KONIEC NOCY
Patrzyli w ogień, zastanawiając się, kto pierwszy zabierze teraz głos. I co warto dodać, skoro w gruncie rzeczy wszystko jest jasne. Czy raczej: ciemne, jak nigdy dotąd.

FOT. ROWAN HEUVEL/UNSPLASH.COM


Na początku widziałem tylko morze traw. Kołysały się nad brzegiem płytkiej rzeki. Jej nurt przyspieszał trochę w tym miejscu, zanim za łagodnym zakrętem wchłonie ją Jezioro. Trawy były dorodne jak zboże. Tworzyły rozfalowaną powierzchnię, a strzępiaste listki rośliny, o której jeszcze moja matka powiadała, że sprzyja proroczym snom (za co ją ganiłem), zdawały się grzywami spienionych fal.

Sunąłem nad nimi jakby bezcielesny. Nie kontrolowałem swojego lotu. Może niósł mnie wiatr? Zbliżałem się do czegoś, co w pierwszej chwili wziąłem za kępę krzaków. Dopiero bliżej zorientowałem się, że zarośla kryją ubogą chatę, w której tamci wyznaczyli sobie spotkanie. Spod okapu wypełzała ostrożnie ciemna mgiełka. To Skała uznał, że o zmierzchu może przegnać chłód, rozpalając w środku niewielki ogień. Zresztą najbliższe domy były oddalone o dobrych kilka mil; Bet-Jera z niejasnych (dla mnie) powodów wyludniła się w ciągu minionego roku. Kogo więc miałby zwabić delikatny zapach dymu? Przecież wszystko zrobiło się tymczasem bez znaczenia.

Skała nie mógł pogodzić się z myślą, że jego brat odszedł. W ten sposób zostało ich tylko siedmiu. Tego wieczoru okaże się zresztą, czy na pewno aż tylu. Z Mężykiem rozstali się w gniewie. Żebyż jeszcze wrócił po prostu do Synagogi, pokajał się przed uczonymi w Piśmie, złożył ofiarę i odbył przepisany post – trudno, wtedy dałoby się z tym jakoś żyć. Ale Mężyk dołączył do grupy ciemnych indywiduów, jednej z wielu, które mieniły się spadkobiercami Nauczyciela. Twierdzili oni, że słowa o powstaniu z martwych należy rozumieć symbolicznie: Pamięć o wielkim człowieku nie daje się zabić, powtarzał jak papuga. Jego oczy, gdy to mówił, mieniły się od rozpaczy i świadomego siebie głupstwa. Bo to było głupstwo i obaj doskonale zdawali sobie z tego sprawę. Nieśmiertelność, bełkotał Mężyk po kilkunastu miesiącach wyczekiwania na cud, to nieśmiertelne wspomnienie o naszych czynach. Tylko w ten sposób ludzie dobrzy przekraczają śmierć i o to wypada się starać. Skała zrazu spokojnie, a potem z narastającym rozdrażnieniem tłumaczył mu, że w ten sposób zmartwychwstanie staje się czymś powszednim, bo przecież pamiętamy o Abrahamie, niech jego imię będzie pochwalone, i o Dawidzie, o Judycie, o Salomonie, o Symeonie i Annie, nie mówiąc o tym, że, strach powiedzieć, nawet Heroda przecież nie zapomnieliśmy. Nie zesłano nam łaski wymazywania z historii tych, którzy skalali się zbrodnią. Nie o to musiało chodzić naszemu Panu, mruczał Skała, dokładając do ognia, jakby Mężyk wciąż jeszcze stał obok. Ale gdzie tam; tydzień temu wzruszył ramionami i wyszedł, otrzepując pył z sandałów. To dlatego Skała zdecydował się rozesłać na wszystkie strony świata siedem otoczaków zebranych na brzegu Jeziora – umówiony znak, że muszą się spotkać nad Rzeką na naradę, co wypada czynić.

W szum wiatru wdarł się jakiś miarowy szelest. Po chwili w ciemnym prostokącie drzwi pojawiła się szczupła sylwetka. Pokój z tobą, powiedział Jo. Objęli się i wymienili pocałunek; Skała z zakłopotaniem uświadomił sobie, że obecność młodego czyni go jeszcze bardziej napiętym niż dotąd. Przecież nie brali udziału w żadnym wyścigu, w każdym razie nie dziś. Skała przez wszystkie spędzone razem lata próbował ogarnąć jakoś to towarzystwo, zapewniać noclegi i wyżywienie (do Żyda nad Żydami, jak ironicznie nazywali czasem Iskariotę, od początku nie miał zaufania i starał się kontrolować jego wydatki), a kiedy wybuchały spory, prowadził dyskusje, żeby Nauczycielowi można było w końcu zadać jedno jasne pytanie, a nie dwanaście naraz, w harmidrze i z wymachiwaniem rękami. Jeden Jo nie brał w tym nigdy udziału; wielu uważało, że to z nieśmiałości, tylko Skała wiedział dobrze, jak się rzeczy mają: Jo miał bezpośredni dostęp do ucha Pana, nie musiał uzgadniać z innymi, w czym leży istota sporu, bo w każdej chwili mógł zapytać Nauczyciela, cokolwiek tam mu przyszło do głowy. Skała tłumaczył sobie, że tak jest dobrze, ćwiczył niezmordowanie cnotę pokory, ale teraz, gdy młody usiadł przy ognisku i jak gdyby nigdy nic grzał nad płomieniem dłonie, wróciły wszystkie nagromadzone urazy. Licho wie, czy Jo rozumiał coś, co umknęło im wszystkim. Zwłaszcza, że mieszkał z Mariam i miał z kim zastanawiać się dowolnie długo, dlaczego Obietnica pozostawała niespełniona.

W ciemności, która zapadła na zewnątrz, rozległ się melodyjny gwizd. Ktoś kroczył wąską ścieżką w ich stronę i poświstywał przez zęby paschalną pieśń Słudzy, chwalcie Pana od wschodu aż do zachodu… Tę samą, którą śpiewali, idąc po uroczystym posiłku w kierunku Ogrodu Oliwnego, po raz ostatni razem. Dzisiejszej nocy dźwięk musiało zanieść aż do ruin Bet-Jera; doprawdy, tylko jeden człowiek mógł być tak lekkomyślny: Bliźniak.

Wszedł, z rozmachem rzucił pod ścianę worek podróżny i uśmiechnął się do nich szeroko. Chaire! – zawołał po grecku, choć starali się przecież unikać tego słowa, odkąd Nauczyciela pozdrowił w ten sposób zdrajca na czele siepaczy. Ach, prawda, Bliźniaka nie było wtedy z nimi. Jego uderzające podobieństwo do Pana zmroziło Skałę, a i Jo wydawał się poruszony. Po roku jego rysy jeszcze bardziej przypominały zmarłego. A może nie, może po prostu nie widzieli się dawno i znów, jakby po raz pierwszy zobaczyli kogoś, kto, gdyby tylko starczyło mu odwagi, mógłby zastąpić skazańca. Jo odwrócił się z powrotem do ognia i, nie patrząc, wyciągnął za siebie rękę, w którą Bliźniak chlasnął z doprawdy nieuzasadnionym entuzjazmem. Skała udał, że szuka czegoś w kącie, żeby ochłonąć. Zdawał sobie sprawę, że pretensja do Bliźniaka nie ma sensu, chyba żeby objąć nią wszystkich. Tak, być może udałoby się uratować Nauczyciela, gdyby zrzucili się na przekupienie rzymskich strażników i jeszcze przed świtem zorganizowali podstawienie zamiast więźnia kogoś innego. Pod warunkiem że ich kolega dałby się poświęcić… Ale nie było przecież czasu. Pośpiech sprzyja panice. Gdy zaczęli znowu myśleć, wszystko się już dokonało. Nie, nie mieliśmy żadnych szans, pomyślał Skała i ruszył w stronę gościa, żeby go jednak uściskać. Nauczyciel nie pozwoliłby się wyprowadzić bezwolnie jak owca. Nie bez powodu mówił podczas ich ostatniego posiłku: „Nie utraciłem nikogo z tych, których Mi powierzyłeś”. Może zresztą to było później. Raptem jeden rok minął, a wspomnienia zaczynają się mieszać, pomyślał skruszony Skała. Tak właśnie, Mężyku, można liczyć na ludzką pamięć, zgrzytnął zębami i podał Bliźniakowi rękę. Od biedy można było sądzić, że się do niego uśmiechnął.

– Nie przypuszczam – powiedział Bliźniak pogodnie – żeby warto było czekać na resztę. Czas odsłania nasze prawdziwe oblicza. Jest jak wiatr, który zrywa uschnięte liście, a zielone pozostawia na miejscu. Oto nasza zielona trójka! – znów się wyszczerzył, ale jego oczy pozostawały smutne.

To dziwne, myślał Jo, przysuwając się trochę do ognia. W gruncie rzeczy wszyscy uważali Bliźniaka za szaławiłę i gdy rok temu Nauczyciel szepnął, że jeden z nich Go zdradzi, Jo w pierwszej chwili był pewien, że to Bliźniak. W Iskariocie był jakiś mrok, ale i powaga; a ten tutaj mógł chlapnąć coś bezmyślnie, wygadać się przed nieznajomym, gdzie nocują, i nawet nie zauważyć, co narobił. Takie zakończenie ich trzyletniej przygody miałoby w sobie coś paradoksalnie krzepiącego: zdrada dałaby się wybaczyć, bo płynęłaby nie z demonicznego zła, ale zaledwie z lekkomyślności. I potem mogliby się dalej spotykać całą dwunastką, Bliźniak zalewałby się łzami i przepraszał, Skała zaleciłby mu jakąś formę oczyszczenia i ostatecznie by mu wybaczyli, tak jak uczył ich tego Pan. Tymczasem dziś nie było ich nawet jedenastu, a ten pozostał wśród najwierniejszych, jak gdyby nigdy nic. Choć i jemu ciążyło, że nadzieja osłabła, już prawie jej nie było. Jego szeroki uśmiech wyglądał jak grymas, utrzymywany z wysiłkiem; także on doskonale zdawał sobie sprawę, że być może widzą się po raz ostatni.

– Mężyk dołączył do grupy Zebedeusza z Besary – odezwał się grobowym głosem Skała. – Dlatego was tutaj wezwałem.

– Wiem – odparł niespodziewanie Bliźniak. – Spotkałem go po drodze. Wydało mi się, że odzyskał spokój, tylko martwi się o ciebie. Twierdzi, że dziwaczejesz.

– Odzyskał spokój?! Ale jakim kosztem?! – wybuchnął gospodarz. – Zdradził prawdziwą naukę, zszedł z drogi przepowiadania! (W ognisku przełamała się najgrubsza gałąź, iskry poszybowały w górę).

– Co rozumiesz przez „prawdziwą naukę”? – zapytał Jo, trochę zbyt szybko. Nie chciał być złośliwy, ale usłyszał, jak mówi jeszcze: – Masz na myśli to, co sam głosisz. Nie możesz być pewien, że najtrafniej rozumiesz zachodzące wypadki. Czy raczej fakt, że właśnie nie zachodzą żadne.

Zapadła cisza, jakby po tych słowach nie pozostawało już nic więcej do powiedzenia. Skała westchnął; znali ten dźwięk, w lepszych czasach uspokajał się w ten sposób, gdy któryś zdenerwował go, a w uszach mieli akurat kolejne napomnienie Nauczyciela, żeby się nie kłócić. – W bukłakach pod ścianą jest wino – odezwał się zadziwiająco spokojnym głosem. – Jeśli któryś z was ma coś do jedzenia, posilmy się. W zdenerwowaniu nie pomyślałem, że możecie być głodni.

Bliźniak znowu ich zaskoczył, bo to on przyniósł w worku bochenek chleba i kilka suszonych ryb. Podziękowali mu spojrzeniem i w milczeniu podzielili się jego darami. Potem patrzyli w ogień, zastanawiając się, kto pierwszy zabierze teraz głos. I co warto dodać, skoro w gruncie rzeczy wszystko jest jasne. Czy raczej: ciemne, jak nigdy dotąd.

– Właśnie chciałem was o to zapytać – zabrzmiał w końcu głos gospodarza, jakby od kwestii Jo upłynęła chwila, a nie cała wieczność. – Czy rozumiecie, co się stało? Dlaczego nic się nie dzieje?

Jo zerwał się na równe nogi. Przez chwilę sądzili, że zamierza wyjść; ale nie, zaczął tylko krążyć wokół paleniska, jak lew gotujący się do ataku. Do walki.

– Obaj wiecie, że rozmawiam dużo z Mariam – zaczął. – No więc sądzimy, że nie ma powodu do niepokoju. Przecież czytamy w Piśmie, że Ten, Który Jest stworzył świat w siedem dni. Tymczasem dopiero czwartego dnia uczynił On światła na sklepieniu nieba, żeby oddzielały dzień od nocy. Czyli pierwsze trzy dni… Zwróćcie uwagę, właśnie trzy dni! One nie były dniami w naszym, ludzkim znaczeniu. Zresztą to ty mi kiedyś powiedziałeś – skierował palec na Skałę, jakby go oskarżał – że jeden dzień u Pana jest jak tysiąc lat, a tysiąc lat u Pana jest jak jeden dzień. Miałeś rację, pewnie nawet nie zdawałeś sobie sprawy, jak bardzo. Te trzy dni, w czasie których Nauczyciel zapowiadał odbudowanie świątyni Swojego Ciała, nie naszą miarą należy mierzyć. Więc nic się złego nie dzieje. I choćbyśmy pomarli – zapalał się coraz bardziej – i pomarli nasi bliscy, choćby znany nam ląd zalały morza, a z mórz wyłoniły się wyspy, na których nowi ludzie wzniosą nieznane nam miasta, w końcu kiedyś ziemia się zatrzęsie i z grobu pod murami Jeruzalem podniesie się Mesjasz.

– Ładne – powiedział z entuzjazmem Bliźniak właśnie w momencie, gdy należało zachować milczenie. Bliźniak nigdy nie czuł, kiedy trzymać gębę na kłódkę, a kiedy gadać. Tylko przy Nauczycielu się trochę miarkował.

– Więc się z nim zgadzasz? – zapytał Skała.

– Nie. To, co ładne, nie musi być prawdziwe – odparł beztrosko. – Ale piękno domaga się zachwytu, jest jak wino, które domaga się kubka, nawet jeśli smakując, uznamy je za zwietrzałe. Ja myślę zupełnie inaczej.

– Mianowicie?

(Świat się kończy, pomyślał Jo, Skała pyta Bliźniaka o zdanie).

– Moim zdaniem nie ma na co czekać. Gdyż to, że Nauczyciel nie powrócił do życia, niczego tak naprawdę nie zmienia. Jego słowa były zawsze niezgodne ze zdrowym rozsądkiem, tym ponurym komiwojażerem tego świata. Za wszelką cenę próbowaliśmy wywieść z nich receptę na udane życie, pogodzić z chęcią zysku, w którym upatrywaliśmy szczęście. Tymczasem należy być konsekwentnym. Pan wielokrotnie wspominał, że należy wybierać między Nim a światem. Więc ja wybrałem. To jest życie na opak. Śmieję się, gdy jest mi smutno. Biorę ze sobą żywność, gdy powinienem oczekiwać, że zostanę ugoszczony. Chcę umrzeć i żyję. Gdy pewnego dnia obudzę się z pragnieniem życia, będę wiedział, że zbliża się kres. Kocham wrogów i z rezerwą odnoszę się do tych, którzy mi sprzyjają. To musi prowadzić do śmierci, to znaczy do zwycięstwa. Nauczyciel żyje, ponieważ nie żyje. Nie ma Go z nami, to znaczy, że nas nie opuszcza…

– Bredzisz – sarknął Skała. – A ty, młody… W gruncie rzeczy wracasz do Synagogi. Przecież i wcześniej czekaliśmy na Mesjasza, czekanie tak czy inaczej jest czekaniem i możemy w takim razie spokojnie przeprosić się z uczonymi w Piśmie. Skoro Zmartwychwstanie nie nastąpiło, okazaliśmy się jedynie zagubionymi dziećmi Izraela. Lub nawet tyle nie, bo jednak staliśmy się inni. Więc musimy porzucić święte księgi i zacząć ściśle posługiwać się rozsądkiem, inaczej popadniemy w szaleństwo, którego początki tak barwnie opisałeś nam, Bliźniaku.

Zamilkł na chwilę. Widać było, że zbiera się, by wyznać coś ważnego.

– Niedawno poznałem pewnego człowieka. Nie chodził z nami i o Nauczycielu nie ma, zdaje się, dobrego zdania. Mówią na niego Szaweł. Jest bardzo wykształcony. Sądzę, że nie zorientował się, z kim rozmawia. Miał gorszy słuch niż ta kobieta na dziedzińcu Świątyni – dodał niechętnie, widząc zdziwione spojrzenie Jo. Galilejczycy ciągle przecież kojarzyli się w Judei z rozproszoną garstką nazarejczyków, a Skała mówił z wyjątkowo silnym, lokalnym akcentem. Nawet w gronie uczniów czasem żartowali sobie z jego prowincjonalnej wymowy. – Szaweł opowiadał mi o pewnym mężu, który żył za morzem. Nazywał się Sokrates. Też go zamordowali. Rozum, wynika to z jego historii, jest jedyną naszą siłą, a głupcy będą nas za niego prześladować. Musimy stanąć z nimi twarzą w twarz w imię zdroworozsądkowej prawdy, w imię rozumnie rozpoznanego i nazwanego dobra, a nie w imię uroczych mrzonek, które wciąż jeszcze na was dwóch oddziałują. Mój brat zbłądził nie dlatego, że uwierzył w symboliczne znaczenie naszej historii, tylko dlatego, że w ogóle próbuje jeszcze coś z nią zrobić. Ja mam dość. Wszystko, w co starałem się wierzyć, rozpadło się. Pozostaje bezinteresowne dobro. Szlachetność bez nagrody. Zimne czaszki, do których dołączymy, oto co nas czeka. Lecz zanim zapełni się Pole Krwi, na którym wykopano pierwsze groby, musimy być dla siebie mili. I tyle.

– Ale właściwie po co? – Jo podniósł wzrok i wpatrywał się w Skałę, jakby go ujrzał po raz pierwszy. – I dlaczego akurat dla wrogów?

– Dla jakich wrogów?! – Skała już teraz wyraźnie warczał. – Wrogów należy zniszczyć, a wtedy zostaną sami przyjaciele.

– Czyi? – nie zrozumiał Bliźniak. – Nawet największy łotr ma jakichś przyjaciół. Którzy z kolei są wrogami kogoś innego. To nie ma sensu.

– Ty się domagasz sensu? – prychnął Skała.

Nie wiem, dlaczego w tym momencie przestałem ich widzieć. Nie mogę powiedzieć, że zapadła ciemność. To jest: kiedy otworzyłem oczy, rzeczywiście było ciemno, ale zdawało mi się, że obudził mnie krótkotrwały błysk. Leżałem, oddychając ciężko. W mroku rysowało się niewyraźnie półokrągłe okno mojej sypialni na piętrze. To za nim przeleciała przed chwilą błyskawica, byłem tego pewien, i czekałem na grom, który jednak nie nastąpił. Czy mogłem zrobić coś więcej dla marzyciela z Nazaretu? – ta myśl nie dawała mi spokoju i teraz znowu przybiegła do mnie, jak natrętny pies. Milczałem podczas nocnych obrad, odwróciłem się, gdy Go spoliczkowano. Byłem taki samotny… Pewnie jako jedyny w tym gronie rozmawiałem z Nim na osobności i gdybym się wtedy odezwał, co najwyżej dołączono by mnie do pochodu na Wzgórze Czaszki. Tak, stałem się jak dziecko, choć raczej nie w tym sensie, o którym myślał Nauczyciel: stałem tam jak dziecko pełne lęku, które nie ma żadnych praw i każdy może z nim zrobić to, co zrobiono podobno w Betlejem. I tak ryzykowałem, gdy przedwczoraj pomagałem w pochówku. Tyle zyskałem, że na stare lata drżałem o życie; chciałbym umrzeć we własnym łóżku, a nie od skrytobójczego ciosu. Jak miałem rozumieć ten sen o ostatnim spotkaniu ostatnich uczniów? Pismo uczy, że nocą nawet najmarniejsi spośród nas dostępują czasem jasnowidzenia, zamkniętymi oczami widzimy nagle coś, co się wydarzy w przyszłości. Czy właśnie tak, jak przyśniłem, skończy się historia naiwnej gromadki? Zresztą jakiej „gromadki”, skoro w czasie pospiesznego rytuału, który dziś, po szabacie, należałoby zresztą dokończyć, nie widziałem żadnego z nich? Ich już nie ma, rozbiegli się w strachu; jest tylko samotny starzec, któremu nie oszczędzono próby ponad siły, próby powiedzenia liczniejszym „nie”. A może przeciwnie, może właśnie nie mówił do mnie przez sen Ten, Który Jest, łaskawie odsłaniając nadchodzące wydarzenia, ale pastwił się nade mną Zły? Lub też – i to przez chwilę wydawało mi się najstraszniejsze, gorsze nawet od oddechu Kusiciela – byłem tej nocy sam ze sobą i sam sobie opowiadałem coś, czego symboliczne znaczenie powinienem był teraz odsłonić? Rozpoznać się w jednym z tamtych, których przecież zaledwie znałem i, mówiąc prawdę do końca, trochę gardziłem nimi, wysuwając jako własną zasługę to, na co ich nie było stać – także zresztą finansowo – a mianowicie fakt, że zadbałem, by ciała Nauczyciela nie rozdziobały ptaki? Cóż, drżałem na myśl o odwiedzinach wysłannika Sanhedrynu, co chwila wyobrażałem sobie błysk noża i siebie, wspartego o framugę, tryskającego na prawo i lewo krwią z rozpłatanego gardła – więc skąd niby miałem wziąć odwagę na zmierzenie się z tajemniczym, ukrytym człowieczkiem we mnie, który przeniósł mnie właśnie nad Jordan?

W ciszy zaklekotały sandały po jerozolimskim bruku. Zerwałem się z posłania, jak gdyby ubyło mi lat: Tak, tak, Nikodemie, to strach dodał ci sił, kazał z młodzieńczym pośpiechem stanąć przy oknie i z ukrycia wypatrywać, czy nie zbliża się do drzwi zwiastun śmierci. Jak będzie wyglądał? Jak sprawny zelota, jak nikczemny obwieś albo schludny strażnik, jeden ze sług Annasza? Czy poznam go z daleka?… Ale nie, w delikatnym blasku jutrzenki zobaczyłem jakieś kobiety, biegnące środkiem ulicy. Zdawało mi się, że w jednej z nich rozpoznaję Marię Kleofasową – ale dlaczego stateczna matrona miałaby uczestniczyć w jakimś absurdalnym wyścigu bez widowni, na pustej ulicy? Musiało mi się zdawać. Uspokojony, że mój kres jeszcze nie nadszedł – choć tylu ludzi umarło, a wśród nich tamten, najszlachetniejszy ze szlachetnych! – zacząłem obserwować, jak szybko wstające słońce wydziera nocy sylwetki wzgórz wokół miasta i tę skałę o złowróżbnym kształcie, która wychyla się spomiędzy nich akurat na wprost moich okien. Zaczynał się pierwszy dzień tygodnia, a ja myślałem z niepokojem o tym, co jeszcze złego może się wydarzyć.


Jerzy Sosnowski - ur. 1962, historyk literatury, pisarz, eseista, dziennikarz, felietonista miesięcznika "Więź" i członek Zespołu Laboratorium WIĘZI. Napisał m.in. "Instalację Idziego", "Spotkamy się w Honolulu", "Co Bóg zrobił szympansom?", "Sen sów". Mieszka w Warszawie. (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

NA CO MOŻE SOBIE POZWOLIĆ ARTYSTA?

PRZYJEMNOŚĆ DZIWOLĄGÓW

WIGILIA W RAJU

GŁOS Z KRYJÓWKI

OJCIEC MATEUSZ I INNI


komentarze



Facebook