Archwium > Numer 519 (11/2016) > Szukam rodziców > SAMA MIŁOŚĆ NIE WYSTARCZY

SAMA MIŁOŚĆ NIE WYSTARCZY
Dziecko adoptowane cierpi nie dlatego, że się znalazło w szczęśliwej rodzinie, tylko dlatego, że zostało odrzucone przez inną rodzinę, tę biologiczną.

FOT. JORDAN WHITT / UNSPLASH.COM


Katarzyna Kolska: Ilu dzieciom znalazłaś rodziców?

Wiesława Sędziak: Nie odpowiem w liczbie pojedynczej, bo nasza praca jest pracą zespołową. Co roku w naszym ośrodku około dwadzieścioro dzieci trafia do adopcji. Niestety, nie każdemu dziecku jesteśmy w stanie znaleźć rodziców, mam tu na myśli głównie dzieci chore i te starsze. Czasami jednak udaje się im znaleźć rodzinę gdzieś w Polsce lub za granicą.

Spotykacie tu ludzi w jakiś sposób nieszczęśliwych, dotkniętych cierpieniem bezdzietności. Udaje się wam przejść z nimi tę drogę od nieszczęścia do szczęścia?

Tego byśmy sobie wszyscy życzyli. Ale doskonale wiemy, że adopcja to nie tylko słodycz. Rodzicielstwo samo w sobie nie jest łatwym zadaniem, a rodzicielstwo adopcyjne jest zadaniem szczególnym, i nie dla każdego. Pary, z którymi pracujemy, „żegnają się” z nami w chwili, gdy trafia do nich dziecko. Nie bagatelizując tego, co jest wcześniej – przygotowań, diagnostyki, szkolenia – ich droga zaczyna się właśnie w tym momencie. A wtedy pojawiają się różnego rodzaju trudności, rozpoczyna się życie. Chciałybyśmy, aby było ono szczęśliwe, ale wiemy, że bywają różne odcienie rodzicielstwa adopcyjnego.

Po ilu latach starań o własne biologiczne dzieci małżonkowie pukają do waszych drzwi?

Bardzo różnie to wygląda. Jeżeli para wie, że istnieją poważne trudności medyczne, które uniemożliwiają poczęcie dziecka, dość szybko podejmuje taką decyzję. Gdy diagnoza nie jest jednoznaczna albo gdy teoretycznie wszystko jest dobrze, a dzieci mimo to nie ma, małżonkowie odwlekają moment starania się o adopcję i przychodzą po pięciu, siedmiu latach. Ale znam też pary, które decyzję o adopcji podjęły dopiero po dziesięciu latach starań o dziecko biologiczne.

Także po nieudanym in vitro?

Zdarza się. Niejednokrotnie są to pary, które przed podjęciem decyzji o adopcji korzystają z wszystkich dostępnych metod medycznych.

Adopcja jest już wtedy dla nich jedyną drogą do rodzicielstwa?

Na ogół tak. Są też pary, które równolegle prowadzą te dwa procesy, chociaż myślę, że to nie jest korzystne.

Dlaczego?

Bo żeby zacząć myśleć o adopcji, małżonkowie muszą przeżyć „żałobę” po swoim nienarodzonym dziecku. I jak każdą żałobę trzeba ją przeżyć od początku do końca. Nie można iść na skróty. To bardzo ważne dla samych małżonków, ale też dla dziecka, które z nimi w przyszłości będzie. Dziecko adoptowane nie może być „zamiast” dziecka biologicznego, nie może być plastrem na ich ranę bezdzietności.

Przychodzą małżonkowie do ośrodka adopcyjnego i…?

…i najpierw staramy się poznać ich motywacje, przekonać się, że oboje pragną dziecka, że to jest ich wspólna decyzja. Że są gotowi zaakceptować inność człowieka, jego historię. Adopcja nie może być dowartościowaniem siebie. Rodzicielstwo to przecież towarzyszenie dziecku, a nie zaspokajanie własnych aspiracji. I jeśli dla kogoś na przykład strach przed samotną starością jest jedynym argumentem, by przyjąć i wychować dziecko, to można być pewnym, że taka adopcja się po prostu nie uda. Nim para zostanie zakwalifikowana i rozpocznie szkolenie przygotowujące do bycia rodzicami adopcyjnymi, spotyka się z naszym pedagogiem, z psychologiem, przeprowadzamy też wywiad w miejscu zamieszkania małżonków. A potem zapraszamy na pierwsze spotkanie.

Rodziców biologicznych nie przygotowuje się do rodzicielstwa.

A szkoda. Można by uniknąć wielu niepotrzebnych błędów w wychowaniu. Rodzice adopcyjni mają ten przywilej. Rozmawiamy z nimi między innymi o tym, czym jest adopcja i czym rodzicielstwo adopcyjne różni się od biologicznego.

Rodzicielstwo adopcyjne jest trudniejsze niż rodzicielstwo biologiczne?

Moim zdaniem tak.

Dlaczego?

W rodzicielstwie biologicznym pomaga nam natura – zarówno dziecku, jak i rodzicom.

Rodzice adopcyjni są pozbawieni tego początku, wskakują w rodzicielstwo w którymś momencie życia dziecka i potrzebują czasu, żeby je przyjąć, zaakceptować, oswoić się z nim. Przecież jest to dla nich obcy człowiek. W związku z tym muszą go poznać, muszą się bardziej zaangażować. Są ludzie, którzy nie potrafią tego przejść, bo myślą, że można pokochać tylko krew z krwi i kość z kości, nie mogą sobie poradzić z obcym zapachem dziecka, z jego tożsamością, z tym, że ma innych rodziców, że nie jest bezpośrednio z nich.

Z jakimi wyobrażeniami o swoim rodzicielstwie i o dziecku trafiają do ośrodka potencjalni rodzice?

Nie wiem, czy z wyobrażeniami. Rodzice adopcyjni czasami boją się nawet marzyć. To jest ich mechanizm obronny, żeby się brutalnie nie rozminąć z tymi wyobrażeniami. Przecież nie będą mieli wpływu na to, jak ich dziecko będzie wyglądało, tak jak rodzice biologiczni nie mają na to wpływu. Oczywiście biologia pomaga nam w tym sensie, że rodzi się dziecko podobne do mamy albo do taty. Ale nawet dzieci adopcyjne stają się podobne do swoich rodziców – w gestach, w uśmiechu, grymasach twarzy.

Mam wrażenie, że przychodzą do nas coraz bardziej świadomi ludzie i nie tworzą sobie takich obrazów jak kiedyś, że chcą adoptować małą, śliczną blondynkę z kitkami. To odchodzi do lamusa. Oczywiście zawsze w sercu jest jakieś pragnienie, jakieś wyobrażenie, bo ktoś ma w rodzinie fajne dzieci i my też chcielibyśmy takie mieć.

To znaczy, że nie musicie ich sprowadzać z nieba na ziemię?

Bardzo rzadko nam się to zdarza. Raczej w delikatny sposób urealniamy obraz ich rodzicielstwa.

Niektórzy myślą, że miłością zrobią wszystko – uzdrowią, wyleczą, poprowadzą, wychowają. A sama miłość nie wystarczy. Trzeba być wyposażonym w bardzo konkretną wiedzę. I to jest właśnie nasze zadanie. Bo rodzicielstwo adopcyjne jest rodzicielstwem terapeutycznym.

W adopcji nie ma miłości od pierwszego wejrzenia?

Pewnie się zdarza. Bo przecież ci ludzie długo czekają na dziecko, bardzo go pragną. Ci bardziej emocjonalni liczą na to, że pojawi się efekt „wow”, że będą fajerwerki przy pierwszym spotkaniu, a przecież nie musi ich być, nie jesteśmy w stanie się do tego zmusić.

Wychowanie generalnie jest po stronie rodzica, a nie po stronie dziecka. Pokochać można przecież każdego. Oczywiście wszystko zależy od tego, jak rozumiemy miłość. I to właśnie my w ośrodku powinniśmy zdiagnozować – czy ma się wyposażenie do miłości, czy ma się to coś, co sprawi, że zaakceptuje się tego drugiego człowieka takiego, jaki on jest i jaki będzie się stawał.

Kiedyś dzieci adopcyjne przywoziło się w tajemnicy z drugiego krańca Polski. Te czasy chyba już minęły, prawda?

Tak, mamy dziś na szczęście zupełnie inny stosunek do adopcji niż 20 czy 30 lat temu. Wiąże się to ze zmianami społecznymi w naszym kraju – jesteśmy bardziej otwarci na szeroko rozumianą inność, a adopcja mieści się w tej inności. Jest coraz więcej rodzin, w których wychowują się adoptowane dzieci. Dzięki temu, że adopcja przestała być tajemnicą, ludzie nie czują się tacy samotni w tym wyborze. I śmielej o tym mówią.

Czy żeby pokochać cudze dziecko, trzeba mieć większe serce?

Nie tyle większe serce, ile pewną szczególną cechę osobowości, taki X-factor. Najłatwiej jest tym osobom, które bez trudu potrafią zaakceptować drugiego człowieka, jego inność. Osoby hermetyczne, niewychodzące poza krąg własnej rodziny będą miały z tym największy problem.

Spotkania przygotowujące pary do adopcji trwają kilka miesięcy. Czy już wtedy widać, że niektórzy nie podołają rodzicielstwu adopcyjnemu?

Czasami tak. I gdybym w oparciu o lata moich doświadczeń miała stworzyć modelowy obraz rodziców adopcyjnych, powiedziałabym, że są to ludzie, którzy mają bardzo harmonijną osobowością, a szczególnie ciepłą sferę emocjonalną. Z jednej strony wspierający, ale też stawiający granice, potrafiący wymagać, ale nie restrykcyjni, bardzo plastyczni, odporni na stres. Postrzegający wychowanie jako towarzyszenie, a nie zawłaszczanie.

Czy zdarza się, że podczas spotkań przygotowujących małżonków do adopcji musicie powiedzieć jakiejś parze, że to nie jest droga dla nich?

Czasami tak się zdarza. I to jest dla nas bardzo trudny moment. Wymaga ogromnej delikatności. Robimy to jednak ze względu na ich dobro i dobro dziecka, którym mieliby się ewentualnie zająć. Zwykle dotyczy to osób, które są bardzo poranione i mają niezwykle trudne doświadczenia swojej historii życia.

Wszyscy chcą malutkie dziecko?

Dwadzieścia lat temu większość małżonków, precyzując swoje oczekiwania, mówiła, że chciałaby adoptować dziecko do trzeciego miesiąca życia. W tej chwili to jest rzadkość. Powiedziałabym nawet, że jest więcej par gotowych przyjąć trochę starsze dzieci, dwu- i trzylatki.

Czego najbardziej boją się rodzice?

Najczęściej pojawia się lęk, czy dziecko mnie pokocha, a za tym idzie pytanie, czy ja pokocham dziecko. Potem jest niepokój związany ze zdrowiem. Kandydaci na rodziców adopcyjnych są bardzo świadomi, dużo czytają w internecie, wiedzą, czym jest FAS, czyli płodowy zespół alkoholowy, który może być przyczyną różnych problemów dziecka. Boją się też obciążeń genetycznych, tego, co może się ujawnić potem, a czego nie jesteśmy w stanie stwierdzić we wczesnej diagnostyce.

Ponieważ rodzice adopcyjni nie znają rodziców biologicznych, muszą się opierać na podstawowych informacjach o rodzinie, które oczywiście im przekazujemy, ale z ich punktu widzenia to i tak jest wielka niewiadoma. W życiu najbardziej boimy się tego, czego nie znamy, ponieważ wtedy górę bierze wyobraźnia. A ona podpowiada nam niejednokrotnie czarne scenariusze.

I w tym czarnym scenariuszu jest lęk, że dziecko odnajdzie swoich biologicznych rodziców i będzie chciało do nich wrócić?

Myślę, że nawet jeśli ktoś o tym nie mówi, to bardzo się tego obawia, dlatego staramy się to urealniać. Są takie dzieci, które oczywiście pytają, ale na tym się zatrzymują i nie dążą do tego, by poznawać biologicznych rodziców. Są też takie, które będą ich poszukiwały, bo są ciekawe świata, z którego przybyły, zobaczą i powiedzą: To mi wystarczy. Tylko część, i to nieznaczna, będzie poszukiwała i nawiązywała kontakty z rodziną biologiczną. W dużej mierze wszystko zależy jednak od sposobu myślenia rodziców adopcyjnych na ten temat. To oni postawią na tym pieczątkę, a dziecko odzwierciedli ich sposób myślenia – bardzo lękowy albo odważny i konfrontujący.

Kiedy rodzice powinni powiedzieć dziecku, że jest adoptowane?

Według wszystkich fachowców świata, którzy ciągle się nad tym zastanawiają, trzeba mówić od początku, żeby oswajać z tym dziecko, tak jak z każdym trudniejszym tematem. Oczywiście musi to być dostosowane do jego wieku.

Na początku, na etapie dwu-, trzylatka, dziecko dopiero poznaje świat. Można więc mu powiedzieć, że jest adoptowane, że mama nie mogła go urodzić. Ono nie ma odniesienia, nie wie, ile dzieci jest z brzuszka, a ile z serduszka, ile jest biologicznych, a ile adoptowanych, nie wie, jak wygląda konstelacja rodzin, więc przyjmuje to wyjaśnienie i mówi: Aha. I nie rzutuje to na jego poczucie własnej wartości. Ma czas, żeby oswoić tę informację.

Jeśli dowie się o tym dopiero wtedy, gdy zacznie chodzić do szkoły, albo jeszcze później, to poczuje, że jest inne niż większość rówieśników. I pomyśli: jestem gorsze. A to się już wiąże z ogromnym cierpieniem.

Dlatego zawsze powtarzamy parom, które w naszym ośrodku przygotowują się do rodzicielstwa adopcyjnego, że trzeba iść za dzieckiem, patrzeć, na co jest gotowe, słuchać pytań, które zadaje, i w miarę dojrzewania uzupełniać jego wiedzę.

A jeśli nie pyta?

To istnieje wtedy ogromna pokusa, żeby nie mówić wcale. Rodzice myślą sobie: Powiemy mu, gdy będzie starsze, wtedy to na pewno lepiej zrozumie. I tak można odraczać w nieskończoność.

Ktoś mi powiedział: Nie chcemy powiedzieć naszej córce, że jest dzieckiem adoptowanym, bo ona jest z nami taka szczęśliwa.

Dziecko adoptowane cierpi nie dlatego, że jest w szczęśliwej rodzinie, tylko dlatego, że zostało odrzucone przez inną rodzinę, tę biologiczną. Bo jeśli ktoś wyrzucił mnie z gniazda, to boli, więc się zastanawiam, dlaczego to zrobił. A dziecko nie kombinuje, tylko myśli najprościej, jak potrafi: Byłem jakimś wybrakowanym towarem, coś ze mną jest nie tak. Takie myślenie ogromnie uderza w poczucie własnej wartości. I to jest wielki problem dzieci adopcyjnych i cierpienie na całe życie. One muszą sobie jakoś poradzić z tymi dwoma światami. Bycie porzuconym przez rodziców jest jednym z najdotkliwszych doświadczeń człowieka.

Czy rodzice adopcyjni mogą jakoś pomóc, żeby to cierpienie nie było takie wielkie?

Najważniejsza jest szczera rozmowa, stworzenie warunków na jej przeprowadzenie i umożliwienie dziecku zadawania pytań. Małżonkowie muszą wspierać także siebie, swój związek, dbać o jego temperaturę i rozwój. W moim odczuciu także o wzajemny rozwój duchowy i z tej sfery czerpać siły do wspierania dziecka.

Powinni mówić dobrze o rodzinie, z której dziecko przyszło?

Wirtualnie muszą ją zaakceptować, bo w przeciwnym razie nie pokochają dziecka, które przyjęli. To jest ogromne wyzwanie dla rodziców adopcyjnych, by przyjąć dziecko z jego rodziną pochodzenia.

Przecież nie znają tej rodziny.

Więc mogą powiedzieć tyle, ile wiedzą od nas. Nie idealizując, ale też nie dramatyzując tego przekazu.

W jaki sposób rozmawiać o tym z dzieckiem?

Odważnie, bez lęku i ogromnie wspierająco. Nie chodzi o to, żeby powiedzieć prawdę i zabić. Prawda jest ważna, ale trzeba ją przekazywać delikatnie i ogromnie wesprzeć dziecko, opowiedzieć mu jego historię na pewnym poziomie ogólności. Prosimy rodziców, by podczas rozmowy z dzieckiem używali konkretnych określeń, na przykład, że rodzicie biologiczni nie potrafili się nim z różnych względów zająć, bo albo byli nieudolni, albo niepełnosprawni, albo chorzy psychicznie, albo uwikłani w nałogi. Nie potrafili to takie słowo klucz – prawdziwe, ale nie- raniące. I brzmi zupełnie inaczej niż powiedzenie komuś, że ktoś cię nie chciał albo wyrzucił. Jeśli się kogoś kocha, to chce mu się oszczędzić cierpienia i nawet najtrudniejsze rzeczy powiedzieć z delikatnością.

A jeśli dziecko dowie się o tym, że jest adoptowane, nie od swoich rodziców? Przecież może tak się zdarzyć.

Może. Bo jeżeli rodzice odraczają moment powiedzenia prawdy, to dziecko dowie się w inny sposób.

Powiedzą mu koledzy w szkole?

Albo sąsiad. To są katastrofy, ponieważ nie można budować miłości i więzi na braku zaufania. Jeżeli czegoś takiego nie powiedziało się dziecku, a to jest najważniejsza rzecz w adopcji, to ono zapyta: Czego jeszcze mi nie powiedzieliście? Będzie miało poczucie okłamania, a wtedy w sercu człowieka od razu pojawia się nieufność.

Są rodzice, którzy chcą chronić dziecko – trochę prawdziwie, a trochę fałszywie – i czekają z tą informacją, aż będzie dorosłe, bo wtedy, w ich odczuciu, łatwiej sobie z tym poradzi. No tak, ale nie ma żadnej gwarancji, że dziecko się tego nie dowie, a poza tym nie można budować swojej tożsamości przez 18 czy 20 lat, a potem nagle obnażyć siebie i budować wszystko od początku. Lepiej iść kawałeczek po kawałeczku, dzień po dniu, z cierpieniem, ale też z miłością.

Na dziecko biologiczne czeka się dziewięć miesięcy. A jak długo czeka się na dziecko adoptowane?

Od momentu rejestracji w ośrodku adopcyjnym do chwili przyjęcia dziecka mija zwykle około dwóch, trzech lat.

A każdy chciałby już?

Każdy chciałby już, ponieważ przychodzi do ośrodka nie w momencie zawarcia związku małżeńskiego, tylko po wielu, wielu próbach bycia rodzicem.

A wy każecie im czekać i pewnie dlatego macie łatkę niedobrych urzędników, którzy rzucają kłody pod nogi.

Nie mamy wyjścia. Tłumaczymy, z czego to wynika, i mam nadzieję, że wszyscy, którzy rozsądnie myślą, rozumieją to.

Czy po tylu latach pracy z rodzinami adopcyjnymi możesz śmiało powiedzieć, że rodzicielstwo adopcyjne potrafi być szczęśliwe, spełnione?

Tylko dla tych, którzy to zaakceptowali i którzy wiedzą, że dziecka adopcyjnego – podobnie jak dziecka biologicznego – nie wychowuje się dla siebie, ale dla świata. Rodzice są po to, by je w ten świat posłać – z najlepszym błogosławieństwem . 


Wiesława Sędziak - pedagog specjalny, w latach 1987-1993 wychowawca w Domu Dziecka w Poznaniu, od 1993 do chwili obecnej pedagog w Chrześcijańskim Ośrodku Adopcyjnym "Pro Familia" w Poznaniu. Prywatnie mama dwóch córek - Ani i Klary. (wszystkie teksty tego autora)

Katarzyna Kolska - dziennikarka, zastępca redaktora naczelnego miesięcznika "W drodze", absolwentka filologii polskiej i teologii, przez 13 lat pracowała w poznańskim oddziale "Gazety Wyborczej", autorka kilku książek, m.in. "Modlitwa poranna i wieczorna" (Olimp Media 2008) i "Moje dziecko gdzieś na mnie czeka. Opowieści o adopcjach" (Znak 2011, Wydawnictwo "W drodze 2016"). Jest mężatką, ma dwóch synów, mieszka w Poznaniu. (wszystkich teksty tego autora)

     


zobacz także

Z JEDNEGO GARNKA

Poddaj się, żeby wygrać

ZAMKNIĘTE W SŁOWIE

Nie ma życia na parafii

ZBIEG OKOLICZNOŚCI?


komentarze



Facebook