STYL WITOLDA

Witek odszedł nagle i niespodziewanie. Tak, jak sobie wymarzył, gdy jakiś czas przed śmiercią opowiadał, że lepiej umrzeć młodo (bo będzie piękny pogrzeb) i niespodziewanie (bo oszczędzone będą cierpienia). Tego dnia wrócił z czyjegoś pogrzebu. Wszedł do pomieszczenia, w którym trzymał pomoce duszpasterskie. Nie zauważył otwartej klapy w podłodze. Wpadł do dziury i zginął na miejscu.

Pogrzeb Witolda zgromadził wielu księży diecezjalnych, dominikanów i ludzi, wśród których duszpasterzował. W rozmowach, oprócz wyrazów smutku, dało się słyszeć przekonanie, że odszedł proboszcz niezwykły, który przez lata swojej posługi wypracował styl duszpasterski godny naśladowania. Nie wiem, czy styl Witka był wypracowany, czy raczej wypływał z jego wiary i charakteru, a z latami doświadczeń nabierał blasku. Teraz, kiedy go już nie ma wśród nas, zapisuję sobie ku pamięci cechy, które tworzyły jego kapłaństwo.

Był człowiekiem wierzącym. Wierzył w Pana Jezusa i Jego Ewangelię. Praktykował chrześcijaństwo, którego nie trzeba było bronić, nie trzeba było podpierać autorytetami hierarchicznymi czy siłami politycznymi. Nie praktykował wartości chrześcijańskich, tylko oddychał Ewangelią. Wiedział, że w Kościele chodzi o ludzi, a nie o prawo, rubryki, przepisy... Zawsze stawał po stronie człowieka. Rozumiejąc skomplikowane ludzkie losy, szukał takich rozwiązań, by osobę, z którą miał do czynienia, przyjąć, przygarnąć, zaopiekować się nią. Słyszałem, że mnóstwo życiowych outsiderów i ludzi z obrzeży Kościoła znajdowało w jego biurze parafialnym zrozumienie, na które nie mieli szans u innych proboszczów. Wcielał w życie słowa, że prawo jest dla człowieka, a nie człowiek dla prawa.

Lubił to, co ludzkie, i wierzył w dobroć natury człowieka. To pozwalało mu być otwartym na ludzi, ciekawym ich historii, rozmawiać bez popędzania, słuchać bez zniecierpliwienia. Gdy ruszał w odwiedziny do swoich parafian, wracał po wielu godzinach. Ciekawość człowieka wyrażała się również jego pasją bywania w teatrze czy kinie, podpatrywania ludzkich losów w często dramatycznych okolicznościach. Witold, spotykając się z ludźmi, nie osądzał, nie szufladkował, nawet jeśli się z kimś pokłócił, szybko wracał do zwykłych relacji. Kiedyś tłumaczył naszym młodym braciom, których wprowadzał w arkana pracy parafialnej: „Czasem do biura przyjdą ludzie, którzy będą chcieli was oszukać, nieuczciwie coś załatwić. Nie potępiajcie ich, nie odtrącajcie, nie udowadniajcie swojej racji. Lepiej dać się oszukać i zyskać swoją łagodnością dwóch z tych dziesięciu, niż byście mieli kogoś zrazić swoją twardością i zasadniczym trzymaniem się przepisów”.

Był liderem, choć nie był osobowością charyzmatyczną, estradową, skupiającą na sobie uwagę publiczności. Wręcz przeciwnie. Wolał drugi szereg, nie lubił bufonady, wyśmiewał konfratrów w kapłaństwie i współbraci w zakonie, którzy nadymali swoje ego i przepychali się na pierwsze miejsca. Miał za to dystans do siebie samego i traktował siebie z dużym poczuciem humoru. Był gotowy stanąć w sytuacjach, które nie przystawały nobliwemu proboszczowi. Tam, gdzie się pojawiał, zapraszał ludzi do współpracy, delegował zadania, uruchamiał inicjatywy, potrafił prosić o pomoc, gdy coś go przerastało. W miejscach, w których się pojawiał, zaczynały się dziać piękne rzeczy, a ludzie mieli poczucie, że to oni je tworzą, a nie że robi coś dla nich ojciec Witold.

Był wierny w przyjaźniach i znajomościach. Pracował w Wilnie, Szczecinie, Łodzi i Warszawie. Gdy opuszczał jedno miejsce i przenosił się w inne, nie tracił kontaktu z ludźmi, nie stawali się oni dla niego wspomnieniem z przeszłości. Pamiętał o urodzinach, imieninach, rocznicach i uroczystościach. Pisał, SMS-ował, telefonował, czasem odwiedzał osobiście. Nie prowadził wcale kalendarzy czy jakichś rejestrów, w których zapisywałby poszczególne daty. Robił to w sposób absolutnie naturalny, jakby w pamięci o wielkiej pojemności nosił wszystkich ludzi. Dziś mogę napisać, że miał wielkie serce, w którym mieścił tych, których kochał.

Od 9 sierpnia Witolda Słabiga nie ma już na ziemi. Mam nadzieję, że z właściwym sobie dobrotliwym uśmiechem patrzy na nas z nieba i wstawia się za swoimi braćmi. Marzę, by styl jego duszpasterzowania nie odszedł wraz z nim.


Paweł Kozacki OP - ur. 1965, prowincjał polskich dominikanów, duszpasterz, przez wiele lat redaktor naczelny miesięcznika "W drodze". (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

DOROSŁY I DZIECKO

Drodzy Czytelnicy,

Jak ich poruszyć?

PÓŁ KROKU ZA

STRASZNE RZECZY POŚRÓD DOBRYCH LUDZI


komentarze



Facebook