PASJA
Stwierdzenie: "Żydzi zabili Jezusa" zbyt często było w historii pretekstem do różnych nadużyć i musi być wypowiadane jedynie z pełną świadomością historycznych uwarunkowań tego, co się stało.

FOT. MIKE ABRAHAMS/CORBIS


DOMINIK JARCZEWSKI OP: Na początku Wielkiego Tygodnia, w Niedzielę Palmową, czytamy Ewangelię o uroczystym wjeździe Jezusa do Jerozolimy. Skąd taki pomysł?

BARBARA STRZAŁKOWSKA: Niedziela Palmowa wprowadza nas w czas Wielkiego Tygodnia. Obecna liturgia tego dnia stanowi połączenie dwóch tradycji – rzymskiej i jerozolimskiej. W tej drugiej wspominano uroczysty wjazd Jezusa do Świętego Miasta, a charakterystycznym elementem obchodów była procesja z palmami. W Rzymie zaś czytano tego dnia opis męki Chrystusowej, wprowadzającej w to, co przeżywano następnie każdego dnia Wielkiego Tygodnia, zwłaszcza w czasie Triduum Paschalnego.

Warto zauważyć, że opis uroczystego wjazdu Jezusa do Jerozolimy, choć sporo poprzedza w ewangeliach sam opis męki, śmierci i zmartwychwstania, wymownie się z nim łączy, co oddaje także liturgia Niedzieli Palmowej i co sprawia, że niektórzy już w tym opisie wjazdu do Miasta widzą początek opisu męki Jezusa, najważniejszej, jeśli można tak powiedzieć, części Ewangelii.

Ludzie wiwatują na cześć Jezusa, ale nie minie tydzień, a zaczną skandować: Ukrzyżuj! Skąd taka nagła zmiana?

To niełatwa kwestia. Możemy się domyślać, że chodzi tu o dwie różne grupy ludzi. Skąd taka intuicja? Otóż Jan pisze o tej pierwszej grupie, wołającej „Hosanna!”: „wielki tłum, który przybył na święto” (J 12,12). Dorośli, zdrowi Izraelici mieli obowiązek pielgrzymowania do Jerozolimy na święta nazywane szalosz regalim, to znaczy: trzy razy na nogach. Były to Pascha, Święto Tygodni i Święto Namiotów. Wjazd Jezusa do Jerozolimy dokonuje się w kontekście zbliżającego się święta Paschy. Wielu Żydów przybywało wówczas do Miasta całymi rodzinami, jak chociażby rodzina Jezusa. Przybywali z Galilei i innych części Bliskiego Wschodu. Wydaje się zatem, że ten „tłum”, który wołał „Hosanna”, to nie musieli być mieszkańcy Jerozolimy, w odróżnieniu od innego „tłumu”, tego z Wielkiego Piątku, który był na dziedzińcu Piłata i według wszelkiego prawdopodobieństwa związany był z kręgami świątynnymi. Dodatkową wskazówką dla takiej interpretacji mogą być słowa: „Dawał więc świadectwo ten tłum, który był z Nim wówczas, kiedy Łazarza z grobu wywołał i wskrzesił z martwych. Dlatego też tłum wyszedł Mu na spotkanie, ponieważ usłyszał, że ten znak uczynił” (J 12,17–18). To mogli być ludzie, którzy podążali za Jezusem od Galilei i, w odróżnieniu od mieszkańców Jerozolimy, byli świadkami niejednego cudu Jezusa, znali Jego nauczanie. Kiedy się dowiedzieli, że przychodzi, wybiegli Mu na spotkanie, widząc w Nim oczekiwanego króla. Czy przyłączali się do nich także Judejczycy? Trudno powiedzieć. Może i do niektórych Judejczyków dotarły wieści o Jezusie, zwłaszcza po wskrzeszeniu Łazarza. Ale z pewnością nie byli oni w większości.

Galilea pogan przyjmuje Jezusa, a Judea – najświętsze pokolenie – odrzuca Go. Czy to też było zapowiedziane przez proroków?

Rzeczywiście ciekawe, że nawet wśród apostołów tylko jeden jest Judejczykiem – Judasz. Inni pochodzą z Galilei, ze środowisk, z których nie spodziewano się Mesjasza czy jakichś pogłębionych refleksji religijnych. Gdy mówiono o Galilei, używano określenia „Galilea pogan”. Nie oczekiwano stamtąd niczego dobrego. Typowa była reakcja Natanaela, który na wiadomość, że uczniowie znaleźli Pana – Jezusa z Nazaretu, pyta retorycznie: „Czyż może być co dobrego z Nazaretu?” (J 1,46). Nikt w tamtym czasie nie wiązał żadnych żydowskich nadziei religijnych z Galileą.

Pogarda była powodem odrzucenia Jezusa przez mieszkańców Jerozolimy?

Mogło tak być. Decydujące okazało się jednak to, że nauczyciel, który pociągał za sobą tłumy, stanowił pewne zagrożenie dla oficjalnego nurtu religijnego. Jego nauka była niezwykła, do tego działał z mocą. Już na początku, po kazaniu na górze, słuchacze zauważyli, że mówi inaczej niż uczeni w piśmie, „jak ten, który ma władzę” (Mt 7,28–29). Warto zauważyć, że w Ewangelii Janowej, już po pierwszym uzdrowieniu chromego przy sadzawce Betesda w Jerozolimie, Judejczycy postanawiają, że należy Go zabić, „bo nie tylko nie zachowywał szabatu, ale nadto Boga nazywał swoim Ojcem, czyniąc się równym Bogu” (J 5,18).

Dlaczego od razu zabić? Nie było innego wyjścia?

Nie zrozumiemy istoty tego konfliktu, jeśli pozostaniemy jedynie na poziomie polityki i swoistej walki o władzę nad ludem. To, co głosił Jezus, nazywając Boga Ojcem, mogło, w najgłębszym tego słowa znaczeniu, stanowić zagrożenie dla podstawy judaizmu, jaką był monoteizm. Do dziś zresztą Trójca Święta jest kamieniem obrazy dla wyznawców judaizmu i islamu, którzy widzą w niej czasem przejaw jakiejś formy politeizmu. Nic więc dziwnego, że Jezus został oskarżony o bluźnierstwo, a zgodnie z prawem za takie coś groziło ukamienowanie. Myślę, że reakcja władz była tym silniejsza, że nauka, którą głosił Jezus, była w jakimś sensie niezwykle atrakcyjna dla Żydów. On nie mówił nic, co byłoby niezgodne z treścią judaizmu, ale mówił to w inny sposób. Nic więc dziwnego, że do dziś wielu ortodoksyjnych Żydów obowiązuje zakaz czytania, a nawet kupowania Nowego Testamentu.

W czasie procesu pojawia się też wątek zapowiedzi zburzenia świątyni.

Mateusz bardzo wyraźnie pisze, że był to tylko pretekst, którego szukała Wysoka Rada. Co więcej, nie była w stanie znaleźć nawet dwóch zgodnych świadków. Ostatecznie arcykapłan będzie musiał zapytać Jezusa wprost, czy jest mesjaszem. Gdy Ten odpowie, przywołując proroka Daniela: „Odtąd ujrzycie Syna Człowieczego, siedzącego po prawicy Wszechmocnego, i nadchodzącego na obłokach niebieskich” (Mt 26,64), nie będą już potrzebni świadkowie. Ktoś, kto się nazywa Synem Człowieczym, wpisując się w wizję Daniela, z perspektywy Sanhedrynu jest bluźniercą.

To ciekawe, że Jezus nie zostaje skazany na podstawie fałszywego świadectwa, ale – prawdziwego, które sam o sobie wydaje.

Jezus od początku do końca panuje nad sytuacją. Ewangeliści, a zwłaszcza św. Jan, podkreślają, że to, co się stało, nie było przypadkowe. Jezus wybiera śmierć.

Ale chyba nie bez wahania. W ogrodzie Getsemani prosi Ojca, żeby – jeśli to możliwe – zabrał od niego kielich goryczy.

To kluczowa scena dla zrozumienia Jego męki. Pokazuje nam bowiem, że Jezus rzeczywiście był prawdziwym Bogiem i prawdziwym człowiekiem. Po ludzku z pewnością mógł się bać. Fizyczny aspekt agonii dość szczegółowo opisuje św. Łukasz, który był lekarzem. Wspomina np. o krwawym pocie. Po raz kolejny musimy się też odwołać do topografii Jerozolimy. Jak już mówiłam, Góra Oliwna znajduje się poza Jerozolimą, ale niezwykle blisko świątyni. Wystarczyło przejść przez potok Cedron, by się znaleźć na zboczach zajętych przez gaje oliwne i cmentarze. Dalej ciągnęła się pustynia. Jeśli ktoś przeszedł kilkadziesiąt kroków w kierunku pustyni, już go nie było widać. Taką też drogą uciekał niegdyś król Dawid przed synem Absalomem. Modlitwa w Ogrójcu i kuszenie odbywają się w miejscu, które potęguje dramatyzm sytuacji. Potrzeba bardzo niewiele, by zrezygnować, uciec śladami jego przodka. W takich okolicznościach padają słowa: „Nie moja wola, lecz Twoja”. To jest kluczowy moment decyzji Jezusa.

Tej nocy dokonuje się jeszcze jeden dramatyczny wybór. Parę godzin wcześniej Judasz wybiega z wieczernika w ciemność, by wydać Jezusa.

Pewnie nigdy do końca nie zrozumiemy, co nim kierowało. Ciekawe, że ewangelie stopniują jego winę. Marek i Łukasz w opowieści o Ostatniej Wieczerzy w ogóle nie podają imienia zdrajcy. Jedynie na podstawie kontekstu możemy połączyć go z Judaszem. U Mateusza uczniowie się dopytują, o którego z nich chodzi, jakby nie dowierzali, że pomiędzy nimi może być zdrajca. Najostrzejszy jest św. Jan. Powie nawet, że Jezus sam wskazuje zdrajcę i ponagla go: „Co chcesz czynić, czyń prędzej!” (J 13,27b). Na podstawie tych słów czasami usprawiedliwiano Judasza, argumentując, że gdyby nie on, nie dokonałoby się to wszystko, od czego zależało nasze zbawienie.

Z drugiej strony Jezus mówi, że „byłoby lepiej dla tego człowieka, gdyby się nie narodził” (Mt 26,24).

Judasz to postać tragiczna. Jako jedyny z uczniów nie był Galilejczykiem. Nie wiadomo, w jaki sposób do nich dołączył. Ciekawie byłoby poznać historię jego powołania, której ewangelie nie podają. Jan opisuje go jako człowieka skąpego i oskarża o sprzeniewierzenia finansowe. Wydaje się, że Judasz bardzo się zmagał z tym, co wiedział o Mesjaszu, i tym, co myślał o Jezusie. Na przykład u Mateusza to jedyny uczeń, który nigdy się nie zwraca do Jezusa „Panie”, ale zawsze „Rabbi”. Jak gdyby cały czas zastanawiał się, kim jest Jezus.

Chodzi za Nim, ale nie bez wątpliwości. Tak sobie czasem myślę, że to porażka apostołów jako wspólnoty. Przecież Jezus posyłał ich po dwóch. Nikt nie zauważył wcześniej, że ten człowiek zmaga się z trudnymi pytaniami, nikt mu nie pomógł?

Rzeczywiście wygląda na to, że apostołowie zawiedli. Przełom w życiu Judasza, przynajmniej według relacji św. Marka, dokonuje się podczas uczty w Betanii, u Szymona Trędowatego. Kiedy Jezus siedzi przy stole, przychodzi kobieta z alabastrowym flakonikiem prawdziwego olejku nardowego i namaszcza Jezusa. Gdy zgromadzeni zaczynają szemrać, Jezus staje w jej obronie, mówiąc: „Zostawcie ją; czemu sprawiacie jej przykrość? Dobry uczynek spełniła względem Mnie. Bo ubogich zawsze macie u siebie i kiedy zechcecie, możecie im dobrze czynić; lecz Mnie nie zawsze macie. Ona uczyniła, co mogła; już naprzód namaściła moje ciało na pogrzeb” (Mk 14,6–8). Po tych słowach Judasz idzie do arcykapłanów. Wydaje się, że miał swoją wizję Mesjasza. Oczekiwał, że wyzwoli Izrael spod okupacji rzymskiej. Zapowiedź śmierci (ta i wcześniejsze) oznaczała przekreślenie tych nadziei. I tego Judasz nie mógł zaakceptować. Czy rzeczywiście Jezus nie był tym, kogo szukał?

(...)

Dostęp do treści serwisu jest płatny.


Aby wyświetlić pełny tekst musisz być zalogowany
oraz posiadać wykupiony dostęp do tego numeru.


Barbara Strzałkowska - dr teologii biblijnej, wykładowczyni Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego, specjalizuje się w księgach mądrościowych Starego Testamentu i studiach nad Septuagintą. (wszystkie teksty tego autora)

Dominik Jarczewski OP - ur. 1986, dominikanin, doktor filozofii uniwersytetu Paris 1 Panthéon-Sorbonne, wykładowca Kolegium Filozoficzno-Teologicznego Dominikanów, mieszka w Krakowie. (wszystkich teksty tego autora)

     


zobacz także

KAMIEŃ OBRAZY

TO, CO NAS WIĄŻE

PRZEKLEŃSTWA WOLNOŚCI

ZIEMIA NICZYJA

OPOWIEDZ MI O KUCHNI


komentarze



Facebook