NIE JESTEM GODZIEN
Gdyby mi pozwolono, wówczas podszedłbym do stołu Pana na najwcześniejszej z porannych mszy, w najmniejszym z okolicznych kościołów. Wszak rozumiem wrażliwość tych, których moje życiowe decyzje zgorszyły, a może i skrzywdziły.

Nigdy nie byłem godzien, abyś przyszedł do mnie. Nigdy nie będę, a nade wszystko nie jestem. Dałeś mi godność, ale pomimo to nie byłem nigdy godny, abyś do mnie przyszedł. Także, a może zwłaszcza wtedy, gdy… przychodziłeś.

Zawsze lubiłem tego setnika, za którym od wieków powtarzamy: „Panie, nie jestem godzien”. Nauczył mnie tych słów stary ksiądz prefekt na katechezie w drugiej klasie podstawówki, uczyła matka. Chyba je rozumiałem i chyba rozumiem.

Wielu rzuca mi dziś z mocą w twarz to, co sam dobrze wiem. Że nie jestem godzien przystępowania do komunii świętej, gdyż jestem rozwodnikiem i żyję w nowym związku. Nie pytałem ich, co o mnie myślą. Nikogo nie pytałem. Nie na moje pytanie odpowiadają, mówiąc, że nie jestem godny. Odpowiadają papieżowi, który, wśród wielu pytań zadanych wiernym, a zwłaszcza biskupom, poprosił również, by mu powiedzieli, co myślą o mnie… Czy tacy jak ja są godni przystępować do stołu Pana?

Jesienią 2014 roku spora grupa ludzi, w większości starszych ode mnie, a ja już młody nie jestem, zebrała się w Rzymie, by rozmawiać o tym, czy jestem godzien. Odebrałem to spotkanie jako coś niezasłużonego, coś, o co nie ośmieliłbym się nigdy prosić, a co – przez fakt, że się stało – jest dla mnie szczególnym znakiem przynależności do Kościoła. Skoro są tacy, którzy – mimo że zgrzeszyłem – spotkali się, by rozmawiać o mojej sytuacji, okazali troskę o mnie, dostrzegli mój problem, choć im o tym nie mówiłem, choć o nic ich nie prosiłem… Że też im się chciało…

Niedawno w moim parafialnym kościele w modlitwie powszechnej padło wezwanie, by ogarnąć nią również takich jak ja. Mój biskup, który skrytykował ostro idee płynące z rzymskiego synodu, rozesłał list na mój temat i też potraktował mnie jak duszpasterz.

Rozstałem się z moją żoną. Nie zamierzam o tym opowiadać. Nic nikomu do tego, jak nam było ze sobą, co każde z nas zrobiło, że naszego małżeństwa nie ma, co uczyniliśmy, by je ratować, a co zaniedbaliśmy. To nasza porażka i nasza tajemnica, ale przecież nie przed Nim. Wiem, rzecz jasna, że złamałem ważną regułę, zgrzeszyłem.

(...)

Dostęp do treści serwisu jest płatny.


Aby wyświetlić pełny tekst musisz być zalogowany
oraz posiadać wykupiony dostęp do tego numeru.

     


zobacz także

Sens niedocieczony

PRZYJĄĆ UBÓSTWO

Żółw i kogut

Trzy krzyże

Świątynia ciała


komentarze



Facebook