ZRODZIŁ MNIE DLA CHRYSTUSA

Uśmiecham się do was, bo chyba nie powinniśmy się smucić, choć na pewno rozdziera nasze serca taka wczesna, jak powiedział biskup, śmierć, trochę niezaplanowana, tak po ludzku rzecz biorąc.

Wybrałem pierwsze czytanie (1 Kor 4,1–16), zmieniając trochę ducha dzisiejszej liturgii, o apostole, a nade wszystko o ojcu. Bo miałem wielu wychowawców, tutaj siedzi ojciec Czesław, mój magister – wybitny i dobry, bardzo dobry magister, jest ojciec Wojciech – mój kolejny magister – też bardzo dobry. Za naszych czasów tak nie osiwiał, to później.

Miałem wiele wybitnych autorytetów – teologicznych, duchowych, żyjących, nieżyjących, autorów, którzy mnie mnóstwo nauczyli, wielu braci, przyjaciół, świeckich sióstr i braci, którzy otwierali mnie na Pana Boga i na samego siebie. Ale tylko jednego ojca. Prawdziwego. Który zrodził mnie dla Chrystusa (1 Kor 4,15). I w zasadzie mógłbym tutaj zakończyć. Bo jeśli można powiedzieć o jakimś kapłanie, że zrodził innych dla Chrystusa, to już zamknął całe życie. Już może odejść.

Mój tato, którego pochowałem kilka lat temu, też mnie zrodził. Ale jak się jest dzieckiem, przynoszą małego do chrzcielnicy, potem wychowują. I trzeba się powtórnie narodzić. Sam św. Jan to powie. I właśnie Tomasz zrodził mnie. Święty Paweł mówi dziś: Ja was zrodziłem.

Ja was zrodziłem – to jest Tomasz. Wiem, że siedzi tutaj co najmniej setka osób albo więcej, których Tomasz zrodził dla Chrystusa. Zrodził przez swoje życie, słowo, modlitwę.

Pewna dziewczynka powiedziała, że ludzie, każdy człowiek, to są jakby słowa, którymi Bóg pisze swoją własną historię. I taki właśnie dla mnie jest Tomasz. To jest słowo Boga, przez które On sam – Bóg opowiedział mi swoją historię. Ja nie chcę tu opowiadać historii Tomasza, tylko chcę opowiedzieć historię Boga, którą snuł przez słowo, któremu na imię Tomasz. Nazwisko Alexiewicz.

Opowiedział mi tak niesamowitą historię, że dlatego jestem tutaj i nigdy stąd bym nie poszedł. Nigdzie. Bo dokąd miałbym pójść?

Poznałem Tomasza przed zakonem w 1984 roku. Wśród jego rozlicznych pomysłów, zaangażowań, trafionych intuicji, odważnych sposobów była Karawana, czyli pielgrzymka. Siedemnastka. Z Warszawy. W trudnych czasach.

Kiedyś odprowadzałem tam moją siostrę, która studiowała w Poznaniu. Wtedy go poznałem.

A potem jako student trafiłem pod skrzydła drugiego duszpasterza akademickiego, bo pierwszym był Tomasz Pawłowski, też już odszedł, w tym roku. Też go znacie.

Bo Tomasz Alexiewicz zawsze był drugi. Najpierw był w cieniu wielkiego Tomasza Pawłowskiego, potem jakby w cieniu wielkiego Jana Góry. Rok temu tutaj się gromadziliśmy, aby go pożegnać.

Zawsze w cieniu w klasztorze, nigdy nie był przełożonym, nie pełnił ważnych funkcji związanych z pewnym autorytetem. Zawsze był drugi. I to ma wielkie znaczenie. Bo to też jest słowo opowieści o Bogu, który nie chce się narzucić.

Tomasz był dla mnie opowieścią o Bogu, który mówi: Nie chcę się tobie narzucić. Nigdy, przenigdy nie usłyszałem od niego: musisz, trzeba. Tylko zawsze było zaproszenie apelujące do mnie, do wolności serca. Bo tak działa Bóg. Dlatego zostałem w Jerozolimie i tam powoli, powoli się rodziłem.

Drugim słowem, które Bóg powiedział o sobie samym do mnie było: Kocham cię. Nie znam nikogo – przepraszam, bracia, którym nie dorastam do pięt, jeśli chodzi o kaznodziejstwo, mam wielu, którzy są moimi niedościgłymi wzorami – ale nikt nie mówił tak o miłości Boga, jak Tomasz. To było więcej niż zaraźliwe, to fascynowało, otwierało, sprawiało, że się chce. To słowo, które przez niego Bóg do mnie mówił, dało mi taką moc, że jest fundamentem do dzisiaj niezachwianym głębokiego przekonania o miłości Boga – bezwarunkowej, totalnej, całkowitej, absolutnej miłości.

Opowieść, którą Bóg snuje przez człowieka często niezrozumiałego, nieznanego, drogiego, mówi o największych rzeczach, o całej historii zbawienia. I mówi: Kocham cię całkowicie. Na to można tylko odpowiedzieć miłością.

Takie było głoszenie Tomasza, że jak się już usłyszało, to tylko można odpowiedzieć: „Ja też chcę Cię kochać”. Ale nie chodzi o taką miłość sentymentalną.

Kiedy wszedłem dzisiaj do kościoła na nasze czuwanie, poczułem się jak na nocy miłosierdzia. Słynne noce. Wiele przepięknych kompozycji powstało wtedy, śpiewamy je do dzisiaj. I czuwaliśmy tu wiele, wiele godzin, zanurzając się w Bożym miłosierdziu. Otóż Bóg opowiadał mi przez niego, jak jest miłosierny. Naprawdę. Miłosierny nie tylko przez przebaczenie grzechów, ale miłosierny, bo będący przy mnie cały czas, szukający człowieka, a szczególnie uwalniający człowieka. To jest Bóg, w którego my wierzymy. Jego miłosierdzie jest uwolnieniem.

W teologii powiedzielibyśmy – zbawieniem, ale w doświadczeniu naszym – uwolnieniem serca, historii, życia. Kiedyś byłem zgorszony, że ta nasza „Jerozolima” jak magnes przyciąga ludzi pokiereszowanych, pogubionych, doświadczonych psychicznie przez różnego rodzaju choroby, wyśmianych, których omijaliśmy, chodząc ulicami… Ale czy nie takie właśnie jest Jego miłosierdzie?! Miłosierdzie, które szuka tego, który jest zagubiony? I mogę powiedzieć o Tomaszu, że nie robił nic innego, jak szukał, a znajdując, walczył. Dziesiątki, setki, a może nawet tysiące godzin modlitw o uwolnienie – i nie chodzi mi tu o jakąś technikę albo formę – chodzi o sam sens: Bóg pragnie każdego z nas wyzwolić do pełni dziecięctwa Bożego, do prostoty, do życia. To właśnie czynił Tomasz, i żył tym nieustannie. Bo i w sekty, to znaczy ośrodki informacji o sektach, był zaangażowany po to, by odnaleźć człowieka, który jest czymś zniewolony; powstające w różnych miejscach grupy anonimowych alkoholików, ludzi uzależnionych, które wyrastały jak grzyby tam, gdzie się Tomasz pojawił. Bo Bóg pragnie wyzwolić tych, którzy najbardziej potrzebują wyzwolenia. I tak było. Bóg, który daje wolność. To jest opowieść o Bogu, którą snuje przez Tomasza, przez jego słowo.

Kiedy siedziałem tutaj podczas naszego czuwania, przychodziły mi do głowy wszystkie obrazy – w tamtej chwili nie byłbym w stanie powiedzieć tej homilii, ponieważ wszystko mi się przypomniało. Konarzewo pod Poznaniem, Knurów, nyska, która jeździła chyba na różaniec, bo nie wiem, jakim prawem jeździła, dziesiątki rekolekcji, pielgrzymki, Ceradz, nie tylko „Jerozolima”, ale i Szczecin, Warszawa, Łódź.

Dwukrotnie byłem jego przełożonym. I dlatego mogę też powiedzieć jeszcze jedno słowo, które Bóg mówi, zaskakujące. Tomasz czasami się denerwował, ale nigdy, przenigdy, w różnych sytuacjach życia nie usłyszałem słowa mówiącego źle o innych, nigdy! Nawet wtedy, kiedy były trudne czasy komuny i rządzący sprawiali wielkie problemy. A czasami były konflikty w życiu zakonnym, w klasztorach, bardzo niedobre oceny pod adresem Tomasza, wykluczenia. Nigdy, przenigdy nie powiedział mi o nikim źle. A wiecie dlaczego? Benedicere. To znaczy błogosławić. Mówić dobrze. To Bóg tak mówi o nas. I przez Tomasza zaraził mnie tą opowieścią, żeby patrzeć na dobro i o nim opowiadać.

Nie wiem, jak on sobie radził z tymi napięciami, z tym złem, które widział… Ale naprawdę nie mówił złych słów. Tak jak Bóg… Bóg jeszcze bardziej nie powie złego słowa o żadnym z nas. Nawet jeśli zasłużylibyśmy na to po tysiąckroć, nie powie! I Tomasz mnie tego uczył. Czasem, będąc młodym, zaangażowanym, gorliwym, wyrywałem się z ocenami, osądem, i co wtedy robił? To jest kolejne słowo Boga – bardzo go za to ceniłem. Tomasz po prostu przytulał. Brał pod rękę albo położył ręce na głowę, albo pocałował w czoło, albo pobłogosławił, albo się uśmiechnął tym swoim najpiękniejszym uśmiechem. I wiecie, że to też jest opowieść o Bogu. Bo ja chcę tylko o Bogu opowiadać, bo tak robi Bóg wtedy, kiedy znajdziemy się w takich sytuacjach życia. To Pan przytula, dotyka, pieści. Takie niemęskie, bo wcale nie musi być męski. Wobec brata, przełożonego, księdza nie miał żadnych oporów. Żadnych! Podejrzewam, że i biskupa by też tak potraktował, jeśli trzeba by okazać miłość Boga.

Już za długo. Ale mógłbym snuć tę opowieść. Zakończę tą ikoną, która tu jest przed nami, taką trochę brzydką. Umiłowaną przez Tomasza w ostatnim etapie jego życia. Matka Boża Opiekunka Ubogich. Dużo się mówi o ubogich, że są drogą Kościoła. Papież Franciszek nam to nieustannie przypomina, ale przede wszystkim Ewangelia. Ubóstwo ma różne postaci i tam jest Bóg. I tą ikoną, która niszczy wszystkie kanony, Tomasz żył, bo jego serce było tam, gdzie są ubodzy duchem. Jeździł z nią, bo chciał pokazać, że każdy z nas – jak się przyjrzycie, zobaczycie takie szare miejsce – że każdy z nas jest tam i może być tam, w rękach Matki Bożej. Tomasz dał mi też prawdziwą, synowską miłość do Matki Bożej. To znaczy taką, że jesteśmy w jej ręku. Bo tak kocha Bóg człowieka. Jak ukochał umiłowanego Syna, który stał się człowiekiem dla naszego zbawienia. Tak Bóg kocha każdego z nas i chce, abyśmy znaleźli się w tym miejscu. To było największe i ostatnie pragnienie Tomasza. Ostatnie słowo Boga do nas. Bo reszta należy do mnie i do was. Tomasz zakończył swoją Ewangelię, ale to znaczy, że otworzył nasze karty. Aby teraz Bóg napisał słowa przez nas. O sobie i o swojej miłości do innych, do całego świata. Kropka nad i. Dobrze, że dziś jest Jana Apostoła i Ewangelisty. I nadzwyczajne jest to, że w okresie Bożego Narodzenia słuchamy, jak to biegną do grobu. Bo tam uwierzyli. Pan Bóg chyba chciałby, abyśmy się spotkali z Nim w tym doświadczeniu. Bo po śmierci Tomasza nagle uderzyło mnie pytanie: A może to wszystko to jest jakaś bujda, a może tam nic nie ma? Ja wiem dlaczego: żebym dzisiaj razem z Janem przybiegł, zobaczył i uwierzył. Amen.


Andrzej Kuśmierski OP - ur. 1966, dominikanin, duszpasterz, mieszka we Wrocławiu. (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

Przemogłeś mnie i pokonałeś

Gdzie diabeł nie może...

Nie bójcie się!

WINA I NAWRÓCENIE

KARNAWAŁ


komentarze



Facebook