Archwium > Numer 498 (02/2015) > Rozmowa w drodze > SIADAM NA BRZEGU CZYJEJŚ SAMOTNOŚCI

SIADAM NA BRZEGU CZYJEJŚ SAMOTNOŚCI
Choroba to słabość, umieranie to przegrana. Wiele pracy wymaga próba spojrzenia na to pod innym kątem. Sztuką jest stanąć ponad tym, wypracować w sobie zgodę na to, że nic nie jest dane na zawsze.

FOT. ALBERT ZAWADA/AG


KONRAD KRUCZKOWSKI: Wciąż oduczasz się słów?

AGNIESZKA KALUGA: Trochę tak, choć oczywiście celem nie jest milczenie, ale sama droga. Próbuję powściągnąć własny słowotok, staram się zbliżyć do istoty rzeczy, która nie tkwi przecież w słowach, a w relacji; oczywiście wychodzi to z różnym skutkiem. Odchwaszczenie opowieści ze zbędnych obrazów, przymiotników i narcystycznych zawijasów jest też dobrym ćwiczeniem rozwojowym. Mniej znaczy więcej. Umiar działa korzystnie.

Największym jednak nauczycielem w tej kwestii jest dla mnie samo hospicjum. Tam słowa są zawsze drugoplanowe. Ważniejszy jest spokój, życzliwość, cierpliwość i nade wszystko obecność.

Piszesz, więc pytam o słowa, ale przede wszystkim dlatego że zastanawiam się, jak to jest: wiedzieć, że się umiera. I wiedzieć, że inni wiedzą. Nie znajduję słów.

Bo nie ma słów. Obserwuję różne reakcje, paru rzeczy się domyślam, większość zostaje poza moim zasięgiem, poza zasięgiem kogokolwiek. Człowiek poważnie chory czuje się bardzo samotny, nawet jeśli otaczają go bliscy. Zresztą nie chcę się mądrzyć, nie wiem na pewno. Tego też uczy hospicjum – otwarcia na „nie wiem”.

Nie dalej jak wczoraj pacjent opowiedział mi bolesną historię. Jest pod opieką hospicjum domowego, wpadam do niego w odwiedziny. Pan Krzysztof choruje na białaczkę i jeździ na konsultacje do onkologa. Ostatnio znów, jak mówi, ma „górkę”, co oznacza, że białaczka zaatakowała ze zdwojoną siłą. Wyniki są tak złe, że nie kwalifikuje się w tym momencie nawet na przetoczenie krwi, bo ta zostanie odrzucona. Onkolog otwiera drzwi. Pacjent pyta cicho: A może tak położyć się jeszcze na jakiś oddział? – Na oddział to nie, ale wie pan, jest jeszcze wersja z Junikowem.

Junikowo to taki duży poznański cmentarz...

Mój pacjent dźwiga do teraz ten „żarcik” doktora, który zapewne szybko wrócił do swoich zajęć i o panu Krzysztofie zapomniał. Dźwiga spojrzenia ludzi w poczekalni, odarcie z intymności, strach i pewnie wiele innych trudnych rzeczy. Powiedział mi: Patrzyłem na poczekalnię pełną ludzi i wiedziałem, że wszyscy już wiedzą. Łysa głowa, brak brwi, balkonik i ten żart doktora o cmentarzu. Patrzyli na mnie z politowaniem, zrobiło mi się strasznie wstyd.

To jest też po części odpowiedź na twoje niezadane pytanie: Jak to jest, kiedy się wie o śmiertelnej chorobie, jak to jest, gdy inni wiedzą. Pojawia się wstyd. Choroba to słabość, umieranie to przegrana. Wiele pracy wymaga próba obejrzenia tego pod innym kątem.

Jeśli choroba to słabość, umieranie to przegrana, i to nas przerasta, zawstydza, to może za mało uczymy się przegrywać? Zbyt słabo akceptujemy to, co słabe?

W idealnym świecie, a więc w świecie niemożliwym, nie musielibyśmy w ogóle uczyć się przegrywać, bo wygrywanie nie byłoby jakoś specjalnie punktowane. Jedno i drugie stanowiłoby informację zwrotną, nic więcej.

Z kolei problem z brakiem akceptacji tego, co słabe, jest stary jak świat i pewnie łączy się jakoś z teorią ewolucji – przetrwa silniejszy. Zabrzmi to może dziwnie, ale ów brak akceptacji jest czymś naturalnym i biologicznie zrozumiałym. Sztuką jest stanąć ponad tym, wypracować w sobie zgodę na to, że nic nie jest dane na zawsze.

Prawda jest też taka, że trudno mi formułować diagnozy społeczne, oglądać zjawiska z lotu ptaka – nie jestem i nie chcę być specem od całości; za dużo zmiennych. Ja jestem od człowieka, pojedynczych historii, stania blisko. W tej roli czuję się pewniej.

Mówisz o słabości i przypomina mi się pani Klara, lekarka, która zmarła w hospicjum. Pogodzona z chorobą (choć zgoda wcale nie oznacza braku łez), wdzięczna za swoje życie, jednocześnie bardzo zmęczona nowotworem. Do ostatnich dni, nie wstając już z łóżka, pomagała studentom, którzy mieli praktyki w hospicjum. Lekarz pacjent – ogromny dar dla tych, którzy się uczą. Pani Klara obracała swoją słabość w dobro. Wiem, że do tego potrzeba dużo miłości – i do siebie, i do świata.

A ty? Twoja słabość? Również tam, w hospicjum. Jest? Nie ma? Coś znaczy, nie znaczy?

Jest. Pewnie znaczy. Czasem moją słabością jest po prostu to, że jestem zdrowa, porozmawiam, pobędę, idę do domu. Jestem gościem, siadam na brzegu czyjejś samotności, choroby i wracam do siebie. Czasem to strach – boję się, że nie dam rady oddzielić człowieka od fizjologii, że odleżyna, zniekształcona twarz, trudny zapach staną się barierą, przez którą nie zdołam się przebić. Potem się okazuje, że to tylko lęk i mam w sobie więcej sił, niż podejrzewałam.

(...)

Dostęp do treści serwisu jest płatny.


Aby wyświetlić pełny tekst musisz być zalogowany
oraz posiadać wykupiony dostęp do tego numeru.


Agnieszka Kaluga - dawniej nauczycielka polskiego, dzisiaj studentka psychologii. Wolontariuszka w poznańskim hospicjum Palium. Współzałożycielka organizacji dla rodziców po stracie DLACZEGO. Blogerka, której praca została nagrodzona trzema statuetkami w konkursie Blog Roku 2011 (Najlepszy Blog Literacki, Wyróżnienie Główne, Blog Blogerów). Autorka Zorkowni (Znak 2014) i Chorowitka (Muza S.A. 2014). Żona i mama. Dobry przyjaciel. (wszystkie teksty tego autora)

Konrad Kruczkowski - ur. 1986, związany z branżą reklamową, bloger na haloziemia.pl, laureat Bloga Roku 2013, ojciec, mąż, mieszka pod Krakowem. (wszystkich teksty tego autora)

     


zobacz także

MIT GAUGUINA

MIŁOŚĆ BEZ WARUNKÓW DODATKOWYCH

DEFICYT DOJRZAŁOŚCI

PUSTY TALERZ I BARYŁKA PO MIODZIE

JEDZ, MÓDL SIĘ I KOCHAJ


komentarze



Facebook