi (gr. prosoche) umysłu na Bogu”. To zaskakujące stwierdzenie, bo pokazuje, że w języku greckim pojęcia „modlitwa” i „uwaga” brzmią bardzo podobnie. Tym samym moglibyśmy opisać modlitwę jako dążenie do coraz większej koncentracji, czyli zmaganie duchowe, którego celem jest przeciwdziałanie rozproszeniu.

Zmaganie na poziomie serca, bo ono jest najważniejsze, jak mówi Ewangelia. To znaczy?

Serce w języku biblijnym to duchowe centrum człowieka. Ojcowie Kościoła nauczają, że odkrycie w sobie tego duchowego centrum staje się możliwe w wyniku regularnego czytania i słuchania słowa Bożego. Jeśli więc nasza modlitwa nie jest połączona z karmieniem umysłu Ewangelią, to rzeczywiście jest ona jedynie męczącym i nudnym zajęciem, o którym chętnie się zapomina, bo nie doświadcza się jej bezpośredniego wpływu na jakość życia.

Ale jesteśmy dziećmi epoki, w której wszystko jest po coś. Może dlatego tak trudno nam przyjąć, że w modleniu się chodzi o tracenie czasu i słuchanie Słowa?

W naszych bardzo pragmatycznych czasach chcielibyśmy, aby modlitwa była czymś w rodzaju sklepu internetowego. Zamawiamy jakiś produkt i otrzymujemy go, uiściwszy opłatę. Tyle że w dziedzinie ducha to tak nie działa. Takie podejście wynika z pojmowania osoby ludzkiej w sposób bardzo indywidualistyczny i niezależny. Mamy wizję szczęścia, która w naszym mniemaniu polega na zaspokajaniu coraz to nowych pragnień i potrzeb. I taką wizję przekładamy na sferę duchową. Chcemy coś osiągnąć, coś posiadać, coś mieć… więc znajdujemy chwilę czasu, aby dzięki modlitwie coś duchowego stało się naszym udziałem.

W efekcie tak, jak często w sposób instrumentalny traktujemy siebie czy innych, tak też traktujemy Boga, zapominając o tym, że On jest całkowicie inny. No i męczymy się na modlitwie. Jesteśmy szarpani przez tysiące myśli, których nie potrafimy zatrzymać.

Jak się tego uczyć?

Modlitewne trwanie przed Bogiem jest zarazem bardzo łatwe i bardzo trudne. Najlepszym przykładem ilustrującym tę prawdę jest odwołanie się do relacji pomiędzy dwojgiem młodych ludzi. Jeśli są głęboko w sobie zakochani, to po prostu ze sobą są… Nie muszą wiele mówić, okazywać sobie uczuć… Po prostu trwają w milczącym współzachwycie. Autentyczna modlitwa jest takim właśnie milczącym współzachwytem człowieka i Boga. Człowiek doświadcza poprzez trwanie w słowie Bożym, że jest kochany przez Boga, a Ten objawia mu, że jest niestworzoną i nieskończoną Miłością. Taką świadomość wypracowuje się przez konsekwentne ukierunkowanie modlitwy na Boga, który jest Kimś, a nie czymś. Kimś, dodajmy, komu mogę zadawać pytania, komu mogę zaufać, w kim mogę szukać pocieszenia i z kim mogę wejść w relację bliskości.

W dzieciństwie uczono nas, że modlitwa ma być rano i wieczorem, że trzeba do niej uklęknąć, a najlepszy dla niej jest kościół. Schemat ten utrwalają niezmienne od dziesięcioleci rachunki sumienia drukowane w książeczkach do modlitwy. Jak pan na to patrzy?

Naukę na temat czasu trwania modlitwy mamy wyłożoną bardzo prosto w Liście św. Pawła do Tesaloniczan: „Nieustannie się módlcie” (Tes 5,17). Od początku istnienia Kościoła chrześcijanie byli świadomi tego zalecenia. Zarówno w tradycji chrześcijaństwa wschodniego, jak i w tradycji chrześcijaństwa zachodniego uczono wiernych, że modlitwa ma być przede wszystkim stanem umysłu świadomego obecności Boga. W tej perspektywie nauka o porannej i wieczornej modlitwie to tylko niezbędne minimum, mające na celu podtrzymywanie relacji z Bogiem. Bardziej chodzi o koncentrację na obecności Trójosobowego Boga w moim życiu. Świadomość tego, że jest ono przeniknięte Jego obecnością.

Czy można więc mówić o modlitwie w drodze do pracy lub szkoły?

W życiu chrześcijanina ważne są pewne stałe chwile na modlitwę. Dlatego właśnie rano i wieczorem warto znaleźć czas na bycie z Bogiem. Modlitwa o określonych porach pomaga w zharmonizowaniu rytmu biologicznego z rytmem duchowym naszego organizmu. Koncentrując się w określonym czasie tylko na modlitwie, zmagamy się, ale tym samym przeciwdziałamy rozproszeniu, oddając Bogu cześć i wyznając, kim On dla nas jest. Dzięki temu bardziej świadomie prosimy, dziękujemy czy po prostu trwamy przed Nim. A to, mówiąc delikatnie, jest dość skomplikowane, gdy jedziemy w zatłoczonym autobusie lub gdy idziemy przez zatłoczone ulice.

A jak się nauczyć wspomnianej przez pana koncentracji?

To najtrudniejsze zadanie człowieka. Diabeł, czyli ten, który rozprasza, robi wszystko, aby podsunąć naszemu umysłowi plejadę różnorodnych myśli. Stara się za sprawą pożądliwych wyobrażeń oraz nieuporządkowanych pragnień zapanować nad wolą człowieka. By temu przeciwdziałać, niezbędne są działania zarówno na poziomie umysłu, jak i na poziomie ciała. Na poziomie umysłu konieczne jest słuchanie słowa Bożego, a zwłaszcza Ewangelii. Jedynie poprzez korzystanie z tego narzędzia można skutecznie walczyć z demonami, w myśl słów Pisma: „Wiara rodzi się z tego, co się słyszy, tym zaś, co się słyszy, jest słowo Chrystusa” (Rz 10,17). Po drugie, pamiętając o tym, że duch wprawdzie ochoczy, ale ciało słabe (Mt 26,41), należy poważnie potraktować ciało, tak aby było pomocne w osiąganiu koncentracji. Z tradycji Kościoła wiemy, że łatwiej osiągnąć stan uwagi poprzez modlitwę w postawie stojącej lub praktykowanie pokłonów do ziemi. Wielkie znaczenie ma również głębokie oddychanie przeponą, bo dzięki niemu łatwiej zapanować nad huraganami pożądliwych myśli. Od razu powiem, że nie jest to żaden nowatorski i sensacyjny pomysł dla urozmaicenia życia religijnego chrześcijan. Oddychanie przeponowe podczas odmawiania brewiarza jest stosowane w chrześcijaństwie od wielu wieków. Jest to praktyka oparta na doświadczeniu, niezbędna, aby w wirze codziennych spraw i kłopotów zachować koncentrację na Bogu. Ojcowie Kościoła mówili, że regularny oddech w czasie modlitwy jest ważny, ponieważ dzięki temu oddychamy samym duchem Jezusa.

Ostatnią rzeczą pomocną w nauce koncentracji i wyciszenia wewnętrznego jest umiejętność odpowiedzialnego korzystania ze środków masowego przekazu. Jest to o tyle łatwe, że kiedy zasmakujemy w swoim wnętrzu stanu ciszy i Bożego pokoju, rozróżnianie dobra i zła i odsuwanie tego, co wpływa na nasze rozproszenia, nie będzie tak wielkim problemem.

Często na określenie stanu duchowego wyciszenia używa się obrazu pustyni. Tam trzeba pójść, takie warunki trzeba sobie stworzyć, takie warunki pomagają. Dlaczego?

Obraz pustyni ma wielkie znaczenie w historii zbawienia. Jest to miejsce bezwodne, bardzo trudne do życia, które zamieszkują demony. W Starym Testamencie utożsamiane było z ziemią, na której nie spoczęło Boże błogosławieństwo. Na pustyni naród wybrany jest wzywany do nawrócenia i przemiany serc. Podobnie w Kościele obraz pustyni pomaga w zrozumieniu natury chrześcijańskiego życia. O tym słyszymy w czytaniach okresu Wielkiego Postu, ale także w czasie adwentu.

Od początku chrześcijaństwa obraz ten miał szczególne znaczenie w tradycji pustelniczej, gdyż za jego pomocą podkreślano radykalizm życia całkowicie skoncentrowanego na Bogu oraz walce ze złymi duchami.

Jeśli dziś postrzegamy pustynię jako miejsce nawrócenia, to tylko ze względu na Mesjasza. Jezus został skierowany na pustynię przez Ducha Świętego i poddany próbie, z której wyszedł zwycięsko, bo pozostał wierny swojemu Ojcu, przedkładając słowo Boże ponad chleb, zawierzenie Bogu ponad niezwykłość cudów oraz służbę Bogu ponad władzę nad światem.

Tyle tylko, że jest to bardzo odległe od doświadczenia codziennego życia. Niewiele osób stać na taki luksus jak czas pustyni. Są przecież obowiązki zawodowe, domowe, doba za krótka. Gdzie tu jeszcze mówić o czytaniu Pisma i solidnej modlitwie?

Mówienie, że nie ma się czasu na bycie z Bogiem, świadczy zazwyczaj o kryzysie duchowym człowieka. Osoba, która nie odczuwa potrzeby modlitwy i czytania Pisma Świętego, jest duchowo chora. Wiara w Boga wymaga radykalizmu, czyli świadomego wyboru życia, które albo będzie życiem według standardów i wzorców świata, albo będzie życiem zgodnym ze słowem Bożym. Dlatego tak bardzo potrzebujemy czasu na medytowanie nad słowem.

No to chyba wszyscy jesteśmy w kryzysie…

Może nie wszyscy, ale to, o czym mówię, dobrze obrazuje nasze przeżywanie świąt Bożego Narodzenia. O wiele częściej koncentrujemy się na prezentach czy rodzinnych spotkaniach, niż na refleksji nad znaczeniem prostoty, jaką niesie ze sobą ewangeliczny opis narodzenia Jezusa. Jesteśmy tak zabiegani i rozproszeni, że trudno nam się zatrzymać choćby na chwilę, wyciszyć i zastanowić się nad sensem tych słów. Jeśli święta traktujemy wyłącznie jako jedną z rodzinnych tradycji i rytuał spotkania przy wigilijnym stole, to czy możemy się jeszcze uważać za wierzących chrześcijan?

Mówi pan – prostota, wyciszenie. To wartości, które wcale nie kojarzą się z tymi świętami.

Przykro mi, ale czas wrócić do podstaw. Wizja świąt Bożego Narodzenia lansowana w dzisiejszej kulturze masowej ma niewiele wspólnego z chrześcijaństwem. Nie zastanawiamy się ani nad głębokim uniżeniem Jezusa, który rodzi się w stajni, „gdyż nie było dla Niego miejsca w gospodzie”, ani nad szczerą radością pasterzy przybywających, aby oddać Mu cześć jako Zbawicielowi rodzaju ludzkiego. Boże Narodzenie to bardzo smutne święta, gdyż uświadamiają, że tak wielu ludzi nie jest zainteresowanych Bogiem, który ich stworzył i zbawił. A paradoksalnie to święta bardzo radosne, gdyż wprowadzają w tajemnicę medytacji nad zwiastowaniem ludziom wielkiej radości z powodu narodzenia się Zbawiciela.

Używa pan sformułowania medytacja. W potocznym rozumieniu kojarzymy ją z buddyzmem, a nie z chrześcijaństwem…

Faktycznie, wielu osobom medytacja kojarzy się jedynie z dalekowschodnimi praktykami. Od kilkudziesięciu lat chrześcijanie próbują uczyć się medytacji od wyznawców religii Dalekiego Wschodu. Zwłaszcza benedyktyni czy jezuici dostrzegają w jodze lub innych praktykach duchowo-fizjologicznych szansę na osiąganie pogłębionej koncentracji oraz bardziej całościowego (a więc uwzględniającego również ciało) wchodzenia w relację z Bogiem. Zdumiewające jest, że w tradycji chrześcijaństwa zachodniego prawie nieznany jest hezychazm (z gr. wyciszenie wewnętrzne), czyli praktyka, która od ponad piętnastu wieków stanowi duchowy skarb chrześcijańskiego Wschodu. Duchowość hezychastyczna jest bardzo medytacyjna i angażuje całego człowieka, a więc jego ciało, duszę i ducha/umysł. Powtarzając ustawicznie słowa modlitwy Jezusowej, które są połączone z oddechem, chrześcijanin osiąga spowolnienie przepływających przez jego umysł myśli i coraz większą koncentrację.

Czym jest modlitwa Jezusowa?

Jej początki sięgają IV wieku i są związane z pierwszymi pustelnikami chrześcijaństwa, którzy zamieszkiwali tereny dzisiejszego Egiptu i Palestyny. Praktykowali oni modlitwy polegające na ustawicznym wypowiadaniu różnorodnych formuł modlitewnych. Jedną z takich fraz jest właśnie tzw. modlitwa Jezusowa, będąca syntezą prawdy o zbawiającym Bogu i grzesznej kondycji duchowej człowieka. Sprowadza się ona do słów: „Panie Jezu Chryste, Synu Boży, zmiłuj się nade mną grzesznym”. To jest serce duchowości hezychazmu.

Zwyczajem prawosławnych mnichów taką lub jej podobną formułę należy odmawiać codziennie 33 lub 100 razy, albo stosując wielokrotności tych liczb. Jej praktykowanie angażuje zarówno umysł człowieka, jak i jego ciało, gdyż poprzez oddech ma wpływ na całą jego fizjologię.

Poprzez wypowiadanie w skupieniu tej frazy modlitewnej, która stanowi streszczenie misterium zbawienia, chrześcijan doświadcza, że jest dzieckiem Ojca. A przyzywając słowami obecność Jezusa Chrystusa i swym oddechem wyrażając pragnienie zespolenia się z tchnieniem Ducha Świętego, otwiera się zarówno na poziomie umysłu, jak i na poziomie swej fizjologii na uzdrawiające działanie Boga.

Muszę przyznać, że gdyby nie doświadczenie zakonne, sformułowania o „pragnieniu zespolenia się z tchnieniem Ducha” albo „duchowości medytacyjnej” brzmiałyby dla mnie jak zaklęcia z innego świata. Czy o tym nie można mówić prościej, łatwiej, przystępniej?

Bardzo trudno w przystępny sposób wyrazić prawdy dotyczące relacji między człowiekiem a Bogiem.

No ale przecież Bóg przyszedł na świat jako dziecko, objawił się pasterzom, a Jezus kilkakrotnie nam przypomina w Ewangelii, że jeśli nie staniemy się jak dzieci, nie wejdziemy do królestwa niebieskiego. Czy więc aż tak bardzo musimy to wszystko komplikować?

Postawa dziecka zwraca naszą uwagę na to, co kruche. Bóg, objawiając się nam w taki sposób, wprowadza nas w tajemnicę miłości, która jest darem. Nie można jej kupić ani na nią zapracować. Jest łaską. Bo choć pamiętamy słowa: „Jeśli się nie odmienicie (dosł. nie zmienicie wewnętrznie) i nie staniecie jak dzieci, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego” (Mt 18,3), to dobrze wiemy, że nam dorosłym trudno wcielić w życie takie myślenie. Łatwiej nam zasługiwać, niż przyjmować za darmo. Dlatego, aby stać się jak dziecko, niezbędna jest wewnętrzna przemiana.

Jak może nam w tym pomóc Boże Narodzenie?

To jest czas liturgicznej pamięci o tym, że Bóg stał się człowiekiem. Przedwieczne Słowo, przyjmując ludzkie ciało, umożliwiło osobie ludzkiej, stworzonej na obraz Boży, stanie się podobnym do Boga, który jest Światłością (1 J 1,5). Prawdę tę św. Atanazy Wielki wyraził w słowach: „Bóg stał się człowiekiem, aby człowiek mógł stać się Bogiem”. Zapewne odnosząc się do tej prawdy, prawosławni chrześcijanie wyśpiewują: „Narodzenie Twoje, Chryste, Boże nasz, zabłysło światu światłem mądrości: albowiem ci, którzy służyli gwiazdom, zostali przez gwiazdę pouczeni, by pokłonić się Tobie, Słońcu prawdy, i Ciebie poznali, Światłość z wysokości. Chwała Ci, Panie!”. Tajemnica, która uczy nas modlitwy płynącej z serca wypełnionego radością i Bożym pokojem. Uczy modlitwy ufnej i prostej, wielbiącej zarówno Boga w Jego wielkości, jak i w Jego uniżeniu. 


Krzysztof Leśniewski - ur. 1960, profesor Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego Jana Pawła II, kierownik Katedry Teologii Prawosławnej. Zajmuje się antropologią chrześcijańską, duchowością prawosławną, terapią hezychastyczną i teologią jedności Kościoła. Opublikował m.in. Ekumenizm w czasie. Prawosławna wizja jedności Kościoła w ujęciu Georgesa Florovsky'ego (Lublin 1995), Nie potrzebują lekarza zdrowi? Hezychastyczna metoda uzdrawiania człowieka (Lublin 2006) i Prawosławie. Światło ze Wschodu (red., Lublin 2009). (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

Polak katolik

Ciężar zaschniętej ziemi

DZIEJE GRZECHU

LĘK I FASCYNACJA

BARDZIEJ BYĆ


komentarze



Facebook