Archwium > Numer 499 (03/2015) > Post jest po coś > DOSTAŁEM SZANSĘ, A NIE POWINIENEM

DOSTAŁEM SZANSĘ, A NIE POWINIENEM
Miałem kiedyś takie przekonanie, że oni w tym kościele tak okropnie śpiewają i mają takie dziwne problemy, a przecież ja jestem wielkim artystą, więc dlaczego mam być w jakiejś wspólnocie z listonoszem, czy moherową babcią.

FOT. DAREK GOLIK/FORUM


 KATARZYNA KOLSKA, ROMAN BIELECKI OP: Rozmowa o modlitwie jest czymś bardzo intymnym. Ale właśnie na taką rozmowę chcemy pana namówić...

MICHAŁ LORENC: Nie mam problemu z tym, by mówić o modlitwie, dlatego że nie doświadczam żadnych mistycznych stanów, nadzwyczajnych uniesień, nie mam też wyraźnego poczucia komunikacji z Najwyższym. Znam natomiast osobę, która doświadczyła obecności, a nawet dotyku Boga.

To jest dar. Ja tego nigdy nie przeżyłem. Mam za to poczucie, że modlitwa to jedna z niewielu rzeczy, które mają sens, i nadają sens mojemu życiu.

Trudno modlić się w pustkę.

A dlaczego w pustkę? To jest trochę pytanie o to, czy patrząc na przewód elektryczny, wierzę, że płynie w nim prąd. Ja wiem, że jestem słuchany i że jest to pewien akt bardzo intymnego i osobistego oddania. Matka Teresa z Kalkuty tylko raz w życiu, jako młoda osoba, doświadczyła fizycznie i psychicznie obecności Boga. A potem już nigdy. I przez resztę życia modliła się w pustkę i pytała, czy to, co robi, ma sens. Broń Boże się nie porównuję, tylko mam poczucie tego, że są osoby, które doświadczają owoców modlitwy po prostu fizycznie. Byłem tego świadkiem.

Modlitwa jest dla pana ciszą, słowami, milczeniem, szeptem?

Myślę, że każdy człowiek modli się inaczej. Jest Bóg Abrahama, Bóg Izaaka i Bóg Jakuba…

Ja jestem w neokatechumenacie, więc podlegam pewnym rygorom dotyczącym modlitwy. Codziennie odmawiam brewiarz: jutrznię, godzinę czytań, prawie codziennie kompletę. Modlitwa brewiarzowa jest mi szczególnie bliska. Tajemnica psalmów polega na tym, że kiedy je czytam, mam wrażenie, że je przed chwilą napisałem. One dokładnie oddają mój stan – każdy z kilku psalmów wyznaczonych na dany dzień. Słyszę w nich moje myśli, których sam nie potrafiłbym tak precyzyjnie sformułować. Jest też cicha modlitwa serca: „Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną, bo jestem grzesznikiem”. Skupiam się na tym jednym zdaniu i staram się nie myśleć o tym, co było, co będzie, co mam zrobić, dokąd mam pójść. To jest trudne, wytrzymać piętnaście minut, myśląc wyłącznie tą modlitwą.

Jaka była pana droga do neokatechumenatu?

Długa i kręta, bo nie było mnie w Kościele. Zostałem ochrzczony, przyjąłem pierwszą komunię, ale to były czynności zwyczajowe, rytualne. Moja żona bardzo się modliła o to, żebym się nawrócił i żeby zmieniło się moje życie. Śmierć naszego czteromiesięcznego dziecka sprawiła, że poszedłem do kościoła.

Jakiego Jezusa pan wtedy doświadczył?

Ja w ogóle nie miałem pojęcia o Jezusie. Wiedziałem, że jest Bóg, że jest Kościół – ale nie wiedziałem i nie rozumiałem tego, że Jezus jest ze mną zawsze, że zawsze był, nawet kiedy nie byłem w Kościele, kiedy się nie modliłem. Że zawsze byłem Jego ukochanym dzieckiem. Wspólnota, do której trafiłem, ocalała mnie od lęku, od dokuczliwej codzienności. Obecność prezbitera, braci i pewnej więzi, która się tam tworzy, dawała poczucie bezpieczeństwa, że staje się prawdą myśl – „Boże, ja cię kocham”. Dopiero niedawno to zrozumiałem.

Czy można powiedzieć, że wspólnota panu pomogła?

Co to w ogóle za pytanie? Żyję.

Bardzo ważne. I ono musi paść w takiej rozmowie. Bo kiedy mówimy o modlitwie, ludzie często pytają: Po co mi wspólnota? Po co mam iść na mszę? Wolę się sam pomodlić.

Nikomu nie chciałbym radzić, bo wiem, że każdy ma swoją drogę. Mogę mówić tylko o sobie i o swoim doświadczeniu. O tym, że byłem w fatalnym stanie ze względu na nadużywanie rzeczywistości i że dostałem szansę, a nie powinienem. Nie zasługiwałem na to, żeby żyć, i zostałem z życia w pułapce egoizmu wyprowadzony – pomału, ale bardzo czule i troskliwie. Nawet nie dzięki modlitwie, bo modlę się dopiero od kilku lat, ale dzięki łasce. Nie ma w tym żadnej mojej zasługi. Pan Jezus wyciągnął rękę akurat po mnie. Myślę, że to jest kolejny dowód na szaleństwo Pana Boga, który ratuje czasami takich osobników jak ja. Dlaczego? Nie wiem.

Do nas wszystkich wyciąga rękę, tylko nie zawsze chcemy ją chwycić. Bo jesteśmy przekonani, że Go nie potrzebujemy, że sami damy sobie radę.

Ja nie wierzyłem, że dam radę. Nie widziałem już dla siebie szansy. Wszystkiego się bałem. Ale kiedy wchodziłem do kościoła, czułem spokój. To było jedyne takie miejsce. Ten strach po jakimś czasie minął, potem była pycha, że oni w tym kościele tak okropnie śpiewają i mają takie dziwne problemy, a przecież ja jestem wielkim artystą, więc dlaczego mam być w jakiejś wspólnocie z listonoszem czy moherową babcią. Bardzo szybko mnie uporządkowano, okazało się, że nie jestem w niczym lepszy, a przeważnie w wielu rzeczach jestem gorszy niż ta wspólnota, niż ci ludzie. Wiem i widzę to. Rzeczywistość, którą dostałem od Kościoła, jest najciekawszą rzeczywistością, jaką można sobie wyobrazić. Naprawdę nie nudzę się, mimo swojego ADHD.

Od ilu lat jest pan we wspólnocie?

Od kilkunastu.

Powiedział pan przed chwilą, że najpierw była wspólnota, a modlitwy nauczył się pan dopiero dużo później.

Czy się nauczyłem? Wykonuję pewne gesty, z pozoru puste i formalne, które nadają mojemu życiu sens czytelny dla mnie, ale nie wiem czy zrozumiały dla kogokolwiek innego. Pierwszy okres mojego powrotu do Kościoła to było głębokie upokorzenie. Ale jeszcze wcześniej była modlitwa Marcina Pospieszalskiego o moje uzdrowienie. Byłem w bardzo trudnej sytuacji i poprosiłem Marcina, który był dużo młodszym, ale serdecznym kolegą muzykiem, żeby powiedział, czy ma jakiś pomysł, jak mi pomóc. I on u mnie w domu zaczął się modlić w mojej intencji, co mnie zezłościło i upokorzyło: No zaraz, dorosły facet zaczyna się nagle modlić? Nie zrozumiałem, że oto już natychmiast doświadczam owoców modlitwy wstawienniczej.

Mówi pan o pustych gestach, o tym, że nie doświadcza fizycznej obecności Jezusa. Matka Teresa przez 40 lat żyła bez doświadczenia Boga. To może przestraszyć…

Wolelibyście usłyszeć o tych spektakularnych wizjach, transcendencjach i lewitacjach?

(...)

Dostęp do treści serwisu jest płatny.


Aby wyświetlić pełny tekst musisz być zalogowany
oraz posiadać wykupiony dostęp do tego numeru.


Michał Lorenc - ur. 1955, kompozytor muzyki filmowej, skomponował muzykę do blisko 200 filmów, m.in. "300 mil do nieba", "Kroll", "Psy", "Prowokator", "Bandyta", "Żółty szalik", "Przedwiośnie", "Wino truskawkowe", "Różyczka", przygotował oprawę muzyczną "Panoramy" w TVP 2 i TVP Info, wielokrotnie nagradzany na festiwalach filmowych. Mieszka w Warszawie. (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

ŚNIĄ MI SIĘ DŹWIĘKI

Monastycyzm średniowieczny, Żyć kontemplacją w sercu świata, "Pastores"

Płomień nowego życia

Dlaczego nam to zrobiłeś?

Można, ale po co?


komentarze



Facebook