PLACEBO
Najbliżej szczęścia jesteśmy wtedy, gdy sądzimy, że jesteśmy najbardziej nieszczęśliwymi istotami pod słońcem. Wtedy właśnie stajemy wobec szansy przybliżenia się do szczęścia, choć zawsze tylko po części.

Mamy wreszcie, a właściwie znowu, doskonały przepis na szczęście, o tajemniczej nazwie hygge. Aż dziw bierze, że psycholodzy nie pozamykali jeszcze gabinetów. A zatem: „Jak wnieść hygge do swojego życia? Angażuj dzieci w codzienne czynności – wspólne gotowanie, prace domowe. Dzięki temu spędzicie razem czas, którego tak często brakuje zagonionym rodzicom. Podczas spożywania posiłków z bliskimi wyłączcie telewizor i odłóżcie telefony – skupcie się na czerpaniu przyjemności z bycia razem. Zaproś przyjaciół do swojego domu i ugotuj im coś dobrego, a jeśli nie masz zdolności kulinarnych, po prostu uprzedź znajomych, żeby przynieśli coś ze sobą. Spraw, żeby twój dom był bardziej hyggelig, czyli ciepły i przytulny. Rozpal w kominku, obłóż sofę miękkimi poduszkami, na stole ustaw bukiet polnych kwiatów, a na komodzie zdjęcia i pamiątki rodzinne. Unikaj ostrego światła – zamiast tego w każdym pokoju zamieść kilka punktów świetlnych, np. w postaci kinkietów oraz lamp stojących w różnych miejscach”1 – radzi Aleksander Urbaniak.

Dobre to rady, warto dbać o przyjaciół i dom. Zwłaszcza teraz, gdy w cenie jest model życia, nazwijmy go, bezwzględnego wojownika-najemnika. Służy każdemu, kto więcej zapłaci. Co jednak począć, kiedy zaproszony do naszego hyggewskiego domu znajomy, jadąc na umówioną kolację, po drodze miał wypadek i zginął? Z całą pewnością ta śmierć nie sprzyja relaksowi przy świecach, ale jeśli zmarły miał przyjaciół, takie skrzyknięcie się, np. do restauracji, z pewnością pomoże poszkodowanym przetrwać najtrudniejsze momenty. Zmarły także nie będzie musiał odchodzić, tym bardziej nie będzie kimś do wyrzucenia z pamięci, zacznie istnieć w przyjaciołach w nowy sposób. Tym samym zacznie uczyć przyjaciół, jak żyć, jak kochać kogoś, z kim nie można już przebywać w dotychczasowy sposób. Kogo nie można już widzieć, dotknąć, uściskać, porozmawiać, pocałować, nie mówiąc o miłosnym współżyciu.

Gorzej jeśli człowiek zacznie to hygge traktować technicznie, jako niechybny sposób na uzyskanie czy wyprodukowanie szczęścia, tak jak się produkuje dobra materialne. Jeśli zacznie mniemać, że wystarczy zapalić kilka świec, wstawić kwiaty do wazonu i postawić butelkę wina na stole, dobierać miłe słówka i podwatować je piękną muzyką, i już samo to sprawi, że dostąpimy totalnego szczęścia. Niekoniecznie tak się musi stać.

Zaczęło się w Edenie

Popatrzmy na pierwsze rozdziały Księgi Rodzaju. Widzimy, jak Ewa z Adamem ulegają perswazji węża, który podobnie jak Bóg, przedstawił im swoją propozycję na życie. Przyjaźń, zaufanie, wzajemna odpowiedzialność, troska o wspólną przyszłość idą w kąt. Wąż, podobnie jak Bóg, obiecuje im szczęśliwe życie, ale w przeciwieństwie do Boga proponuje inne sposoby zdobycia owego upragnionego celu. Zasiewa w Ewie i Adamie podejrzliwość względem Boga. Mówi, że Bóg coś przed nimi ukrywa, że nie dał im wszystkiego, ale tylko troszkę, tym samym nakłania ich do wydarcia Bogu tego, czego ludziom poskąpił. Jednym słowem szczęście można uzyskać wyłącznie na drodze walki, która zwycięzcom zapewni dominację, panowanie nad rzeczywistością. Autor Księgi Rodzaju opowiada: „A wąż był bardziej przebiegły od wszystkich zwierząt polnych, które Pan Bóg uczynił. Rzekł on do kobiety: »Czy Bóg rzeczywiście powiedział: Nie wolno wam jeść ze wszystkich drzew tego ogrodu?« Kobieta odrzekła: »Owoce z drzew tego ogrodu jeść możemy, lecz o owocach drzewa, które jest w środku ogrodu, Bóg powiedział: Nie będziecie z niego jeść, a nawet go dotykać, abyście nie umarli«. Odparł wążkobiecie: »Na pewno nie umrzecie. Ale Bóg wie, że gdy zjecie ten owoc, otworzą się wam oczy i staniecie się jak Bóg: poznacie dobro i zło«.Wtedy kobieta spostrzegła, że owoce tego drzewa ładnie wyglądają, są dobre do jedzenia i do zdobycia wiedzy. Sięgnęła więc po owoc, zjadła i dała też mężczyźnie, który był przy niej, a on zjadł.Wtedy obojgu otworzyły się oczy i poznali, że są nadzy. Zerwali więc liście z drzewa figowego i zrobili sobie przepaski” (Rdz 3,1–7).

Stało się. To piękne spotkanie, w sercu Edenu, miejsca najszczęśliwszego z najszczęśliwszych, kończy się potwornym rozczarowaniem. Bohaterowie tej popołudniowej przekąski już nie mogą na siebie patrzeć, za chwilę ich synowie dopowiedzą ciąg dalszy tej historii. Popłynie krew, a nam zostanie pytanie: „Kainie, gdzie jest twój brat, Abel?” (Rdz 4,9). Myśląc zatem o szczęściu, nie można nie myśleć o innych ludziach, o całej rzeczywistości, gdyż na razie naszym Edenem jest ta ziemia, ten wszechświat. Grzech Adama i Ewy nie jest kwestią posłuszeństwa, oni nie zauważyli, że są przecież szczęśliwi. Dali sobie wmówić, że są nieszczęśliwi.

Pobrudzeni

Pewnego razu „podeszli do (Jezusa) uczniowie (…) A On rzekł: »To i wy wciąż jeszcze nie rozumiecie? Nie dostrzegacie, że wszystko, co wchodzi do ust, idzie do żołądka i wydalane jest na zewnątrz? To zaś, co z ust wychodzi, wypływa z serca. To właśnie plami człowieka. Z serca bowiem pochodzą złe myśli, zabójstwa, cudzołóstwa, czyny rozpustne, kradzieże, fałszywe świadectwa, bluźnierstwa. To właśnie czyni człowieka nieczystym. Jedzenie nieumytymi rękami nie plami człowieka«” (Mt 15,16–20). Serce co innego znaczy w Biblii, a co innego we współczesnym języku. Biblijny pisarz myśli sercem, jego serce pamięta i napomina go, również raduje się i trwoży, zachwyca się i rozpacza, kocha i nienawidzi. Pisarzom biblijnym to nasze dualistyczne podejście do człowieka i separowanie serca od rozumu, od mózgu, jest całkowicie obce, podobnie jak dzielenie człowieka na dwie obce sobie, a nawet wrogie składowe, na ciało i duszę. Wspominam o tym, ponieważ tego typu antropologia może skłaniać człowieka do manichejskiego, nieludzkiego i niebożego traktowania naszej materialności. Skoro człowiek nie jest niepodzielną całością, ale składa się z części, to jesteśmy już tylko krok od uznania którejś z nich za mniej, a innej za bardziej szlachetną. A jeśli tak, to te części, które uznaliśmy za mniej ludzkie i które tym samym wciąż wprawiają nas w zakłopotanie, należy jakoś podreperować, najlepiej mechanicznie lub chemicznie. Stąd nie od dzisiaj oddajemy się poszukiwaniom cudownego eliksiru, tabletki na pokonanie tych ciemnych stron ludzkiej egzystencji z nadzieją, że po zwycięstwie staniemy się bezgranicznie szczęśliwi. Znowu, w tych działaniach nie chodzi o harmonię, ale o pokonanie w nas czegoś, co arbitralnie uznaliśmy za złe.

(...)

Dostęp do treści serwisu jest płatny.


Aby wyświetlić pełny tekst musisz być zalogowany
oraz posiadać wykupiony dostęp do tego numeru.


Wacław Oszajca SJ - ur. 1947, jezuita, poeta, eseista, publicysta prasowy i radiowy, autor licznych książek, znany kaznodzieja i rekolekcjonista, mieszka w Warszawie. (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

GDZIE, U DIABŁA, JEST BÓG?

O BOGA CHODZI

Aby do wieczora

PRZEGRAŁ, ŻEBY WYGRAĆ

NA CHŁOPSKI ROZUM RZECZ BIORĄC


komentarze



Facebook