PRZYCISK ALARMOWY
Młodzi ludzie żyją dziś w świecie mediów społecznościowych i zamiast obraźliwych słów używają na przykład emotikonów albo memów. To też jest przemoc, ale na pewno bardziej zawoalowana i bardziej kreatywna.

FOT. CHRIS LAWTON/UNSPLASH.COM


ANNA SOSNOWSKA: Czy młody ambasador polszczyzny czasem przeklina?

BARTEK CHACIŃSKI: Oczywiście, że tak. Nie wiem, czy zostałbym ambasadorem polszczyzny, gdybym nie znał tych rejonów naszego języka. Nie przeklinam natomiast nigdy w sytuacjach publicznych.

Jaką rolę odgrywają w naszym życiu wulgaryzmy?

Pełnią wiele funkcji i są uzasadnione od strony psychologicznej. Czasem pozwalają szybko i skutecznie rozładować emocje. Działają też odstraszająco – chcemy, żeby świat dał nam spokój, więc za pomocą słów próbujemy wywołać takie wrażenie, jakie robi nastroszony kot czy zwierzę szczerzące kły. Przekleństwa bywają także wyrazem bezradności, sygnalizują, że dzieje się z nami coś niedobrego. Są jak przycisk alarmowy znajdujący się za szybką, którą w pewnych okolicznościach można stłuc.

A jeśli tę szybkę tłuczemy raz za razem?

To przekleństwo traci wtedy swoją funkcję, a zaczyna określać nasz sposób mówienia w ogóle – opisuje nas pod kątem środowiska, z którego się wywodzimy, temperamentu, a w wielu wypadkach i pod kątem preferowanego przez nas dowcipu.

Mówi pan, że przekleństwo rozładowuje emocje, ale przecież w niektórych sytuacjach może je jeszcze bardziej nakręcać.

Tu dochodzimy do rozróżnienia między powiedzeniem „motyla noga!”, kiedy się uderzymy w palec, a wyzwiskami kierowanymi pod adresem innych. Kiedy wulgaryzm przestaje służyć do czegoś, a zaczyna służyć przeciwko komuś, to przechodzimy już na ciemną stronę mocy.

Mam wrażenie, że ta ciemna strona mocy dość swobodnie się dziś panoszy w przestrzeni publicznej.

Chodzi pani o mowę nienawiści?

Tak, choć użył pan bardzo upolitycznionego określenia.

To prawda, ale ono się wiąże też w tej chwili mocno z internetem. Moi koledzy po fachu, którzy jeszcze niedawno rzadko zaglądali na fora internetowe, teraz robią to z przerażeniem, ponieważ „hejt się leje”. Jak widać, to zjawisko doczekało się nawet oddzielnego wyrażenia.

Ale dlaczego tak się dzieje?

Ponieważ zostaliśmy znieczuleni przez język debaty publicznej – a raczej powinienem powiedzieć: komentarzy politycznych walczących ze sobą obozów, bo to nie jest przecież żadna debata – która w zasadzie opiera się głównie na hejcie. I nie mówię nawet o przekleństwach, bo internet nauczył nas je obchodzić.

Użycie niecenzuralnego słowa grozi zablokowaniem komentarza i świat się nie dowie, co myślimy na dany temat.

Internauci doskonale zdają sobie sprawę z tego, że najostrzejsze polskie wulgaryzmy na „k”, „p” i „j” z dużym prawdopodobieństwem będą automatycznie moderowane, więc nauczyli się to ograniczenie obchodzić. Czasem robią to w zabawny sposób, używając na przykład słów „rukwa ćma”. Ale generalnie ten hejt językowy przybrał dziś bardziej zakamuflowaną formę – on się kryje raczej w intencjach i sposobie opisywania niż w samych przekleństwach.

W ten sposób obelgą mogą się stać słowa zupełnie niewinne. Zwracał pan na to uwagę kilka miesięcy temu na łamach „Polityki”.

Napisałem ten tekst, ponieważ byłem już trochę zmęczony obciążaniem niewulgarnych słów ponurym i negatywnym znaczeniem.

Weźmy na przykład takie lemingi.

Do języka polityki wprowadził je Stefan Niesiołowski. Oczywiście znamy legendę o lemingach idących bezmyślnie jeden za drugim prosto w przepaść, kompletnie nieprawdziwą z punktu widzenia biologii. Ale ten obraz działa na wyobraźnię, więc zaczęto go używać przed jedną z kampanii wyborczych. Na tamtym etapie słowo „leming” miało jeszcze precyzyjną definicję – opisywało bezkrytycznych wyznawców lidera partii.

Dziś lemingami są ci, którym się w życiu udało.

Tak, ci, którzy odnieśli sukces, mieszkają w Warszawie albo innym dużym mieście, mają mieszkanie – oczywiście na kredyt, i to we frankach. Robert Mazurek opublikował w „Uważam Rze” tekst „Alfabet leminga”, będący, moim zdaniem, w dużej części żartem – znam Roberta, wiem, że jest prowokatorem. Niestety, artykuł został odebrany serio i tylko utrwalił taki właśnie obraz leminga.

Leming pije „czianti” albo „ekspreso”, je „gnoczczi”, ma białą „toyotę auris”, a z Miasteczka Wilanów jeździ do rodziców do Parczewa po jajka i kury.

(...)

Dostęp do treści serwisu jest płatny.


Aby wyświetlić pełny tekst musisz być zalogowany
oraz posiadać wykupiony dostęp do tego numeru.


Bartek Chaciński - ur. 1974, dziennikarz, publicysta związany z tygodnikiem "Polityka" oraz radiową Dwójką. Autor m.in. "Wypasionego słownika najmłodszej polszczyzny", "Wyczesanego słownika najmłodszej polszczyzny" oraz "Totalnego słownika najmłodszej polszczyzny". Prowadzi blog "Polifonia". Mieszka w Warszawie. (wszystkie teksty tego autora)

Anna Sosnowska - ur. 1979, absolwentka studiów dziennikarsko-teologicznych na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, współautorka książki "Zioło-lecznictwo, czyli wywary na przywary", wcześniej związana z kanałem religia.tv, gdzie prowadziła programy "Kulturoskop" oraz "Motywacja jest kobietą". Redaktor naczelna portalu Aleteia. (wszystkich teksty tego autora)

     


zobacz także

Western z Włodowa

FUKSIARZ

Kino akcji wewnętrznej

KOBIETY, NIE ANIOŁY

COŚ WSTYDLIWEGO


komentarze



Facebook