Archwium > Numer 502 (06/2015) > Rozmowa w drodze > ŻYJĘ Z TEGO, ŻE NIC NIE MÓWIĘ

ŻYJĘ Z TEGO, ŻE NIC NIE MÓWIĘ
Po czterdziestce każdy ma taką twarz, na jaką zasłużył. Niby żart, ale przecież nosimy w swoim ciele pewne własne doświadczenia.

FOT. VIPHOTO/EAST NEWS


KATARZYNA KOLSKA, ROMAN BIELECKI OP: Miło usłyszeć pana głos.

IRENEUSZ KROSNY: Dziękuję.

Dlaczego pan przemówił?

Bo mi się nazbierało. Po 23 latach milczenia doszedłem do wniosku, że czas najwyższy zrobić małe podsumowanie.

Nie ma pan poczucia, że się pan bardzo odsłonił, że coś stracił?

Nie. Zgłaszało się do mnie coraz więcej instytucji i firm z prośbą o warsztaty z zakresu mowy ciała. W pewnym momencie doszedłem do wniosku, że może warto wyjść z tym do szerszej publiczności w jakiejś formie humorystycznej. Merytorycznie, ale wesoło. Słowa okazały się niezbędne.

A dlaczego 23 lata temu schował się pan za ciałem?

Nie schowałem się. Dałem się uwieść pantomimie. To była miłość od pierwszego wejrzenia.

Kiedy był ten pierwszy raz?

Miałem 12 lat, oglądałem w telewizji film kryminalny. Pamiętam taką scenę: inspektor prowadzący śledztwo wchodzi na widownię teatru, w którym trwa spektakl pantomimy. W chwili, gdy on przepycha się między widzami, kamera pokazuje mima na scenie. I wtedy zamarłem z wrażenia. Pomyślałem, że chciałbym tak umieć. Tylko że to był amerykański film, a ja miałem 12 lat, nie mieszkałem w Warszawie i byłem pewien, że tego w Polsce nie uczą.

Dwa lata później mój starszy brat szedł ze swoją klasą do teatru na pantomimę. Gdy się o tym dowiedziałem, zapaliła mi się w głowie czerwona lampka i nie bacząc na konsekwencje, nielegalnie – bo byłem jeszcze w podstawówce – dołączyłem do kolumny wchodzących do teatru licealistów. Z treści spektaklu nic nie zrozumiałem, ale szalenie mi się to podobało. Zobaczyłem świat nieistniejących rzeczywistości, który mnie totalnie urzekł. Po spektaklu usłyszałem z głośników: Osoby zainteresowane pracą w zespole proszone są o pozostanie na widowni. Okazało się, że to był amatorski teatr, studencko-licealny. Oczywiście zostałem na widowni. Byłem najmłodszym członkiem tego zespołu.

Gdzie był ten teatr?

W Tychach. Tam, gdzie się urodziłem i gdzie mieszkam do dziś. Podczas tego spektaklu postanowiłem, że będę mimem, i tak się stało.

A rodzice nie mówili panu: Irek, co ty, dziecko, wymyśliłeś, naucz się konkretnego zawodu, idź na stolarza albo na studia, lekarzem zostań albo prawnikiem?

Oczywiście, że mówili, więc żeby ich zbytnio nie denerwować ukończyłem technikum ze specjalnością automatyk elektronik. Poza tym zostanie mimem wcale nie było takie proste. W Polsce po prostu nie ma szkół ani uczelni pantomimy, w których można się kształcić. Na początku uczyłem się w teatrze amatorskim, młodzieżowym. Uczestniczyłem też w różnych warsztatach z mimami Wrocławskiego Teatru Pantomimy Henryka Tomaszewskiego. Jednak oglądając ich spektakle, widziałem, że to nie było to, czego wewnętrznie pragnąłem. Spektakle Tomaszewskiego były piękne, ale pełne kostiumów, rekwizytów i scenografii. A ja marzyłem o pustej scenie, o tworzeniu wszystkiego ruchem. Stąd zrodziło się pragnienie pójścia włas- ną drogą. I dziś, z perspektywy lat, myślę, że była to słuszna decyzja. Udało się bowiem stworzyć coś innego, oryginalnego.

Sam pan wymyśla te historie?

Czasem życie coś podpowie, ale częściej muszę po prostu siedzieć i myśleć. Z każdą kolejną premierą jest coraz trudniej: to już było, to też i to też... Ale na szczęście ciągle powstają kolejne programy, a to znaczy, że pomysły udaje się znaleźć.

Czy jest coś, czego nie da się pokazać?

Oczywiście. Każdy język ma swoje ograniczenia. Gdybyśmy chcieli w pantomimie pokazać nadmanganian potasu, to mogłoby się nie udać. Muzyka na przykład pięknie przekazuje emocje, ale nie jest dobra w konkretach, w przekazie treści. Z kolei podczas wykładu można przekazać treści, ale trudniej oddać emocje. W pantomimie, zwłaszcza solowej, pewną trudnością jest to, że na scenie znajduję się sam i widz wie o świecie wokół mnie tylko tyle, ile ja mu pokażę. Z drugiej jednak strony jest to też zaleta, ponieważ zawsze mogę widza zaskoczyć jakąś informacją. Pokazuję na przykład, że kibicuję piłkarzom. Słyszymy wrzawę stadionu, krzyczę, śpiewam, po czym patrzę na zegarek, pilotem wyłączam telewizor, na którego ekranie oglądałem mecz, i wychodzę.

Mim musi być dobrze widoczny na scenie...

Oczywiście jest to sztuka wizualna, więc pewnym ograniczeniem jest wielkość sali. Jeżeli gram dla dużej widowni, niezbędne mogą się okazać telebimy. Dla tysiąca osób można grać normalnie. Dla dwóch tysięcy trzeba już dobrać odpowiedni repertuar, potem potrzebne są telebimy. Największa publiczność, dla której grałem, liczyła osiem tysięcy osób, było to w Niemczech na SAP Arena w Monachium. To ogromna hala sportowa, więc zamontowano sześć dużych ekranów. Mimo wszystko nie jest łatwo zapanować nad takim tłumem, sprawić, by ludzie się bawili, wciągnęli, ale z drugiej strony daje to dużą satysfakcję.

Czy kusiło pana kiedyś, by pokazać sferę religijną? Ksiądz jest bardzo wdzięcznym tematem...

To prawda. Ale jest tyle niedobrego wyśmiewania się z Kościoła, że nie chcę się dołączać do tego chóru. Choć czasem, nie ukrywam, przydałoby się. Boję się jednak, że ktoś mógłby potraktować to jako atak na Kościół.

I co by pan obśmiał?

No... na przykład grzmiącego z ambony księdza, który krzycząc i grożąc, tłumaczy wiernym, że Bóg jest miłością i że powinni chodzić do kościoła, w którym przecież właśnie są...

Z takim programem mógłby pan zrobić tournée po seminariach.

Nie jestem pewien, czy miałbym wzięcie...

(...)

Dostęp do treści serwisu jest płatny.


Aby wyświetlić pełny tekst musisz być zalogowany
oraz posiadać wykupiony dostęp do tego numeru.


Ireneusz Krosny - ur. 1968, aktor, mim, absolwent Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, od 1992 roku prowadzi Teatr Jednego Mima, swoje programy prezentował m.in. w Europie, Stanach Zjednoczonych, Kanadzie, Chinach, Korei Południowej, zdobywca wielu nagród krajowych i zagranicznych. Mieszka w Tychach. Jest żonaty, ma trójkę dzieci. (wszystkie teksty tego autora)

Katarzyna Kolska - dziennikarka, zastępca redaktora naczelnego miesięcznika "W drodze", absolwentka filologii polskiej i teologii, przez 13 lat pracowała w poznańskim oddziale "Gazety Wyborczej", autorka kilku książek, m.in. "Modlitwa poranna i wieczorna" (Olimp Media 2008) i "Moje dziecko gdzieś na mnie czeka. Opowieści o adopcjach" (Znak 2011, Wydawnictwo W drodze 2016). Jest mężatką, ma dwóch synów, mieszka w Poznaniu. (wszystkich teksty tego autora)

Roman Bielecki OP - ur. 1977, dominikanin, absolwent prawa KUL oraz teologii PAT, redaktor naczelny miesięcznika "W drodze", mieszka w Poznaniu. (wszystkich teksty tego autora)

     


zobacz także

Na skrzydłach aniołów

Jeszcze mniej niż nic

MIĘDZY NAMI

A ŻŁÓBEK BĘDZIE?

ZBIEG OKOLICZNOŚCI?


komentarze



Facebook