Archwium > Numer 511 (03/2016) > Rozmowa w drodze > NIE CHCĘ IŚĆ NA SKRÓTY

NIE CHCĘ IŚĆ NA SKRÓTY
Dokonuję nadludzkiego wysiłku, żeby zapomnieć o wszystkich łatkach i przymiotnikach, które towarzyszą opisowi mojego rozmówcy - niezależnie od tego, czy jest to terrorysta, prostytutka, prezydent czy ksiądz.

FOT. KRZYSZTOF DUBIEL/TVN


Anna Sosnowska: Wierzy pani w obiektywne dziennikarstwo?

Ewa Ewart: Nie wierzę, bo nie ma czegoś takiego. Trzeba to pojęcie włożyć między bajki. Załóżmy, że zabieram się za realizację filmu dokumentalnego, który opiera się na udziale pięciu bohaterów. Przecież to ja ich wybieram spośród, dajmy na to, kilkunastu osób. I w tym momencie kończy się obiektywne dziennikarstwo, bo chociaż przy moich wyborach staram się trzymać obiektywnych kryteriów, to na poziomie podświadomości zawsze zadziała jakiś subiektywny czynnik.

Na przykład ktoś wyda się pani bardziej sympatyczny.

I żebyśmy się nie wiem jak starali, nie mamy nad tym kontroli, bo jesteśmy tylko ludźmi. Co oczywiście nie znaczy, że materiał od razu jest skazany na przekłamanie. Ale właśnie z powodu naszych ludzkich ograniczeń tak istotne wydaje mi się to, żeby mieć swój prywatny kodeks etyczny. Po pierwsze jako człowiek, a po drugie jako dziennikarz, ponieważ uważam, że to, jakim jesteś człowiekiem i jakimi zasadami kierujesz się w życiu, automatycznie przekłada się również na to, jakim jesteś profesjonalistą. Wbrew pozorom nie jest to wcale takie popularne podejście.

Jakiego w takim razie dziennikarstwa uczyła się pani przez dwadzieścia lat w BBC?

To była znakomita i twarda szkoła jak najbardziej niezaangażowanego podejścia do tematu.

Czyli uczciwego?

Tak, i przeważnie miarą tej uczciwości jesteśmy my sami. Kiedy realizuję dokument w jakimś dalekim zakątku świata i jadę w teren, na wstępnym etapie produkcji często pracuję bez świadków, więc mogę pójść na skróty i nigdy to nie wyjdzie na światło dzienne. To oznaczałoby jednak nie tylko złamanie własnych zasad, ale też oszukiwanie widza.

Kiedy kręciła pani dokument o Czeczenii, na przedmieściach Groznego trafiliście z ekipą na zbiorowy grób.

Odkryliśmy go dzięki czaszce, która nagle znalazła się pod naszymi nogami. Może sobie pani wyobrazić, jak straszny to był widok.

Jeden z pani towarzyszy nalegał, żeby tę czaszkę inaczej ułożyć, bo psuje kadr.

Rzeczywiście, gdybyśmy ją przesunęli trochę bliżej albo nieco podnieśli, ujęcie byłoby idealne.

Jednak nie zgodziła się pani na to.

Wywiązała się gorąca dyskusja. Byliśmy tam w piątkę, ale to ja pełniłam funkcję kierownika, czyli kogoś, komu na planie wszyscy muszą się podporządkować, więc powiedziałam: Nie, my tu nie robimy docudrama [dokumentu fabularyzowanego – przyp. red.], tylko robimy dokument, i my tej czaszki nie przesuniemy.

Chodziło tak naprawdę o drobiazg, a pani powiedziała: Nie.

Gdybym tę czaszkę przesunęła, to po powrocie do domu musiałabym odwrócić lustro, bo nie mogłabym na siebie spojrzeć. To jednak wcale nie znaczy, że jestem święta, bo czasami zachowanie właściwego dystansu i oparcie się takiej pokusie wymaga ogromnej pracy. Ale naprawdę nie warto się sprzedać dla kawałka telewizji.

Co jeszcze wpisuje się w uczciwe dziennikarstwo?

Przede wszystkim wiarygodność. Dokument jest dobry, kiedy jest prawdziwy. To zasadnicze kryterium. Tylko wtedy widz może dogłębnie zrozumieć temat i utożsamić się z bohaterami. Dlatego trzymam się zasady, żeby w narracji, która stanowi uzupełnienie wypowiedzi bohaterów, ograniczać się wyłącznie do sprawdzonych faktów, i na ile to możliwe, nie używam przymiotników, które z reguły nadają takiej narracji ton emocjonalny, a na tym od razu traci niezaangażowane podejście do tematu.

Pani traktuje swój zawód misyjnie?

Na pewno podchodzę do niego z ogromną pokorą i rzeczywiście wyznaczyłam sobie rolę po części służebną. Dlatego nie występuję w moich dokumentach. Jestem niewidzialnym łącznikiem między widzem a filmem. Kiedy rozpoczynałam pracę, miałam poczucie, że podejmuję się pewnej misji. Chciałam poprzez realizowane projekty pomagać i sprawiać, że ludzie zrozumieją zawiłości współczesnego świata. Dziś widzę, jak niesłychanie naiwne były te ambicje.

Donkiszoteria?

Tak, ale szybko zostałam sprowadzona na ziemię. Dlatego potem dla własnego zdrowia psychicznego umówiłam się ze sobą, że jestem szczęściarą, ponieważ w ogóle mogę takie filmy robić. I jeśli one pomogą dwóm czy trzem osobom, to wystarczy. Przestałam liczyć na więcej, kiedy moje doświadczenia pokazały mi, jak mało skuteczna jest moja walka z establishmentem, z zasady odpornym na krytykę i niezdolnym do podjęcia działań – nawet w obliczu najbardziej rażących dowodów na niegodziwość, niesprawiedliwość, a często zwykłe zbrodnie.

Ale i tak oddaje pani w swoich dokumentach głos politykom.

Bo uważam, że rozmawiać trzeba z każdym.

Ta zasada obejmuje również oprawców?

Jak najbardziej. I nigdy od niej nie odstąpię. Traktuję ją jako mój święty obowiązek wobec widza oraz dowód na uczciwe wywiązywanie się ze swojej pracy.

Ustawiając kamerę choćby przed przywódcami ETA, nie legitymizuje pani w jakiś sposób ich działań?

 W redakcji BBC mieliśmy taki zwyczaj, że raz w tygodniu, już po wyemitowaniu dokumentu, dyskutowaliśmy o nim całym zespołem, dokonując pewnego post mortem. To były świetne, profesjonalne spotkania. Po emisji filmu ETA – wyjście z cienia dyskusja przebiegała w niesłychanie ożywiony sposób, a redakcja podzieliła się po połowie – część stanęła za mną murem, bo moje podejście do tematu było dla niej zrozumiałe i słuszne, a część użyła dokładnie tego argumentu, który pani wytoczyła.

Udało się pani rozwiać wątpliwości kolegów?

(...)

Dostęp do treści serwisu jest płatny.


Aby wyświetlić pełny tekst musisz być zalogowany
oraz posiadać wykupiony dostęp do tego numeru.


Ewa Ewart - absolwentka iberystyki na UW, dziennikarka, dokumentalistka; przez dwadzieścia lat związana z redakcją dokumentu społeczno-politycznego telewizji BBC, współpracuje z TVN 24 i TVN 24 Bis; laureatka wielu prestiżowych nagród, m.in. trzykrotnie brytyjskiej Royal Television Society. W zeszłym roku ukazała się jej książka biograficzna "Widziałam". Mieszka w Warszawie. (wszystkie teksty tego autora)

Anna Sosnowska - ur. 1979, absolwentka studiów dziennikarsko-teologicznych na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, współautorka książki "Zioło-lecznictwo, czyli wywary na przywary", wcześniej związana z kanałem religia.tv, gdzie prowadziła programy "Kulturoskop" oraz "Motywacja jest kobietą". Redaktor naczelna portalu Aleteia. (wszystkich teksty tego autora)

     


zobacz także

SZUKAM BRATA

ROZGRZESZYĆ SPOWIEDNIKA

COŚ WSTYDLIWEGO

KIEDYŚ CIĘ ZNAJDĘ

Ateista uczy nas papiestwa


komentarze



Facebook