Archwium > Numer 514 (06/2016) > Rozmowa w drodze > WSZYSTKO JEST WYPISANE NA TWARZY

WSZYSTKO JEST WYPISANE NA TWARZY
Kiedy po zdolnego zawodnika zgłasza się znany klub z Europy i oferuje za niego półtora miliona euro, to niewielu prezesów się zastanawia. Kto by nie chciał mieć sześciu milionów złotych w kieszeni?

FOT. GRZEGORZ CELEJEWSKI / AGENCJA GAZETA


Roman Bielecki OP: Kapliczka przy wjeździe do domu to pana dzieło?

Antoni Piechniczek: Jej powstanie ma swoją historię. Najpierw był Chrystus Frasobliwy, który stoi na półce w przedpokoju. Pomyślałem kiedyś, że gdyby był większy, to by się świetnie nadawał jako przydrożny towarzysz dla kuracjuszy z pobliskich domów wczasowych, którzy przechodzą obok naszego domu, idąc na Trzy Kopce, Skrzyczne albo Baranią Górę – najważniejsze szczyty Beskidu Śląskiego. Potem przeczytałem u założyciela skautingu Roberta Baden-Powella zdanie, które bardzo mi się spodobało: „Życie jest grą, świat boiskiem”. Ustawiłem figurę Chrystusa, opatrzyłem tabliczką z tym hasłem i dodałem od siebie puentę: „A Bóg sędzią”, bo pomyślałem, że to pasuje do całości.

Wiara pomaga w pracy sportowej?

Dodaje życiu realizmu. Człowiek wierzący nie powinien myśleć, że jeśli się pomodli, to zaraz będą się działy same cuda i wszystko pójdzie jak z płatka. Gdy człowiek gra w piłkę, to prosi o to, żeby wyjść z gry cało, żeby mu nóg nie połamali albo żeby nie został kaleką na całe życie…

A o wygraną można się modlić?

Różnie bywa. Przeciwnicy też się przecież o nią modlą (śmiech). Najlepiej na ten temat powiedział kiedyś Ojciec Święty Jan Paweł II. W 1984 roku byliśmy z reprezentacją na prywatnej audiencji w papieskiej bibliotece. Kiedy spotkanie dobiegało końca, Włodek Smolarek podszedł do Ojca Świętego, trzymając dwie piłki: na jednej były nasze autografy, druga była czysta. Oddając tę z autografami, powiedział: Ojcze Święty, to na pamiątkę spotkania z nami, będziemy wdzięczni, jeśli Ojciec ją gdzieś schowa. A tę bez autografu proszę pobłogosławić, żeby podczas gry zawsze wpadała do bramki przeciwnika. Ojciec Święty się uśmiechnął i powiedział: Synu, to ja już lepiej pobłogosławię was, bo piłka nożna rządzi się swoimi prawami.

Na przykład pewną dyscypliną.

Zasady wpoiła mi babcia, bardzo religijna kobieta, należąca do trzeciego zakonu franciszkańskiego. Kiedy chodziłem do technikum, w którymś momencie chciałem zrezygnować z nauki, bo miałem poczucie, że ja się do tego nie nadaję. Babcia zarządziła wtedy, żebym rozpoczynał dzień od mszy świętej, wracał do domu na śniadanie, a potem miał czas na przejrzenie szkolnych zeszytów. Msza była o szóstej, a lekcje o ósmej. I tak to przez lata funkcjonowało. Byłem dobrze zorganizowany. Wracałem z technikum, jadłem obiad, wsiadałem na rower i pędziłem na trening. Jeśli nie miałem treningu w klubie, to jechałem do lasu, żeby indywidualnie poćwiczyć. Potem wieczorna nauka i na drugi dzień to samo.

Bycie trenerem to chyba nie jest wdzięczne zajęcie, prawda? Bo jeśli są wyniki, to chwalą zawodników, a gdy ich nie ma, to cała wina spada na trenera...

Trenerów krytykują wszędzie. To taki ogólnoświatowy trend. Piłka nożna jest niezwykle popularna i każdy się czuje w tej dziedzinie ekspertem – lepiej by ułożył skład, dokonałby lepszych zmian, powołał innych zawodników do zespołu. Z tym trzeba się liczyć i wkalkulować to w ryzyko zawodowe. Człowiek żyje ciągle w stresie. Dlatego najważniejszą rzeczą jest to, żeby zachować pewien dystans do tego, co się robi, i po ogromnym wysiłku, jakim jest każdy mecz, szybko wrócić do równowagi. Nie można rozpamiętywać porażki przez tydzień i myśleć, że skoro raz się przegrało, to następnym razem będzie tak samo. Przecież każdy mecz to kolejna szansa. Wszystko jest wypisane na twarzy trenera. Gdy emanuje z niej spokój i pewność siebie, to drużyna gra inaczej. A kiedy widać, że się boi bardziej niż zawodnicy, to nie ma się co dziwić, że przegrywają.

Jak się nie bać, skoro stawką są wielkie pieniądze, a nie tylko wynik?

Byłoby nieuczciwe mówić, że pieniądze nie pomagają. Kiedy trener ma na koncie parę milionów euro, to się nie martwi, czy go zwolnią, czy nie. Może spokojnie realizować swój plan szkoleniowy. Dawniej takiej stabilności finansowej nie było. Zarobki trenerskie nie były wysokie. Liczył się prestiż. Kiedy zostałem trenerem reprezentacji, miałem świadomość, że zarobię mniej, niż zarabiałem jako trener klubowy. Dzisiaj takie sytuacje są nie do pomyślenia.

Czy nie rodzi to pokusy nieprzykładania się do pracy?

Czy człowiek pracuje za milion złotych, czy za darmo, to zawsze powinien się czuć odpowiedzialny za to, co robi. Jeśli kocha piłkę i piłkarzy, to jest mu wszystko jedno, ile zarabia. Trener powinien tak traktować piłkarzy, żeby oni zawsze mogli przyjść i powiedzieć: Trenerze, niech pan zrobi ze mnie lepszego zawodnika.

Udawało się to panu?

Zaczynałem zawsze od rozmowy i prostych pytań: Ile masz lat, czy jesteś zadowolony z przebiegu dotychczasowej drogi sportowej, z tego, co osiągnąłeś? Każdy mówił, że fifty-fifty, było dobrze, ale mogłoby być lepiej. Po takiej rozmowie mówiłem zawodnikowi: Zaufaj mi, spróbujemy razem popracować – może pół roku, może rok, może pięć lat – i zobaczysz, będziesz robił postępy. Przyjrzę się i ocenię, jakie masz zalety, a jakie wady, i obierzemy jakiś kierunek. Może wyśrubujemy twoje zalety tak, że wady znikną, a może twoje zalety są już na takim poziomie, że trzeba koniecznie popracować nad wadami.

Był pan wymagającym trenerem?

Innej drogi w tej pracy nie ma. Z niepokojem myślę o tym, że niektórzy z młodych chłopaków zbyt szybko i zbyt łatwo dochodzą do dużych pieniędzy.

(...)

Dostęp do treści serwisu jest płatny.


Aby wyświetlić pełny tekst musisz być zalogowany
oraz posiadać wykupiony dostęp do tego numeru.


Antoni Piechniczek - ur. 1942; karierę piłkarską zaczynał w Zrywie Chorzów, ale największe sukcesy odniósł w barwach Legii Warszawa (1961?1965) i Ruchu Chorzów (1965?1972); ukończył studia w warszawskiej Akademii Wychowania Fizycznego. Wieloletni trener m.in. BKS Bielsko-Biała, Odry Opole i Górnika Zabrze. Jako selekcjoner reprezentacji Polski dwukrotnie awansował do finałów mistrzostw świata w piłce nożnej (w 1982 i 1986 roku), zdobywając z nią w Hiszpanii brązowy medal. To podczas tych mistrzostw stał się bohaterem szlagieru śpiewanego przez Bohdana Łazukę "Entliczek,pentliczek, co zrobi Piechniczek". Przez lata pracował jako selekcjoner reprezentacji Tunezji oraz Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Długoletni działacz Polskiego Związku Piłki Nożnej, senator RP w latach 2008?2012. Mieszka w Wiśle. (wszystkie teksty tego autora)

Roman Bielecki OP - ur. 1977, dominikanin, absolwent prawa KUL oraz teologii PAT, redaktor naczelny miesięcznika "W drodze", mieszka w Poznaniu. (wszystkich teksty tego autora)

     


zobacz także

Drodzy Czytelnicy,

MIŁOSIERNI

Drodzy Czytelnicy,

Drodzy Czytelnicy,

Drodzy Czytelnicy,


komentarze



Facebook