Archwium > Numer 521 (01/2017) > Jak skończy się świat > WIELKI DZIEŃ POWSZECHNEGO WSTYDU

WIELKI DZIEŃ POWSZECHNEGO WSTYDU
Każda moja decyzja w ciągu życia wpływa na to, jakie będzie rozstrzygnięcie. Każdy mój wybór kształtuje moją zdolność rozpoznania Chrystusa w chwili ostatecznego spotkania.

Roman Bielecki OP: Kiedy się skończy świat?

ks. Grzegorz Strzelczyk: Nie wiadomo. Jezus jako człowiek też tego nie wiedział.

To my tak sobie mówimy jako księża.

Nie, to mówi Jezus w Ewangelii: „O dniu owym lub godzinie nikt nie wie, ani aniołowie w niebie, ani Syn, tylko Ojciec” (Mk 13,32). To jedyny moment, kiedy Jezus wprost twierdzi, że czegoś nie wie. Ojcowie Kościoła nie wypracowali jasnego rozróżnienia pomiędzy boską i ludzką wiedzą Chrystusa, próbowali to jakoś obejść, bo bali się przypisać Mu ignorancję. Pisali na przykład, że On tak naprawdę wie, ale ukrywa to przed nami.

Może świat będzie istniał bez ludzi?

Raczej nie. Skoro początek był ze względu na człowieka, to koniec też będzie dotyczył ludzi. Do nich Chrystus ma powrócić.

Przypuśćmy jednak, że wzrośnie temperatura na Słońcu i Ziemia zostanie spalona.

Jest to możliwe. Pytanie, czy to będzie moment ponownego przyjścia Chrystusa.

Może będzie?

Opisy tego wydarzenia są symboliczne i na podstawie tekstów biblijnych nie jesteśmy w stanie jednoznacznie stwierdzić, czy będzie to wydarzenie duchowe, które wpłynie na materię, czy od razu duchowo-materialne.

To jakie mamy dane na temat końca świata?

Tylko i wyłącznie to, co jest napisane w Nowym Testamencie.

A co z nauczaniem proroków i zapowiedziami dnia sądu Bożego?

Eschatologia żydowska mówiąca o rzeczach ostatecznych zakładała, że moment przyjścia Mesjasza będzie momentem sądu, chwilą zakończenia jednego etapu historii i przejściem do nowego. To miał być Dzień Jahwe – moment triumfu Izraela. Wiemy, jak się to skończyło. Mesjasz przyszedł, ale nie został rozpoznany. W związku z tym wszystko, o czym czytamy na ten temat w Starym Testamencie, należało odczytać na nowo.

Lepiej by było, gdybyśmy znali datę końca. Wszyscy byśmy się nawrócili.

Myślę, że chodzi o wolność. Gdybyśmy znali datę swojej śmierci, to w istotny sposób wpłynęłoby to na nasze życie.

To chyba dobrze?

Nie wiem, czy Panu Bogu chodzi o tak silny bodziec motywujący. Raczej zależy Mu na tym, żeby człowiek kochał, nie będąc przymuszony perspektywą zbliżającego się sądu.

W takim razie po co to nerwowe powtarzanie: „Czuwajcie!”? Z jednej strony wolność, z drugiej jednak straszak, że jeśli nie czuwamy, to źle.

W liturgii wszystkie teksty dotyczące końca czytamy prawie w jednym momencie – w czasie kilku tygodni listopada i grudnia – i wtedy nieustannie oczekujemy. Potem nam jakoś przechodzi i przestajemy. Oczywiście znajdziemy w Ewangelii wezwania do oczekiwania połączone z zapowiedzią sądu. Tak jest u św. Mateusza. Ale już w redakcjach św. Jana, Łukasza czy Marka nie jest to tak uwypuklone.

Gdyby to nie było ważne, nie zwracalibyśmy na to uwagi.

Zgoda, tylko kto pisze Ewangelię? Ludzie, którym zabrano Pana Młodego, a którzy pamiętają, jak z Nim było dobrze. Pragnienie, żeby On powrócił, jest wśród nich bardzo żywe. W porównaniu do pierwszych wspólnot chrześcijańskich nasze wyobrażenie końca i jego skutków bywa zupełnie inne. Przez całe wieki straszyło się w Kościele sądem i potępieniem. To był sposób na wychowanie moralne, bo niewiele więcej działało. Trudno się dziwić, że dziś na hasło „sąd” nikt nie reaguje radością.

A mógłby inaczej?

Jeżeli miałby silniejsze doświadczenie miłosierdzia, czyli tego, że Bóg przebaczył mu grzechy, to śpiewałby z nadzieją „Maranatha – Przyjdź, Panie Jezu”, bo wiedziałby, na Kogo czeka. No ale jeśli ktoś otrzymał wychowanie oparte na przekonaniu, że ciągle musi się starać, bo ktoś notuje jego upadki po to, żeby mu je za chwilę wypomnieć, to w zrozumiały sposób nie będzie oczekiwał dnia sądu jako czegoś pozytywnego.

Takie wychowanie otrzymała większość z nas.

Pedagogia strachu to pozostałość po czasach, w których ludzie byli o wiele mniej wykształceni i uformowani w wierze. Z tego powodu duszpasterze sięgali do jasnych i wymownych obrazów tego, co czeka nienawracających się grzeszników.

Jak widać, w tym podejściu były błędy.

Ale może nie było innego narzędzia. Łatwo się osądza historię z perspektywy czasu. 

(...)

Dostęp do treści serwisu jest płatny.


Aby wyświetlić pełny tekst musisz być zalogowany
oraz posiadać wykupiony dostęp do tego numeru.


ks. Grzegorz Strzelczyk - ur. 1971, prezbiter archidiecezji katowickiej, dogmatyk, specjalizuje się w chrystologii, adiunkt w Katedrze Teologii Dogmatycznej i Duchowości Wydziału Teologicznego Uniwersytetu Śląskiego, dyrektor Ośrodka Formacji Diakonów Stałych Archidiecezji Katowickiej. Autor książek: "Traktat o Jezusie Chrystusie"; "Teraz Jezus"; "Wolność, wiara, Bóg. Rozmowy o chrześcijaństwie". (wszystkie teksty tego autora)

Roman Bielecki OP - ur. 1977, dominikanin, absolwent prawa KUL oraz teologii PAT, redaktor naczelny miesięcznika "W drodze", mieszka w Poznaniu. (wszystkich teksty tego autora)

     


zobacz także

TEOLOGIA WYZWOLENIA

I HAVE A DREAM

HERETYCY

KRÓTKA HISTORIA PEWNEGO ROZCZAROWANIA

MANIFESTOWAĆ CZY GŁOSIĆ?


komentarze



Facebook