Archwium > Numer 523 (03/2017) > Posty i kalorie > SZEŚĆ STĄGWI KEFIRU

SZEŚĆ STĄGWI KEFIRU
Jestem przeciwnikiem "ubóstwiania" postu i robienia zeń jakiegoś superprzykazania. Boli mnie koncentrowanie się na poście, wstrzemięźliwości i abstynencji przy jednoczesnym pomijaniu ważności zmysłowo odczuwalnego świętowania, cieszenia się, radości.

FOT. TIMUR SUGLAMBILEH / PEXELS.COM


Trzeciego dnia odbywało się wesele w Kanie Galilejskiej i była tam Matka Jezusa. Zaproszono na to wesele także Jezusa i Jego uczniów. A kiedy zabrakło kefiru, Matka Jezusa mówi do Niego: „Nie mają już kefiru”. Jezus Jej odpowiedział: „Czyż to moja lub Twoja sprawa, Niewiasto? Czyż jeszcze nie nadeszła godzina moja?”. Wtedy Matka Jego powiedziała do sług: „Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie”. Stało zaś tam sześć stągwi kamiennych przeznaczonych do żydowskich oczyszczeń, z których każda mogła pomieścić dwie lub trzy miary. Rzekł do nich Jezus: „Napełnijcie stągwie wodą!”. I napełnili je aż po brzegi. Potem do nich powiedział: „Zaczerpnijcie teraz i zanieście staroście weselnemu!”. Oni zaś zanieśli. A gdy starosta weselny skosztował wody, która stała się kefirem – nie wiedział bowiem, skąd on pochodzi, ale słudzy, którzy czerpali wodę, wiedzieli – przywołał pana młodego i powiedział do niego: „Każdy człowiek stawia najpierw dobry kefir, a gdy się napiją, wówczas gorszy. Ty zachowałeś dobry kefir aż do tej pory”. Taki to początek znaków uczynił Jezus w Kanie Galilejskiej. Objawił swoją chwałę i uwierzyli w Niego Jego uczniowie.

Ilekroć w Kościele w Polsce pojawia się temat zachowywania nakazanych postów, wstrzemięźliwości od pokarmów mięsnych, powstrzymywania się od zabaw lub abstynencji (a pojawia się często!), tylekroć sobie myślę, że w Biblii Tysiąclecia trzeba na stałe zmienić opis cudu w Kanie Galilejskiej i że początek drugiego rozdziału Ewangelii św. Jana powinien brzmieć tak, jak wyżej.

W odróżnieniu od zwierząt

Nie, nie jestem przeciwnikiem postu piątkowego, czy postu w ogóle. Co więcej, darzę wielkim szacunkiem wszystkich, którzy zachowując go, również w taki zewnętrzny sposób przyznają się do katolicyzmu i Kościoła. W Rosji, gdzie obecnie pracuję, wiara przetrwała komunistyczne prześladowania i represje dzięki babuszkom, czyli mądrym, pobożnym kobietom, które – wobec absolutnego braku księży i niemożności sprawowania Eucharystii – chrzciły, uczyły modlitw i przekazywały podstawowe zasady katolickiej wiary i praktyki. Przestrzeganie postu piątkowego było jedną z nich i bardzo skutecznie pomagało zachowywać katolicką tożsamość. Z wielkim szacunkiem, w sensie dosłownym, po rękach bym całował wszystkie te osoby, które również w ten sposób wiernie i mężnie wyznawały przekazaną im wiarę. Bo przecież wiara to nie tylko wewnętrzne przekonania, uczucia i doświadczenia. Wiara autentyczna zawsze jest i musi być wcielona, czyli taka, która wyraża się także na zewnątrz, w tym, co powszednie, co ludzkie, co cielesne, co odczuwalne i widoczne. A wszystko to potrzebne jest nie Panu Bogu, ale nam, bo jesteśmy ludźmi, czyli bytami również cielesnymi, którzy – by coś w pełni przeżyć i czegoś dogłębnie doświadczyć – potrzebują to jakoś poczuć, potrzebują, by odczuły to ich zmysły, a nie tylko ich wnętrze. Dlatego właśnie od wielu już lat przez cały Wielki Post nie jem mięsa i bardzo mi to pomaga w przeżywaniu tego okresu. Nie chodzi o to, że dzięki mniejszej niż zwykle dawce białka i tłuszczu zwierzęcego (mniejszej, bo przecież pozostają zupy na rosole, masło i inne tłuszcze zwierzęce) doświadczam w czasie czterdziestodniowego okresu przygotowania do Wielkanocy (co za koszmarna nazwa!) jakichś głębszych religijnych przeżyć. Nie. Po prostu dzięki temu, że nie jem mięsa, czuję (tak, to jest dobre słowo!), że czas, który przeżywam, jest inny i to czucie pomaga mi koncentrować się na jego inności. Dzięki niejedzeniu mięsa w Wielkim Poście wyraźnie, bardzo wyraźnie (!), czuję też zmianę, która następuje wraz z Wielkanocą. Innymi słowy, czterdziestodniowa wstrzemięźliwość od pokarmów mięsnych pomaga mi doświadczyć tego, co w bardzo konkretny sposób odróżnia nas od zwierząt i czyni ludźmi, czyli umiejętności rozróżniania poszczególnych okresów naszego życia i umiejętności świętowania. Bo – jak powiedział mi mój świętej pamięci dziadek, gdy przy wędzeniu kiełbas w Wielki Piątek spytałem go, dlaczego nie możemy ich po kawałeczku spróbować – tylko krowy jedzą to samo w Wielki Piątek i w Wielkanoc, a my nie.

Ekspert ci wszystko wyznaczy

Jestem natomiast przeciwnikiem swoistego „ubóstwiania” postu i robienia zeń jakiegoś superprzykazania. Boli mnie koncentrowanie się na poście, wstrzemięźliwości i abstynencji przy jednoczesnym pomijaniu ważności, a właściwie konieczności również zmysłowo odczuwalnego świętowania, cieszenia się, radości i przyjemności. Boli mnie, że zamiast szaleć z radości z powodu zbawienia, które przydarzyło się nam jak ślepej kurze ziarno, pogrążamy się w kazuistyce, która nakazuje tej kurze świętowanie znaleziska bez zbytniego gdakania. Proszę mi wybaczyć banalność i miałkość porównań, ale czyż to nie ten sam poziom co pytania: A jeśli przegryzłem, ale wyplułem, to się liczy czy nie? Czyż nie na tym samym poziomie są wszelkie dyskusje o tym, kiedy powinniśmy pościć, na czym ten post ma polegać, czego konkretnie dotyczyć, w jakim zakresie obowiązuje każdego z nas, w jakich wypadkach możemy prosić o udzielenie dyspensy i – jeśli ją otrzymamy – na jakie inne formy pokuty możemy go zamienić?

Staliśmy się biegłymi znawcami starej i nowej wersji pięciu przykazań kościelnych, fachowcami od określania tego, czy kaszanka to mięso czy nie, specjalistami od precyzowania wieku, od którego do którego post bezwzględnie obowiązuje, i ekspertami w rozróżnianiu między liturgicznymi świętami a uroczystościami, bo tylko te ostatnie znoszą post. Natomiast w święta przypadające w piątek można się oczywiście cieszyć i świętować, ale tak raczej skromnie i bez przesady, bo to jednak tylko święto, a nie zapominajmy, że właśnie dziś, w piątek, Pan Jezus umarł za nas na krzyżu.

Walka postu z Bożym Narodzeniem…

Ta drobiazgowa kazuistyka prowadzi czasem do groteskowych wręcz sytuacji, z których sztandarową jest oczywiście piątek w oktawie Bożego Narodzenia. Oktawa to oktawa, czyli ośmiodniowe świętowanie jakiegoś niezwykle ważnego wydarzenia naszej wiary (wszak nie wszystko świętujemy aż przez osiem dni). W Boże Narodzenie świętujemy tajemnicę Wcielenia, czyli niesamowitą i zmieniającą wszystko prawdę o tym, że wszechmogący Bóg stał się człowiekiem. Takim, jak my. Z liturgicznego punktu widzenia samo Boże Narodzenie to uroczystość, ale już jego oktawa to tylko święto. Ale, na litość Boską, przecież nie oznacza to, że w oktawie, czy w któryś z jej dni, mamy się cieszyć i świętować mniej. Tymczasem co roku temat postu w oktawie Bożego Narodzenia (bo nie może być oktawy bez piątku!) jak morska fala wraca z tą samą intensywnością: jedni biskupi specjalnymi dekretami na papierze firmowym opatrzonym pieczęcią udzielają dyspensy na terenie swoich diecezji, inni biskupi nie wypowiadają się i należy przypuszczać, że na terenach ich diecezji ten post niezmiennie obowiązuje. Efektem jest zamęt w sumieniach osób najbardziej wrażliwych. Bo część wierzących w ogóle się tym nie przejmie, albo nie usłyszy, albo zapomni, ale jest wielu takich, którzy będąc na feriach czy „w gościach”, z niepokojem próbują sprawdzać, na terenie jakiej diecezji się znaleźli i czy akurat tu post obowiązuje, czy nie. Są też i tacy, wcale ich niemało, którzy słysząc w ogłoszeniach parafialnych informację o dyspensie, pomyślą sobie: dyspensa to zawsze jakieś poluzowanie i ułatwienie, więc dla pewności lepiej się trzymać tego, co zawsze, a nie wymawiać się jakimś świętowaniem. Kochani księża biskupi, podejmijcie raz na zawsze wspólną decyzję, która wszystkim nam, również w piątek po Bożym Narodzeniu, pozwoli bez obaw grać skocznie Dzieciąteczku na lirze!

W obecnej sytuacji gubi się przecież nie tylko radość z Bożego Narodzenia, nie tylko wyrazistość tajemnicy Wcielenia, ale też sens samego postu, który w chrześcijaństwie nigdy nie jest celem, lecz zawsze środkiem. Ma on jedynie pomagać w bezpośrednim doświadczeniu Pana Boga i podprowadzać do radości spotkania z Tym, który dla nas nie tylko się narodził, ale też dla nas umarł i zmartwychwstał.

…i z Wielkanocą

Właśnie. Zmartwychwstanie. To kolejna, tym razem absolutnie najważniejsza tajemnica i prawda naszej wiary, w której właściwym świętowaniu przeszkadza nam „ubóstwianie” postu. Przecież Wielkanoc i następujący po niej okres wielkanocny, aż do Zesłania Ducha Świętego, to pięćdziesięciodniowy karnawał radości ze zwycięstwa Chrystusa nad grzechem i śmiercią, który Kościół każe nam świętować „jak jeden dzień”. Na pokutę i post, również ten piątkowy, nie ma tu miejsca. A wszystko to nie dlatego, że ktoś nie docenia wagi męki Chrystusa, ale dlatego, by również cieleśnie, a nie tylko duchowo, odczuć radość ze Zmartwychwstania. Bo ono jest najważniejsze. Bez niego męka Pana Jezusa nic by nam nie dała. Pisałem kiedyś o tym wszystkim dość obszernie i dość żartobliwie – jak na tematykę radości paschalnej przystało – w tekście „Niech żyją prostytutki z Salamanki!”. Nie chcę się powtarzać, ale wspomnę tylko, że nabożeństwa drogi krzyżowej odprawiane w tym okresie (również w oktawie Wielkanocy!) i obsesyjne wręcz przypominanie, że post piątkowy w okresie wielkanocnym nie obowiązuje tylko w piątek oktawy Wielkanocy, wciąż bardzo mnie bolą. Tłumią bowiem żywioł radości paschalnej, sprawiając, że owszem, cieszymy się, ale głównie wewnętrznie, tak bardziej duchowo, tak nie w pełni, tak nie do końca, tak półgębkiem, jakbyśmy mieli jakieś postne zajady na ustach. A przecież radość paschalna to coś, co powinno nas rozsadzać od środka, co powinno być widoczne z daleka i co powinniśmy wyrażać na wszelkie możliwe sposoby. Skoro, jak nam mówi Księga Nehemiasza, powracający z niewoli babilońskiej Izraelici aż do łez się cieszyli z tego, że znów mogą publicznie czytać i słuchać Księgi Prawa, to jak powinniśmy się cieszyć my, których Pan nie tylko wyrwał z dołu zagłady i z otchłani grzechu, ale też pozwala nam to wspólnie świętować! Toż to powinna być pięćdziesięciodniowa eksplozja radości po czterdziestodniowej pokucie. Bo jak mówi mądry Kohelet: „jest czas płaczu i czas śmiechu, czas zawodzenia i czas pląsów”, że o „czasie pieszczot cielesnych” nie wspomnę… Niech mi nasi biskupi wybaczą, ale będąc proboszczem, nieraz na koniec liturgii Wigilii Paschalnej zachęcałem moich parafian do świętowania pełną gębą wszystkich pięćdziesięciu dni Wielkanocy (z piątkami włącznie!), mówiąc: „Ten dzień (czyli cały okres Wielkanocy!) jest poświęcony Bogu waszemu, Panu. Nie bądźcie smutni i nie płaczcie! Idźcie, spożywajcie potrawy świąteczne i pijcie napoje słodkie. A nie bądźcie przygnębieni, gdyż radość w Panu jest ostoją waszą”. I choć nie wiem, czy – podobnie jak u Nehemiasza – „cały lud poszedł, by jeść i pić i wyprawić wielki obchód radosny, gdyż zrozumieli to, co im ogłoszono”, to jestem przekonany, że głosić trzeba. I prosić trzeba: Kochani księża biskupi, a gdybyśmy tak sobie pozwolili na nieprzerwaną, pięćdziesięciodniową radość paschalną? Przecież w chrześcijaństwie najważniejsza jest miłość i wynikająca z niej – amoris laetitia.

Bóg bez zegarka

Słówko o tej miłości w kontekście postu, o którym piszę od początku. Miałem szesnaście lat, gdy razem z grupą młodzieży z naszej parafii wybrałem się na rajd w Góry Świętokrzyskie. Po długiej wędrówce dotarliśmy do sanktuarium na Świętym Krzyżu. Choć był to dzień powszedni, to – jak na porządnych młodych katolików przystało – chcieliśmy uczestniczyć we mszy świętej. Było już jednak późno i wieczorna msza w kościele już dawno się zakończyła. Ponieważ nie było innej możliwości, pomodliliśmy się przed tabernakulum i zarządziliśmy kolację. Byliśmy w jej trakcie, kiedy do sanktuarium dotarł starszy mężczyzna, którego wcześniej wyprzedziliśmy na szlaku. Wciąż spokojnie jedliśmy na trawie przed sanktuarium, gdy wyszedł do nas brat zakrystian, mówiąc, że możemy uczestniczyć we mszy, która niebawem się zacznie w kościele, bo – jak się okazało – ten starszy mężczyzna to ks. prof. Włodzimierz Sedlak, który jeszcze nie odprawiał mszy świętej, więc jeśli nadal chcemy… Pewnie, że chcieliśmy, tyle tylko, że msza miała być za chwilę, a my dopiero co jedliśmy, więc nie mieliśmy szans na zachowanie godzinnego postu eucharystycznego. Podszedłem więc do księdza Sedlaka, przedstawiając sytuację i pytając, co mamy robić. Patrząc mi prosto w oczy, spokojnie i z wielką życzliwością odpowiedział tak: „Słuchaj! Na całe życie zapamiętaj sobie dwie rzeczy: we wszystkim najważniejsza jest miłość, a Pan Bóg nie ma zegarka”.

Zapamiętałem. A nawet gdybym zapomniał, to przypomniałbym sobie kilka lat temu. Byłem w Irlandii i jeden z naszych starszych ojców opowiadał historię związaną z dniem jego pierwszej komunii. Przygotowywał się doń bardzo długo i starannie i chciał go przeżyć, jak tylko można najlepiej, czyli będąc grzecznym i pamiętając o mającym przyjść do niego tego dnia Panu Jezusie. Dlatego bardzo wcześnie się obudził i – żeby wyręczyć zapracowaną mamę – sam postanowił sobie przygotować śniadanie. Do głębokiej miski nasypał płatków kukurydzianych, zalał mlekiem i… gdy przełknął pierwszą łyżkę porannego posiłku, przypomniał sobie o poście eucharystycznym, który wówczas obowiązywał nie godzinę przed komunią świętą, ale od północy do momentu przyjęcia komunii, bez względu na to, kiedy rozpoczynała się msza. Przejęty strachem poszedł obudzić mamę, która – jak opowiadał – wpadła w panikę. Natychmiast ubrała siebie i jego, i razem, w ciemny i deszczowy irlandzki poranek, poszli do domu wikarego prosić o radę i pomoc. Wikary odpowiedział, że ta sprawa przekracza jego kompetencje, więc od wikarego poszli do domu proboszcza. Ten otworzył im drzwi, wysłuchał, po czym odpowiedział, że niestety, ale on nie może wziąć tego ciężkiego grzechu na swoje sumienie. Nasz ojciec przystąpił do pierwszej komunii w następną niedzielę. Sam. Cała jego klasa grzecznie i bezgrzesznie, czyli z zachowaniem postu eucharystycznego, przyjęła Pana Jezusa tydzień wcześniej. Ile razy myślę o tej historii, chce mi się płakać. Widzę ośmioletniego piegowatego, rudego chłopca, któremu nie pozwolono przystąpić do komunii, bo „zgrzeszył”, zjadłszy wcześniej łyżkę mleka z płatkami kukurydzianymi, a nie spotkał nikogo, kto by mu powiedział, że miłość jest najważniejsza, a Pan Bóg nie ma zegarka. Chce mi się płakać, gdy sobie pomyślę, że na skutek „ubóstwiania” jakiegoś nakazu czy zakazu też mogłem, mogę lub mógłbym kogoś tak potraktować.

A był sierpień, pogoda prześliczna…

Jest w Kościele w Polsce jeszcze jeden post. Co prawda nie od mięsa, ale post. Sierpniowy. Zdaję sobie sprawę, że zanim cokolwiek napiszę w tej kwestii, muszę złożyć coś w rodzaju osobistego oświadczenia. Już to czynię. Mam 54 lata, z czego prawie połowę, czyli 26 przeżyłem w całkowitej abstynencji od alkoholu. Przez pozostałe lata, kiedy dla podkreślenia radości ze spotkania czy też uroczystości chwili sięgam po alkohol (wino), nigdy nie zdarzyło mi się w jakikolwiek sposób utracić kontroli nad sobą, nad tym, co świętuję, lub zapomnieć, po co w tym wszystkim alkohol. Bo to przecież zawsze tylko dodatek, jak kwiatek w butonierce, mający zaznaczyć wyjątkowość chwili czy spotkania, nigdy zaś jego główny bohater. Takiego podejścia do alkoholu uczyłem jako duszpasterz moich studentów; jako przełożony przypominałem o nim moim współbraciom, a tym, którzy sobie z tym nie radzili, starałem się pomagać. Takie podejście do alkoholu praktykuję również teraz, pracując w Rosji. Bo choć alkohol jest dla ludzi, to – jak z wieloma innymi kwestiami w naszym życiu – jeśli chcemy, by on służył nam, a nie na odwrót, musimy podchodzić do niego z rozwagą i ostrożnością. Zdaję sobie bowiem sprawę, że – parafrazując słowa Pisma – „alkohol nie ma względu na osoby, lecz w każdym pokoleniu miły jest mu ten, kto go pije i chodzi jego drogami”.

Co powiedziawszy, chcę oświadczyć, że choć rozumiem intencje i założenia ideowe sierpniowej abstynencji (wcześniej mówiono o zachęcie do trzeźwości), to zasmuca mnie ona.

Po pierwsze dlatego, że – moim zdaniem – wpisuje się w obraz katolickiego świętowania półgębkiem, bez pełnej radości, a już na pewno przy maksimum wyrzeczenia i minimum przyjemności. Dobrze wiem, że w sierpniu nie świętujemy ani Bożego Narodzenia, ani Zmartwychwstania Pańskiego. Ale świętujemy wakacje! Czyli, mówiąc językiem biblijnym, świętujemy ten siódmy dzień, „w którym Bóg odpoczął po całym swym trudzie, który podjął”. Tak, odpoczynek jest ważny i jest święty! Jak mówi Pismo, Bóg „pobłogosławił ów siódmy dzień i uczynił go świętym”. Tyle mówimy o potrzebie świętowania niedzieli, ale przecież świętowanie wakacji jest tak samo ważne. Czy niezbędny jest do tego alkohol? Absolutnie nie. Z wielkim szacunkiem odnoszę się zarówno do całkowitych abstynentów, jak i do tych, którzy taką abstynencję podejmują czasowo. Ale dlaczego wzywać do niej w wakacje? Kochani księża biskupi, dlaczego listów na ten temat nie piszecie do nas na początku Wielkiego Postu, kiedy podejmowanie aktów pokutnych jest nie tylko naturalne, ale ze wszech miar wskazane? Czy naprawdę „nie ma rady na to”?

Dlaczego w czasie wakacyjnego świętowania i odpoczynku niepokoić ludzi wezwaniami do abstynencji? Dlaczego nie pozwolić im się cieszyć również w ten sposób? Bo choć alkohol nie jest do radości niezbędny, to przecież może jej pomóc, może ją uczynić jeszcze większą. Gdyby tak nie było, gdyby Pan Jezus nie wierzył, że – jak mówi Psalm 104 – wino rozwesela serce ludzkie, to w Kanie Galilejskiej zdecydowanie poszedłby w kefir! I proszę nie mówić, że to było tylko wino. Przy kilkuset litrach, które Pan Jezus im zafundował, niejednemu z weselników serce rozweseliło się aż za bardzo. Ale widocznie dla Pana Jezusa ta radość była ważna. Wesele to wesele!

Jest jeszcze drugi powód, dla którego wzywanie do sierpniowej abstynencji mnie smuci: chodzi o wiązanie ludziom ciężarów nie do uniesienia. Bo – jak zawsze – są tacy, którzy się tym w ogóle nie przejmą; są tacy, którzy – łamiąc własne sumienia – wypiją jakieś piwo po kryjomu; są tacy (tych jest najwięcej!), którzy witając gości przy stole, zaczną od słów: „Co prawda mamy sierpień, ale…” lub też (drugi wariant tego samego), gdy goście już sobie pójdą, to wtedy, we własnym gronie… Są też i tacy, których darzę największym szacunkiem. To zarówno ci, którzy świadomie i dobrowolnie podejmują abstynencję, jak i ci, którzy bez żadnej hipokryzji używają alkoholu w sierpniu tak samo, jak w pozostałe miesiące – z klasą i kulturą. Jednak nawet wzięci razem stanowią oni najmniejszą grupę. U zdecydowanej większości sierpniowe wezwanie skutkuje zamętem, bo jest niezrozumiałe i niemożliwe do spełnienia, a reguła niemożliwa do spełnienia zawsze demoralizuje. Nie z ich winy. Z powodu nałożenia ciężarów nie do uniesienia.

Z najpożywniejszego mięsa, z najwyborniejszych win

I na koniec wisienka na torcie, bo post postem, ale deser się należy. Ta historia wzrusza mnie już trzydzieści pięć lat, bo po raz pierwszy przeczytałem ją w nowicjacie. Rzecz dzieje się w początkach Towarzystwa Jezusowego w Portugalii. Grupka jezuitów pod przewodnictwem ojca Andrzeja Oviedo SJ, późniejszego misjonarza, biskupa i patriarchy Etiopii, zostaje wysłana do Coimbry, by tam założyć nasze kolegium. Oprócz własnej wiedzy i błogosławieństwa przełożonych nie mają nic, co mogłoby im w tym pomóc. Po przybyciu na miejsce w ciągu dnia posługują w szpitalach, głoszą kazania na placach i słuchają spowiedzi, a nocą – nie mając żadnego innego lokum – śpią na słomie w starym, wielkim piecu opuszczonej i dawno nieczynnej cegielni. Cierpią chłód i głód, które wraz z nadejściem zimy coraz bardziej dają im się we znaki. Nie zniechęcają się jednak, lecz wytrwale pracują nad powierzoną im misją. Zbliża się Boże Narodzenie, dzień, w którym cały Kościół świętuje tajemnicę Wcielenia, ciesząc się z tego, że Bóg stał się człowiekiem. Przełożony wspólnoty, wspomniany wcześniej ojciec Oviedo, bardzo chce pomóc swoim współbraciom w doświadczeniu i przeżyciu tej świątecznej radości i dlatego… sprzedaje jedyną cenną rzecz, którą mieli, czyli jedyny egzemplarz Biblii, i za uzyskane pieniądze kupuje wspólnocie wino na święta! Tak, wino! Bo najważniejsza jest zawsze miłość! Ważniejsza niż wszystkie posty i wyrzeczenia. W nowicjacie byłem jeszcze całkowitym abstynentem, ale – odkąd przeczytałem tę historię – wyobrażałem sobie, jaki szczególny smak musiało mieć dla nich to świąteczne wino. I choć lubię kefir, to do świętowania Miłości, która mi się przytrafiła, i radości bycia uratowanym, nijak się on nie nadaje. Gdy Ojciec odnalazł mnie – grzesznika, kazał przyprowadzić utuczone cielę, ucztować i bawić się. Kazał przygotować ucztę z najpożywniejszego mięsa i z najwyborniejszych win. Tak się świętuje Miłość! Jest tego warta! Zawsze jest najważniejsza! 


Wojciech Ziółek SJ - ur. 1963, jezuita, uratowany grzesznik, teolog biblijny, duszpasterz. W latach 2008-2014 prowincjał krakowskich jezuitów. Wcześniej długoletni duszpasterz akademicki i proboszcz. W 2015 roku, wraz z Anną Sosnowską, wydał "Zioło-lecznictwo, czyli wywary na przywary". Obecnie pracuje jako wikariusz w jezuickiej parafii w Tomsku na Syberii. (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

BO JEST W NIM PAN JEZUS

...WIĘC NIE ŻAŁUJ JEJ DLA MNIE!

ŻEBY SYBERIA MNIE NAWRÓCIŁA

TWOJA KOLEJNA PORAŻKA

ŻYWOT WIECZNY. AMEN


komentarze



Facebook