Archwium > Numer 498 (02/2015) > Jak zniszczyć Kościół > ŻEBY BYŁ TAK PIĘKNY JAK MISS POLONIA!

ŻEBY BYŁ TAK PIĘKNY JAK MISS POLONIA!
Chrześcijaństwo jest religią opartą na Osobie, a nie na idei. Tak to Pan Jezus wymyślił, że jeden słaby człowiek drugiemu słabemu człowiekowi ma do końca świata przekazywać kerygmat.

FOT. SŁAWEK SKRZECZYŃSKI/HIGHLIGHTSPHOTO.PL


Kiedy pierwszy raz świadomie pomyślałeś: Należę do Kościoła?

Chyba w dzieciństwie. I od początku wiedziałem, że to jest moje miejsce. Czułem się tam jak ryba w wodzie – zarówno w budynku, jak i w otoczeniu księży, czy parafialnych aktywistów. Po dziecięcemu budowałem też moją relację z Panem Bogiem.

Nigdy nie myślałeś o Kościele w kategorii my – wierni i oni – duchowieństwo?

Nigdy. Wiem, że w Kościele jest taki podział i nawet sam, kilka lat temu prawie mu uległem. Patrząc na Episkopat Polski, miałem wrażenie, że należący do niego biskupi w znacznej części są chyba z innej planety niż ja, mimo że jesteśmy w tym samym Kościele. Miałem poczucie, że gdy działają osobno, robią wiele sensownych rzeczy, ale gdy zmieniają się w „Episkopat Polski”, głuchną na to, co się dzieje wokół nich. Ale czy to coś zmienia dla mojego bycia w Kościele? Nic. Bo to nadal jest mój dom.

Należysz do wyjątków. Przeciętny Polak myśli sobie: Kościół to wikary, proboszcz, biskup, papież.

To tylko świadczy o pewnej bierności świeckich katolików. Myślenie, że Kościół to inni, zwalnia z odpowiedzialności za to, co ja mam w tym Kościele zrobić.

Dla wielu osób Kościół zaczyna się z momentem wejścia w niedzielę do świątyni i kończy się 50 minut później, gdy organista gra pieśń na wyjście.

To dowód na tezę, którą próbuję ostatnio wykrzykiwać, gdzie tylko się da, że Kościołowi w Polsce pilnie potrzebna jest rechrystianizacja. Religijność obrzędowa, kulturowa to za mało. Jako katolicy mamy unikatową propozycję, coś, czego inni nie mają, a my nie potrafimy się tym pochwalić. To tak, jakby ktoś miał w domu płótno Van Gogha, a pokazywał znajomym obrazki, które kupił na jarmarcznym straganie. My mamy Jezusa! Czy umiemy Go pokazać? Rozmawiamy o sprawach ważnych, ale jesteśmy kompletnie bezradni, gdy mamy mówić o tym, co najważniejsze. Wyjdź na ulicę i zapytaj przeciętnego przechodnia (który statystycznie prawie na pewno jest katolikiem) o sprawę profesora Chazana – będzie z tobą debatował przez kwadrans. Zapytaj go o Jezusa: Odpowiedzią jest zwykle: „Eee”, „Aaa”, a później: „O co chodzi?! To moja prywatna sprawa”.

Nigdy nie wstydziłeś się Jezusa?

Nigdy. A niby dlaczego miałbym się wstydzić?

Niektórzy mają problem z otwartym przyznaniem się do swojej wiary.

Naprawdę nie rozumiem dlaczego.

Bo zaraz się dowiadują, że należą do ciemnogrodu. Nikt nie chce takiej łatki.

Może to strasznie zabrzmi, ale po dwudziestu latach pracy w mediach słyszałem już o sobie wszystko i jestem dość odporny na opinie innych. Najważniejsze dla mnie jest to, co się dzieje w mojej relacji z Jezusem i Jego Kościołem. Wiele lat temu mój kolega twierdził, że w TVN 24, dokąd byłem zapraszany od czasu do czasu jako tzw. ekspert, nie można powiedzieć słowa Jezus. Bo, jak powszechnie wiadomo, ITI – właściciel stacji, jest pod rządami Szatana. Założyliśmy się o butelkę whisky. Przy najbliższej okazji, uczestnicząc w jakiejś audycji, w ciągu dwóch minut chyba dwanaście razy powiedziałem na antenie imię Jezus i nikt nie miał z tym problemu. I nie ma do dzisiaj. Nadal jestem tam czasami zapraszany.

Proponuję, by zamiast patrzeć na tych, którzy się wstydzą, spojrzeć na tych, którzy zawstydzają. Zobaczmy, co nam to mówi o naszym rzekomo katolickim społeczeństwie. Dlaczego ludzie reagują agresją czy szyderstwem, gdy ktoś mówi, że jest wierzący? Bo mają swoje nieprzepracowane sprawy z Panem Bogiem. To są bolesne miejsca, które od wielu lat leżą odłogiem – Kościół instytucjonalny, z którym mieli styczność, w ich odczuciu nie poświęcił im dość uwagi, nie potraktował tak jak oczekiwali, z miłością. Zajmował się wypełnianiem papierków w kancelarii albo prowadzeniem nabożeństw triumfalnych lub uczeniem dzieci do komunii. Albo był zmęczony i miał wszystkiego dość. Problem nie był w doktrynie, a w komunikacji. Mam wrażenie, że w Polsce mamy nie tyle kryzys wiary, ile kryzys relacji z Kościołem, kryzys świadomości chrześcijańskiej.

Są osoby, które nie wstydzą się Jezusa i publicznie nas reprezentują – ciebie i mnie. Tyle że są agresywne, często niedouczone, niezbyt mądrze mówią. Jak się wtedy czujesz?

Źle. Bo dla wielu ludzi, zwłaszcza tych, którzy stoją z dala od Kościoła, zachowanie tych osób jest potwierdzeniem, że słusznie postąpili, rozluźniając swoje więzi z Kościołem. Tragedią jest, gdy wykrzywiona złością twarz staje się dla nich twarzą Jezusa. Dlatego ręce mi czasami opadają, gdy czytam albo słucham naszych dyżurnych obrońców katolicyzmu, którzy utożsamiają Ewangelię ze swoimi dziwnymi przyzwyczajeniami z dziedziny obyczajowości, a nawet gastronomii. Swoje wychowanie, które nie jest moim wychowaniem, obwieszczają światu jako dobrą nowinę. Ja jestem katolikiem i mam na przykład zupełnie inne podejście do kwestii tzw. praw zwierząt albo inne preferencje polityczne niż niektórzy moi bracia pokazywani w mediach. Oni są katolikami i ja też jestem katolikiem.

Ale przecież oni to wszystko robią w dobrej wierze. Co tydzień w dobrej wierze w jednym z katolickich tygodników ktoś mi sugeruje, które filmy i programy mam oglądać, a których, jako katoliczka, powinnam unikać. Czuję wtedy, że ktoś robi ze mnie wariata.

W polecaniu i recenzowaniu filmów nie ma nic złego, natomiast jeżeli ktoś ex cathedra mówi, że np. jakiś program telewizji śniadaniowej jest niedobry dla katolików, od razu mnie korci, by samemu to sprawdzić. W przestrzeganiu innych przed niebezpieczeństwem nie należy przekraczać dwóch granic. Po pierwsze trzeba pamiętać, że większość z nas była bierzmowana, jesteśmy więc wyposażeni w dar rozumu, chrześcijanin nie jest zwolniony z myślenia (choć niektórym się wydaje, że jest) i powinien sam rozeznawać, co oglądać i na kogo głosować. Nie potrzebuję więcej ojców, już mam ojca – jeden Ojciec jest w niebie, drugi w Białymstoku, basta. Po drugie: trzeba „znać proporcjum” i nie robić z chrześcijaństwa wyłącznie systemu ostrzegania przed katastrofami. Na każde jedno zdanie przestrogi przed Szatanem niech przypada pięć zdań o Jezusie, zachwyćmy ludzi Jego osobą, opowiadajmy o Nim, przekazujmy Dobrą Nowinę, prowadźmy ludzi do Jezusa i pozwólmy, by resztę zrobił Duch Święty. On nas pouczy i o grzechu, i o sądzie.

Tymczasem my wolimy straszyć się Szatanem, który jest wszędzie – w muzyce, w teatrze, w filmie, w lekarstwach…

Szatan działa w świecie, działa wielokanałowo. Nie ma co do tego żadnych wątpliwości. Natomiast, powtarzam: powinniśmy znać proporcje. Mamy głosić Dobrą Nowinę, a nie lęk przed złem. Bo jak ludzie przyjmą Dobrą Nowinę, zła sami będą unikać, nie z lęku – a z przekonania, że po prostu dobro smakuje lepiej niż zło, ze złem dealować nie warto.

No właśnie. Dlaczego ludzi bardziej pociągają rekolekcje, podczas których ktoś mówi o Szatanie, a nie pociąga ich Dobra Nowina, którą przynajmniej raz w tygodniu słyszą w kościele?

Bo to jest prostsze technicznie. Jeśli hukniemy na ludzi, to oni się przestraszą, zbiją w gromadę i łatwiej wówczas nimi zarządzać. Tyle że to jest dość prymitywna metoda, która – po pierwsze – nie jest ewangeliczna, a po drugie trywializuje złego ducha i jego działanie, które jest dużo bardziej zniuansowane, dyskretne i przebiegłe.

Czy ktoś obraził kiedyś twoje uczucia religijne i w związku z tym miałeś ochotę pikietować, skandować, protestować?

Trudno obrazić moje uczucia religijne, być może mam przytępiony jakiś zmysł. Mam dużo współczucia dla ludzi, którzy robią takie głupie rzeczy.

Dla tych, którzy pikietują?

Nie, dla pseudoartystów, którzy zanurzają krzyże w moczu. To, co robią, jest żenujące, świadczy o braku ich wrażliwości i empatii. I jest to nie tyle problem braku formacji chrześcijańskiej, ile braku formacji ludzkiej. Czy jest sens pikietować? Pewnie niewielki. Ale szanuję tych, którzy w taki sposób dają wyraz swoim odczuciom. Mają do tego święte prawo.

Inną sprawą są bojkoty konsumenckie – Empiku, bo promuje Nergala, i Lidla za to, że nie mówi Merry Christmas. Czy należałoby zbojkotować całą Wielką Brytanię, bo tam też nie ma Christmas, tylko są Season’s greetings albo Seasonal celebration? W takich warunkach funkcjonujemy i żyjemy. Dlaczego mam karać ludzi, którzy tam pracują i dla których jest to jedyne źródło utrzymania? Niech wszystkich zwolnią, żebym ja mógł dać świadectwo prawdzie, a jakaś rodzina nie będzie miała na chleb? Może dziś większym świadectwem jest zachowanie wewnętrznej integralności w coraz bardziej rozedrganym systemie, niż toczenie z nim walki, by się zmienił? Przekładając to na konkret: może więcej dobrego zrobi dla Ewangelii chrześcijanin, który każdego dnia z uśmiechem, troską i cierpliwością dba o klientów owego symbolicznego Empiku (bo ten realny już sprawę przecież załatwił i wyjaśnił), niż ten, który się zeń zwolni, a następnie oflaguje?

Odwołam się jeszcze do tego krzyża zanurzonego w moczu. Co powinniśmy twoim zdaniem zrobić? Udawać, że nic się nie stało?

Nie. Powinniśmy głośno powiedzieć, że to jest kretyństwo. Nie wiem natomiast, czy ma sens ciąganie się z tym po sądach. Nie mówię, że nie ma. 

(...)

Dostęp do treści serwisu jest płatny.


Aby wyświetlić pełny tekst musisz być zalogowany
oraz posiadać wykupiony dostęp do tego numeru.


Szymon Hołownia - ur. 1976, dziennikarz, współprowadzący program: "Mam talent!" (od 2008). Autor wielu książek, m.in. "Instrukcji obsługi solniczki", "Świętych pierwszego kontaktu". Ostatnio wydał "Boskie zwierzęta". Założyciel Fundacji Kasisi (www.fundacjakasisi.pl) wspierającej Dom Dziecka w Kasisi w Zambii i Fundacji Dobra Fabryka (www.dobrafabryka.pl) wspierającej szpitale, hospicja, szkoły, spółdzielnie, ambulatoria psychologiczne, uchodźców i bezdomnych w pięciu krajach Afryki, w Chinach, w Bangladeszu oraz w Polsce. (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

Z WŁASNEJ WOLI

Z liberała konserwatysta

Najbardziej przejmujący serial

JESTEM NA DETOKSIE

AUTOSTRADA DO NIEBA


komentarze



Facebook