KARDYNAŁ
Miał poczucie humoru i dystans. Skromnie się nosił i odżywiał. Śmiano się, że na kolację do kardynała trzeba iść najedzonym. W czasie pobytów w szpitalu usługiwał innym chorym. Przejdzie do historii niewątpliwie jako kardynał miłosierdzia.

FOT. ARCHIWUM KRAKOWSKIEJ KURII METROPOLITALNEJ


Pierwsza scena: wrzesień 1950 roku. Wyświęcony na księdza kilka miesięcy wcześniej Franciszek Macharski zostaje wezwany do kardynała Sapiehy. Kardynał chciałby go wysłać na studia do Szwajcarii, niestety, władze odmówiły młodemu duchownemu paszportu. „Może pójdziesz zrobić doktorat na KUL-u?”, pyta Sapieha. „A może lepiej byłoby wysłać mnie na parafię?”, odpowiada ksiądz. „Tak myślałem. Ale nie chciałem, żebyś się czuł zawiedziony”, cieszy się kardynał. Macharski zostaje skierowany do Kóz koło Bielska-Białej. Zostanie tam przez sześć lat i dopiero po Październiku ’56 uda mu się wyjechać na zagraniczne studia.

Inna scena: w grudniu 1978 roku przychodzi wieść, że następcą Karola Wojtyły w Krakowie zostanie dotychczasowy rektor seminarium ksiądz Macharski. Nie wszyscy klerycy są zadowoleni, także wśród starszych duchownych nastroje są rozmaite. Między księżmi krąży powiedzenie: „Nie wsadza się marchewki tam, gdzie wyrwano dąb”. Wielu uważa, że nowy biskup jest zbyt słabego zdrowia, jak na tak poważny urząd, i długo nie pożyje. Słysząc te opinie, arcybiskup Macharski czasem się denerwuje, a czasem odpowiada żartem: „Jak umrę, napiszą: »Zaschnął w Panu«”. Na swoje biskupie zawołanie wybiera słowa: „Jezu, ufam Tobie”.

Kolejna scena: jest sierpień 1981 roku. Rząd zrywa rozmowy z Solidarnością, ale winą za ich zerwanie obarcza związkowców. W mediach publicznych nasila się antysolidarnościowa propaganda. Związek odpowiada strajkami. Kardynał Macharski jedzie na kolejne posiedzenie Komisji Wspólnej Rządu i Episkopatu. Jest wyraźnie wzburzony, do tego stopnia, że nie przebiera w słowach: „Sądziłem, że po Zjeździe [chodzi o zjazd partii w lipcu tego roku – przyp. WB] będzie wspólnota działania, a jest wspólnota – przepraszam za wyrażenie – lania się. Niemożliwe, żeby panowie nie wiedzieli, że w telewizji przeginają pałę”. Przedstawiciele strony rządowej są tak zaskoczeni, że nie wiedzą, co odpowiedzieć.

Albo taka: pierwsze tygodnie stanu wojennego. Na stanowcze żądanie kardynała milicja udostępnia mu listę internowanych z terenu województwa krakowskiego. Kardynał tworzy komitet pomocy, sam wyrusza do ośrodków, w których przebywają internowani, lub wysyła swoich emisariuszy. Niebawem do kurii zaczynają przychodzić anonimy, wśród nich jeden zawierający otwartą groźbę: „Pamiętaj, co spotkało Twojego poprzednika”. To aluzja do św. Stanisława, biskupa męczennika, na którego kardynał często się powołuje. W uroczystość Trzech Króli 1982 roku metropolita wygłasza kazanie, w którym ujawnia treść anonimu. I dodaje: „Pamiętam. Ze czcią pamiętam”.

Jeszcze inna scena: połowa lat osiemdziesiątych, rozmawia dwóch księży. „Podobno byłeś u kardynała?”. „Byłem”. „I co, przedstawiłeś mu swoją sprawę?”. „Przedstawiłem”. „A on?”. „Rozmawialiśmy prawie pół godziny”. „Ale co ci powiedział?!”. „No właśnie nie wiem…”.

I wreszcie ta: nieformalne spotkanie grupy polskich biskupów z Benedyktem XVI.

(...)

Dostęp do treści serwisu jest płatny.


Aby wyświetlić pełny tekst musisz być zalogowany
oraz posiadać wykupiony dostęp do tego numeru.


Wojciech Bonowicz - ur. 1967, poeta, publicysta, stały felietonista "Tygodnika Powszechnego" i "Znaku". Ostatnio wydał (jako współautor) tom rozmów z ks. Michałem Hellerem "Wierzę, żeby rozumieć" (2016). Mieszka w Krakowie. (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

Papieski połów

Pasikonik i aborcja

PÓJDĘ SOBIE I BĘDZIECIE ŻAŁOWAĆ

LEGENDY DRUGIEGO MIASTA

GRÓB NIEZNANEGO KOLARZA


komentarze



Facebook