OPERACJA NA JĘZYKU
Wielu tłumaczy, ja też, zaglądając do swoich przekładów, mówi po latach, że zrobiliby wszystko inaczej. Wynika to nie tyle z tego, że tamtą pracę uznaje się za złą czy nie dość dobrą, ile z tego, że chciałoby się jeszcze raz wypróbować język.

FOT. ROMAIN VIGNES / UNSPLASH


Katarzyna Kolska: Od czego trzeba zacząć, zabierając się do przekładu?

Małgorzata Łukasiewicz: Od zainteresowania daną książką.

Czy to jest zainteresowanie własne, czy raczej podpowiedź wydawcy, który składa zamówienie?

To nie ma najmniejszego znaczenia. W praktyce zdarza się bardzo różnie. Czasem tłumacz sam zwraca się do wydawcy z jakąś propozycją, a czasem wydawca proponuje coś tłumaczowi. Musi być jednak taki moment, że tłumacz bierze książkę do ręki i coś w tej książce go zainteresuje.

Czy bez tego zainteresowania jest pani w stanie podjąć się tłumaczenia?

Oczywiście, można robić różne rzeczy na siłę, tylko po co? Dlaczego miałabym się tego podejmować? Tłumaczenie to jest dosyć ciężka praca. Trzeba się liczyć z tym, że jeśli jest to książka o określonej grubości, między 200 a 500 stron, to spędzimy przy tym ileś miesięcy.

Czyli musi być chemia między tłumaczem a książką?

Nie wiem, czy chemia, ale musi być coś, co powoduje, że tłumacz, nie konając z nudów i z obrzydzenia, będzie przez kilka miesięcy, po parę godzin dziennie nad tym siedział.

Może pani zdradzić tajemnice swojego warsztatu?

Nie lubię zbyt dobrze znać książki, którą mam tłumaczyć. Bo przy tłumaczeniu warto zachować coś z podstawowego impulsu czytelnika, który po prostu jest ciekaw, co będzie dalej. Dlatego wcześniej nie zaznajamiam się szczegółowo z książką. Oczywiście coś o niej wiem po to właśnie, żeby się przekonać, czy chcę się z tą książką zadawać, czy nie. Ale nie lubię się zaznajomić tak bardzo intymnie i szczegółowo. To już sobie zostawiam na czas pracy. Oczywiście każdy tłumacz ma swoje własne zwyczaje.

Czyta pani kawałek i od razu tłumaczy, czy trzeba przeczytać jakiś większy passus, żeby złapać klimat, sens, poczuć język?

Poczucie języka musi się pojawić wcześniej, przy pierwszych oględzinach. Poza tym, przynajmniej u mnie, nie kończy się na tej pierwszej wersji. Przy czytaniu też nam się zdarza coś takiego, że zaczynając lekturę, wytwarzamy sobie jakieś wyobrażenie o tym, co będzie dalej, jak się potoczą losy, jak się potoczy myśl autora, a potem się okazuje, że to jednak jest trochę coś innego, i trzeba te początkowe intuicje zweryfikować. Podobnie jest przy tłumaczeniu. Zdarza się, że na początku obierzemy jakiś niewłaściwy ton, na przykład zbyt potoczny język, albo przeciwnie – zbyt wzniosły, a potem trzeba to zweryfikować i poprawić.

Musi się pani obłożyć słownikami?

Przy tłumaczeniu, tak samo jak przy czytaniu rozmaitych książek, zdarza się, że jakiegoś słowa nie rozumiemy. Bardzo często jest to jakieś słowo specyficzne, techniczne, z tysiąca dziedzin, na których się kompletnie nie znamy. Wtedy oczywiście trzeba się dowiedzieć, co też to znaczy, ze słownika czy z encyklopedii. Ale ja w ogóle lubię rozmaitego rodzaju słowniki. Bardzo chętnie do nich zaglądam. Niekoniecznie tylko po to, żeby sobie pomóc przy pracy.

Ile jest tłumacza w tłumaczeniu?

Cały kształt polskiej książki tłumaczonej z dowolnego języka jest dziełem polskiego tłumacza.

Niektórzy mówią, że jest ekwiwalentem.

Tego słowa w stosunku do przekładu osobiście nigdy bym nie użyła, bo jak porównywać, jak stwierdzać tę ekwiwalencję, czyli równoważność? Ale bardzo często w rozmaitych teoriach przekładów mówi się o ekwiwalencji i ekwiwalentach.

Czy tłumacz może sobie pozwolić na pewną dowolność? Chociaż dowolność to chyba złe słowo…

Zupełnie nietrafione.

Rozmach językowy?

Jeżeli ktoś chce sobie poczynać na własną rękę i stworzyć dzieło według swojego konceptu i pomysłu, to najlepiej zrobi, jeśli napisze książkę – powieść, traktat naukowy, esej. Jeśli się umawiamy sami ze sobą, że tłumaczymy, to coś to znaczy, prawda? Natomiast autor oryginału nie podsunie nam wiele, jeśli chodzi o wybór polskiego kształtu. Daje nam pewne wskazówki, że na przestrzeni całego tekstu chce być ironiczny albo że chce być podniosły lub wprost przeciwnie – bardzo kolokwialny, taki swojak, równiacha. To są pewne podpowiedzi, które oczywiście odczytujemy z oryginału i staramy się ich trzymać. Ale to nie znaczy, że ktoś nam dyktuje, jak mają iść po kolei słówka, zwroty, wyrażenia, zdania, akapity i tak dalej po polsku. Tłumacz musi to sam rozstrzygać.

Użyłam najpierw słowa dowolność, bo w swojej książce Pięć razy o przekładzie, pisząc o Pstałterzu Dawidowym Jana Kochanowskiego, zwróciła pani uwagę na to, że ten sam wers poeta potrafił przetłumaczyć na kilkanaście różnych sposobów. Dlatego zastanawiałam się, na ile tłumacz ma prawo tak swobodnie postępować.

Nie wiem, czy w ogóle można tutaj mówić o prawach i powinnościach. Kochanowski przekładał Psałterz w innej sytuacji. Potencjalni odbiorcy przekładu przeważnie znali łacinę, niektórzy znali również grekę czy nawet hebrajski. Czytelników nie było wielu, ale byli bardzo wykształceni. Ale, co ważniejsze, polski język wtedy dopiero się kształtował, polska literatura dopiero się rodziła. Przekład dzieł powstałych w obrębie kultur bardziej rozwiniętych był poniekąd próbą dla języka – czy zdoła sprostać wymaganiom tekstu bardzo złożonego myślowo, emocjonalnie, także językowo. Dla tłumacza było to wyzwanie, czy potrafi rodzimy język wydźwignąć na wyższe piętro.

Czy istnieje jakiś wzór dla tłumaczy, który można by położyć koło metra w Sèvres i powiedzieć, że to jest tłumaczenie znakomite?

Takich znakomitych tłumaczeń jest bardzo dużo. Ale czy można mówić o wzorze powszechnie obowiązującym? Raczej nie. Przecież każde dzieło jest inne, niepowtarzalne.

A równie wiele jest złych?

W każdym razie ciągle jest ich za dużo. Przykro o tym mówić, ale taka jest prawda.

Czy biorąc jakiś przekład do ręki i czytając go w języku polskim, myśli pani sobie: To jest świetnie przetłumaczona książka?

Bardzo często tak myślę.

Co jest według pani wyznacznikiem tego dobrego tłumaczenia?

Nie wiem, czy wyznacznikiem, ale na pewno czymś, za co podziwiam tłumaczy, jest swobodne poruszanie się po całym terytorium języka polskiego, niezależnie od tego, z jakiego języka tłumaczą – że sięgają do form frazeologicznych, gramatycznych, stylistycznych, słowotwórczych, do wszystkich możliwości, które podsuwa polszczyzna.

To, o czym pani mówi, świadczyłoby również o tym, że tłumacz bardzo sprawnie posługuje się językiem polskim.

To jest oczywiste. Zakładamy to jako warunek konieczny.

Ale to chyba nie jest takie oczywiste. Jednak złe przekłady powstają.

(...)

Dostęp do treści serwisu jest płatny.


Aby wyświetlić pełny tekst musisz być zalogowany
oraz posiadać wykupiony dostęp do tego numeru.


Małgorzata Łukasiewicz - tłumaczka literatury niemieckojęzycznej, krytyk literacki, eseistka, przetłumaczyła ok. 80 książek z zakresu literatury pięknej i filozofii, między innymi utwory Richarda Wagnera, Patricka Süskinda, Hermanna Hessego, W.G. Sebalda, Friedricha Nietzschego, Hansa-Georga Gadamera. Jest autorką kilku książek - najnowsza "Pięć razy o przekładzie" ukazała się w marcu. Mieszka w Warszawie. (wszystkie teksty tego autora)

Katarzyna Kolska - dziennikarka, zastępca redaktora naczelnego miesięcznika "W drodze", absolwentka filologii polskiej i teologii, przez 13 lat pracowała w poznańskim oddziale "Gazety Wyborczej", autorka kilku książek, m.in. "Modlitwa poranna i wieczorna" (Olimp Media 2008) i "Moje dziecko gdzieś na mnie czeka. Opowieści o adopcjach" (Znak 2011, Wydawnictwo "W drodze 2016"). Jest mężatką, ma dwóch synów, mieszka w Poznaniu. (wszystkich teksty tego autora)

     


zobacz także

JESTEM KIMŚ

Minuta trwa całe wieki

Wycinek życia?

W dobrych zawodach wystąpiłem...

Z JEDNEGO GARNKA


komentarze



Facebook