Archwium > Numer 526 (06/2017) > Rozmowa w drodze > MY, CZWARTY STAN KOŚCIOŁA

MY, CZWARTY STAN KOŚCIOŁA
Nie można patrzeć na siostry w klasztorach jak na osoby, które zostały tam wciągnięte, zamknięte i przykute łańcuchami do ściany. Ślub posłuszeństwa nie jest niewolnictwem. To ja chcę podporządkować moje życie Panu Bogu.

FOT. ARTUR PAWŁOWSKI


Katarzyna Kolska: Czyją siostra jest siostrą?

s. Jolanta Olech: Na pewno jestem siostrą mojej rodzonej siostry, z którą łączą mnie więzy krwi.

Po drugie, jestem siostrą kobiet we wspólnocie, do której należę, a „zgromadziła nas tu – o czym przypominamy sobie codziennie podczas wieczornej modlitwy – miłość Chrystusa”. To jest bardzo silny rodzaj więzów.

Jestem też siostrą wielu ludzi, z którymi życie mnie w różny sposób powiązało. Oczywiście są to już inne więzy – przyjaźni, pomocy, dogadywania się w jakichś sprawach, a czasem niedogadywania się.

Czym jest wspólnota, w której siostra żyje?

Wszystkie wspólnoty życia zakonnego, nie tylko moja czy ta z sąsiedniej ulicy, powstawały po to, żeby „iść za Chrystusem drogą rad ewangelicznych” – jak mówią dokumenty Kościoła,wprowadzać w życie i przeżywać razem wartości wypływające z Ewangelii. To nie my wybieramy wspólnotę, tylko wybiera nas Pan Bóg. Ciągle przypomina nam o tym Ewangelia. „Nie wyście Mnie wybrali, ale ja was wybrałem i posłałem”. Jesteśmy tutaj, bo Pan Bóg nas powołał do swej służby i do tej konkretnej wspólnoty.

Dlaczego siostry nie mówią do siebie po imieniu tylko per siostro?

Jest to tradycja, która idzie przez wieki. W klasztorze w pewnych rzeczach jesteśmy o jakieś pokolenie do tyłu i trudno nam się rozstać z niektórymi przyzwyczajeniami. Ale w naszych zgromadzeniach już od wielu lat siostry zwracają się do siebie po imieniu.

To chyba lepsze niż taki sztuczny dystans.

Z całą pewnością. Choć do dzisiaj są wspólnoty, które mówią do siebie „wasza miłość”, bo tak ustanowił założyciel. Czy im to przeszkadza w siostrzaności? Nie wiem. To jednak pokazuje, jak trudno zmienić pewne zwyczaje.

Jak na przykład to, żeby idąc na wycieczkę w góry, pozbyć się habitu?

Z tym pozbyciem się habitu to trochę przesada. Pani jest kobietą, widzę, że elegancką. Niech pani sobie wyobrazi, że rano ma pani wystąpić w habicie, a w południe już w stroju świeckim. Dla kobiety to nie jest takie łatwe. Łatwa jest zmiana dla księdza, bo wsadzi habit czy sutannę do szafy i już może być uważany za pana, bardziej czy mniej eleganckiego. My jednak musimy zadbać czy to o włosy, czy o strój. Dochodzą do tego też względy finansowe.

Poza tym, gdy trzeba, to zdejmujemy habit. Tylko nie trąbimy o tym na prawo i lewo. Bo i po co? Nasza założycielka św. Urszula Ledóchowska w pierwszych Konstytucjach w 1923 roku zapisała możliwość chodzenia w stroju świeckim ze względów apostolskich. Dziś te powody są liczniejsze, ale czy możliwość chodzenia po świecku to koronny dowód na nowoczesność?

Nie chcę nikogo gorszyć, ale kiedy urszulanki w Pniewach kupiły posiadłość, gdzie powstał nasz pierwszy dom w Polsce, to do tej posiadłości należało jezioro, które dziś jest już własnością miasta. I siostry w latach dwudziestych XX wieku się w tym jeziorze kąpały. Wyobrażam sobie, jakie piękne były te kostiumy kąpielowe. Ale były. I nikomu nie przychodziło do głowy, żeby oskarżać siostry o to, że są niemoralne czy że są rewolucjonistkami, bo zdjęły habit i poszły się kąpać. Teraz już trudno do tego jeziora chodzić, bo po pierwsze jest potwornie brudne, a po drugie dla ludzi byłaby to sensacja. Zapewniam panią, że siostry, które chcą i potrzebują, chodzą na basen, często jeżdżą na wypoczynek nad morze i w góry.

Jadą po cywilnemu?

Oczywiście, że

(...)

Dostęp do treści serwisu jest płatny.


Aby wyświetlić pełny tekst musisz być zalogowany
oraz posiadać wykupiony dostęp do tego numeru.


Jolanta Olech USJK - urszulanka szara, z wykształcenia socjolog, pracowała w domach zgromadzenia we Włoszech, w Skandynawii i w Polsce. Przez wiele lat należała do zarządu generalnego zgromadzenia. Była konsultorką Kongregacji ds. Instytutów Życia Konsekrowanego; przewodniczącą Konferencji Przełożonych Wyższych Żeńskich Zgromadzeń Zakonnych w Polsce, a dziś jest sekretarką generalną tej Konferencji. Mieszka w Warszawie. (wszystkie teksty tego autora)

Katarzyna Kolska - dziennikarka, zastępca redaktora naczelnego miesięcznika "W drodze", absolwentka filologii polskiej i teologii, przez 13 lat pracowała w poznańskim oddziale "Gazety Wyborczej", autorka kilku książek, m.in. "Modlitwa poranna i wieczorna" (Olimp Media 2008) i "Moje dziecko gdzieś na mnie czeka. Opowieści o adopcjach" (Znak 2011, Wydawnictwo "W drodze 2016"). Jest mężatką, ma dwóch synów, mieszka w Poznaniu. (wszystkich teksty tego autora)

     


zobacz także

A NUT NIE LUBIŁ

Minuta trwa całe wieki

Nie ma życia na parafii

MIĘDZY NAMI

PO KROPCE


komentarze



Facebook