Archwium > Numer 499 (03/2015) > Minimalizm > MNIEJ ZNACZY BARDZIEJ

MNIEJ ZNACZY BARDZIEJ
Podobnie jak religijna asceza nie jest potrzebna każdej osobie wierzącej i nie każdy potrafi ją praktykować, tak minimalizm - w tym najbardziej ascetycznym wydaniu - nie każdemu będzie służył.

FOT. SECCI: ANDREAS/ARCAID/CORBIS


WOJCIECH DUDZIK OP: Jak się zaczęła pani przygoda z minimalizmem?

ANNA MULARCZYK-MEYER: Tak się złożyło, że w którymś momencie mojego życia znalazłam pracę w wymarzonym zawodzie. Praca była przyzwoicie płatna, więc szybko się przyzwyczaiłam do pieniędzy, które regularnie wpływały na moje konto. I zaczęłam je wydawać prędzej, niż zarabiałam. Wiele pewnie było powodów, które sprawiły, że miałam tendencję do gromadzenia i chomikowania. Kompensowałam w ten sposób różne nierozwiązane sprawy osobiste, duchowe i psychiczne. Poza tym myślałam, że skoro wszyscy tak robią, to chyba jest to naturalne. Jednakże upodobanie do prostoty musiałam mieć zawsze. Bardziej odnajdywałam się w gotyckich niż w barokowych wnętrzach.

Od razu zapytam o Skandynawię. Odnajduje się pani w tej estetyce?

Tak, bo ona oparta jest na prostocie. Korzysta też z motywów ludowych, a ja zawsze się zachwycałam sztuką ludową. Także polską. Mimo takich upodobań, zagubiłam się w konsumowaniu. Miałam wrażenie, że wszystkie powody do bycia szczęśliwą są spełnione, tyle że sama ze sobą czułam się coraz gorzej. Coś mnie uwierało, ale nie wiedziałam co, cały czas miałam nadzieję, że kiedyś znajdę rozwiązanie tego problemu, którego nie umiałam nawet nazwać. Wydawało mi się, że jest nim bałaganiarstwo, lenistwo, że niczego już nie ogarniam, że mam za mało silnej woli i za mało stanowczości, żeby zaprowadzić w swoim życiu jakąś dyscyplinę. Zaczęłam więc szukać rozwiązania. Czytałam na przykład skandynawski anglojęzyczny blog o urządzaniu domu. Autorka opowiadała o tym, jak sobie wszystko porządkuje i układa. Odsyłała do artykułu, który z kolei prowadził do bloga pewnego Amerykanina, Lea Babauty. Tak oto trafiłam na kogoś, kto właśnie przechodził od chaosu i nieuporządkowania do stopniowego upraszczania. Miał sporo ciekawych wniosków: zamiast porządkować, układać i wymyślać systemy klasyfikacji przedmiotów, pytał: A może po prostu mam ich za dużo? I zamiast gromadzić, może warto zacząć się ich pozbywać, zacząć upraszczać, zamiast komplikować. W pierwszym momencie, mimo zafascynowania tak prostym postawieniem sprawy, wydawało mi się to bardzo abstrakcyjne. Ale od tamtego spotkania minęło już trochę czasu i teraz są to dla mnie bardzo konkretne treści.

No właśnie, kiedy zaraziła się pani minimalizmem?

W 2009 roku. Niedługo po tych pierwszych zmianach zaczęłam pisać swój blog i ani się spostrzegłam, jak stuknęło mu pięć lat.

Blog wziął się z potrzeby podzielenia się czymś ważnym?

Tak. Bo ten pierwszy impuls, gdy człowiek zabiera się za porządkowanie fizycznej przestrzeni, daje duże poczucie wolności, odrzucenia ciężaru.

Trochę jak rewolucja.

Ale jednak prowadzona bardzo stopniowo. To nie było przejście od totalnego chaosu do całkowitej ascezy. Ten proces cały czas się toczy.

Jak te zmiany przyjął pani mąż? To jest ktoś, z kim dzieli pani swoją przestrzeń. Zgodził się od razu?

Miał z tym problem, choć w dużo mniejszym stopniu niż ja, bo jednak dla niego zawsze ważniejsza była jakość niż ilość. To nas różniło. Ja nie potrafiłam cenić jakości. Nieważne co, byle dużo. Gdy zamieszkaliśmy razem, wspominał na przykład, że na regale jest za dużo książek.

To były pani książki?

Tak, i one faktycznie zajmowały sporą część naszej przestrzeni. Nigdy zbyt gwałtownie nie protestował, ale myślę, że ten chaos musiał mu trochę doskwierać. Pierwsze zmiany przywitał z radością i zdziwieniem. Zastanawiał się pewnie, czy mi to nie minie. Jednak z czasem zaczął porządkować także swoją osobistą przestrzeń. Pozbył się jakichś niepotrzebnych starych czasopism, zawęził swoje kolekcje.

Czyli teraz trzymacie jeden front.

Tak, trzymamy jeden front, chociaż ja, mimo wszystko, jestem bardziej radykalna. Na przykład mam mniej ubrań.

To ciekawe, bo zazwyczaj kobiety mają ich więcej.

Mąż dopingował mnie, widząc, że moje upraszczanie idzie w dobrym kierunku, to znaczy przynosi radość. Zresztą dzielimy gusta estetyczne, upodobanie do prostoty, do jak najmniejszej ilości dekoracji, chociaż w tej kwestii wciąż mam jeszcze co nieco do zrobienia.

W swojej książce Minimalizm po polsku podpowiada pani, żeby po prostu spróbować. Nie ma tu żadnego ideologicznego przymusu. To bardzo pociągająca wizja.

Bo to nie ma być żadna ideologia ani jedyna słuszna droga. I to nie znaczy, że jeśli ktoś tego nie zaakceptuje albo mu się ta wizja nie spodoba, to jest z nim źle. To jest tak jak z radykalną dietą i efektem jo-jo. Jeżeli upraszczanie nie płynie z pełnego przekonania, nie przyniesie dobrych rezultatów. Musi być coś głębiej.

(...)

Dostęp do treści serwisu jest płatny.


Aby wyświetlić pełny tekst musisz być zalogowany
oraz posiadać wykupiony dostęp do tego numeru.


Anna Mularczyk-Meyer - ukończyła filologię hiszpańską na Uniwersytecie Jagiellońskim, zawodowo zajmuje się tłumaczeniami, pisze bloga o minimalizmie i prostocie. W 2014 roku wydała książkę "Minimalizm po polsku, czyli jak uczynić życie prostszym". Mieszka w Krakowie. (wszystkie teksty tego autora)

Wojciech Dudzik OP - ur. 1981, dominikanin. Mieszka w Warszawie. (wszystkich teksty tego autora)

     


zobacz także

LALKA

FAŁSZYWKA

Książki najważniejsze

PRÓBA TŁUMU

CAŁKIEM POWAŻNE ŚWIĘTA


komentarze



Facebook