Archwium > Numer 501 (05/2015) > Zderzenie cywilizacji > MULTIKULTURALIZM TO PUSTE HASŁO

MULTIKULTURALIZM TO PUSTE HASŁO
Najgorsza rzecz to autocenzura, uległość i strach. W końcu czym jest terroryzm? Jak sama nazwa wskazuje, to próba zastraszenia.

FOT. GAIL ORENSTEIN/CORBIS


Dlaczego atak terrorystyczny na redakcję „Charlie Hebdo” 7 stycznia tego roku tak wstrząsnął całym zachodnim światem?

Atak 7 stycznia jest kontynuacją całego ciągu zamachów w Europie, m.in. w Anglii w lipcu 2005 roku, a potem w Belgii, Holandii, Hiszpanii. Nie była to jednak bomba podłożona przez anonimowych zamachowców, tak jak w metrze w Paryżu lub w autobusie w Londynie, nie było to nawet strzelanie do przypadkowych ludzi (w mniemaniu zamachowców przypuszczalnie Żydów) jak w Belgii w muzeum żydowskim. Mordercy wdarli się do redakcji „Charlie Hebdo”, wiedząc dokładnie, kogo chcą namierzyć, i osobiście urządzili krwawą jatkę. Osoby, które zginęły – na przykład Georges Wolinski – były bardzo znane i przez wielu Francuzów kochane. „Charlie Hebdo” to w pewnym sensie francuska instytucja ceniona nawet przez tych, którzy nigdy tego pisma nie czytali i uważali je za głupie i wulgarne. To był szok. Dlatego też reakcja społeczeństwa tym razem była tak silna.

Szok? Ale chyba nie zaskoczenie. W końcu do redakcji docierały ostrzeżenia, a w 2011 roku próbowano podpalić jej siedzibę.

Co nie przeszkodziło dziennikarzom z wielką odwagą nadal publikować karykatury Mahometa. Oni – oprócz tego, że byli wojującymi ateistami i nienawidzili wszelkich religii – naprawdę wierzyli w konieczność zdecydowanej obrony wolnego słowa. Dostali wprawdzie policyjną ochronę, ta jednak, jak wiemy, nie okazała się wystarczająca. Prezydent Hollande, widząc reakcję społeczeństwa, zwołał manifestację. Moim zdaniem, było to cyniczne i zgorszyło mnie, bo w końcu rząd i prezydent nie są od tego, by zwoływać manifestacje, ale żeby działać – chronić obywateli.

Rzeczywiście, jest tu pewien paradoks, bo bogata historia francuskich manifestacji pokazuje, że były one z zasady antyrządowe.

Tak. Z drugiej strony było w tym też coś budującego, że nagle zebrały się miliony ludzi, którzy skandowali: Vive la République! i śpiewały Marsyliankę.

Co w tym niezwykłego?

Nie pamiętam, kiedy ostatni raz miało miejsce coś podobnego. Wskutek działania ideologii multikulturalistów, która jest niesłychanie silna w rządzie, mediach, szkołach i na uniwersytetach, w oficjalnym dyskursie od dawna odstąpiono od wartości republikańskich. Społeczeństwo dzieli się na tak zwane wspólnoty, które są w rzeczywistości skonfliktowanymi grupami interesów. Nie ma już czegoś takiego jak republika. Tymczasem ludzie zaczęli spontanicznie śpiewać Marsyliankę. A w parlamencie można ją było usłyszeć bodaj pierwszy raz od 1918 roku!

Dlaczego teraz? Bo ludzie zrozumieli, że sprawy zaszły za daleko. Premier Manuel Valls jako pierwsza osoba publiczna ośmielił się powiedzieć: Tak, to jest wojna – oczywiście nie z islamem, ale z jego radykalną odmianą, islamistami. Powiedział też, po raz pierwszy, że nie do przyjęcia jest, żeby na ulicach Paryża skandowano: „Śmierć Żydom”.

Złośliwi mówią, że urzędującemu prezydentowi François Hollande’owi, notującemu od kilku miesięcy rekordowo niskie poparcie, nie mogło się przytrafić nic lepszego niż zamach, wokół którego można było zbudować narrację jedności narodowej w obliczu zagrożenia.

Rzeczywiście, rzucał się w oczy sposób, w jaki to zostało politycznie wykorzystane. Co rusz któryś z polityków, łącznie z Donaldem Tuskiem i Nicolasem Sarkozym, przepychał się, żeby dobrze wypaść na zdjęciach w pierwszym rzędzie. Trzeba jednak przyznać, że w pewnej mierze Hollande potrafił się znaleźć, bo następnego dnia, o czym już nie było tak głośno w mediach, poszedł z głównym rabinem i z premierem Izraela Benjaminem Netanjahu do głównej synagogi Paryża. Ale czy coś z tym wszystkim zrobi? To już inne pytanie.

No właśnie: Czy cokolwiek w praktyce się zmieniło w ciągu minionych dwóch miesięcy?

Na razie nic. Natomiast już kilka dni po tym niezwykłym zrywie narodowym w dyskursie publicznym powróciły stare hasła o szacunku dla muzułmańskich uczuć religijnych. Przecież bardzo wielu dziennikarzy, którzy od razu, pierwszego dnia poszli manifestować na Place de la République w obronie wolności słowa, jeszcze nie tak dawno potępiało „Charlie Hebdo” za rasizm, prowokację, ksenofobię i islamofobię. Teraz do tego wrócili. Nie wiem zatem, czy coś się zmieni w społeczeństwie. Zobaczymy, jakie kroki podejmie rząd. Hollande nadal uparcie powtarza, jak politycznie poprawna papuga, że te zamachy nie mają nic wspólnego z islamem.

(...)

Dostęp do treści serwisu jest płatny.


Aby wyświetlić pełny tekst musisz być zalogowany
oraz posiadać wykupiony dostęp do tego numeru.


Agnieszka Kołakowska - filozof, filolog klasyczny, publicystka. (wszystkie teksty tego autora)

Dominik Jarczewski OP - ur. 1986, dominikanin, doktor filozofii uniwersytetu Paris 1 Panthéon-Sorbonne, wykładowca Kolegium Filozoficzno-Teologicznego Dominikanów, mieszka w Krakowie. (wszystkich teksty tego autora)

     


zobacz także

W EUROPEJSKIM DOMU

KILKA MIESIĘCY TEMU

DLACZEGO WIEPRZ? (III)

DLACZEGO WIEPRZ?

EKSTREMALNA TOLERANCJA


komentarze



Facebook