Archwium > Numer 528 (08/2017) > Życie bez tornistra > POPROSZĘ KILO MARCHEWKI

POPROSZĘ KILO MARCHEWKI
Fanaberie przewrażliwionych rodziców - mówi o homeschoolingu pani Ewa, emerytowana polonistka. Jakie fanaberie? To po prostu jedna z form edukacji - uważa Anna, mama Franka, Michaliny i Zosi.

Homeschooling to edukacja domowa. Nic nowego. Raczej odkurzenie starego sposobu przekazywania i przyswajania wiedzy. Kiedyś opcja dla zamożnych. Z guwernantką. Dziś raczej dla wytrwałych i dobrze zorganizowanych rodziców. W roli nauczyciela najczęściej mama.

W Stanach Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii czy Kanadzie taki sposób kształcenia jest niezwykle popularny – szacuje się, że korzysta z niego nawet kilka milionów dzieci. W Polsce wciąż jeszcze budzi kontrowersje, choć z roku na rok przybywa rodzin, które zamiast posłać dziecko do szkoły organizują szkołę w domu. – Trudno dokładnie oszacować, jak dużej grupy to dotyczy. Liczymy, że z nauczania domowego korzysta w naszym kraju kilkanaście tysięcy dzieci i młodzieży – mówi Marek Budajczak. Ponad dwadzieścia lat temu razem z żoną jako pierwsi w Polsce zdecydowali się na homeschooling dla swoich dzieci.

Edukacja domowa to, obok trybu stacjonarnego i indywidualnego, jeden z trzech sposobów realizowania obowiązku szkolnego w Polsce. Gwarantuje to ustawa o systemie oświaty z 1991 roku. W artykule 16 znajduje się zapis mówiący o tym, że uczeń za zgodą dyrektora szkoły, do której jest zapisany, może się uczyć w domu. Obowiązek zorganizowania takiego nauczania biorą na siebie rodzice i to oni są odpowiedzialni za poziom i sposób kształcenia dziecka. Uczeń przychodzi do szkoły jedynie na wyznaczone przez dyrektora egzaminy (najczęściej raz albo kilka razy w roku). Przystępuje też do testów przeprowadzanych na zakończenie nauki w klasie szóstej i w trzeciej klasie gimnazjum. Jeśli przejdzie je wszystkie pomyślnie, otrzymuje zgodę na kontynuowanie nauki w domu. Pod koniec roku szkolnego, tak jak pozostali uczniowie, dostaje świadectwo i promocję do kolejnej klasy. Najwięcej dzieci realizuje taki sposób nauczania na poziomie szkoły podstawowej i gimnazjum. Ale zdarzają się uczniowie, którzy chcą kontynuować naukę w takim trybie również w liceum.

Kiedy na początku lat 90. państwo Budajczakowie, zafascynowani ideą homeschoolingu, postanowili sami edukować swoje dzieci, musieli stoczyć niejedną bitwę na przepisy, paragrafy i przeskakiwać przez kłody, które co rusz ktoś rzucał im pod nogi. – Nigdy nie zapomnę, jak usłyszałem od kuratora: Nie możemy pozwolić na to, żeby pan skrzywdził te dzieci – przypomina sobie Marek Budajczak. Ale nie poddawali się. O homeschoolingu przeczytali w książkach Edukacja elastyczna i Socjologia edukacjibrytyjskiego socjologa Rolanda Meighana. I postanowili spróbować. Skoro taki sposób edukacji przynosił rezultaty w Stanach Zjednoczonych czy w Anglii, dlaczego nie miałby się sprawdzić w Polsce? – myśleli.

Opracowali własny program nauczania i konsekwentnie go realizowali. Rytm dnia był ustalony: lekcje od 8.30 do 12.30. Po południu nauka gry na pianinie, basen i czas na własne zainteresowania. – Córka na przykład uczyła się języka migowego – przypomina sobie pan Marek.

– W szkole wszyscy uczniowie muszą robić to samo, w ten sam sposób, w tym samym tempie i w tym samym wieku. A przecież każdy z nas jest inny, mamy różne predyspozycje, charaktery, umiejętności. Wymaganie od wszystkich tego samego to absurd – mówi Budajczak. I przekonuje, że edukacja domowa daje każdemu dziecku szansę, żeby się uczyło w swoim tempie, bez porównywania się z innymi. W taki sposób, jaki jest najlepszy dla niego, a nie dla całej grupy.

To chyba jeden z najważniejszych argumentów przemawiających za nauczaniem domowym.

Indywidualizacja. Rodzic bądź zatrudniony przez niego nauczyciel dostosowuje materiał i sposób uczenia do możliwości dziecka. Dopiero gdy jest pewien, że dziecko zrozumiało i opanowało poszczególne zagadnienia, przechodzi do następnego tematu. Pracując indywidualnie z dzieckiem, widzi, jakie metody pracy są najskuteczniejsze, co mu przychodzi z łatwością, nad czym musi dłużej popracować. Nie ma rytmu 45-minutowego. Wszystko dostosowane jest do percepcji dziecka.

Szacuje się, że dzieci uczone w domu na opanowanie tego samego materiału potrzebują jedną trzecią tego czasu, co ich koledzy w szkole. Pozostałe wolne godziny dnia mogą wykorzystać na rozliczne własne zainteresowania. I na zabawę, która jak podkreślają pedagodzy, też jest formą uczenia się i poznawania świata.

Wypracowanie

We wrześniu ubiegłego roku Karolina, nauczycielka w jednym z wielkopolskich gimnazjów, na początku roku szkolnego poprosiła uczniów, by napisali na kartce, co lubią, a czego nie lubią robić. – Byłam nową nauczycielką w szkole, dostałam wychowawstwo w drugiej klasie, bo poprzednia wychowawczyni poważnie zachorowała. Chciałam się czegoś dowiedzieć o moich uczniach – jakie mają pasje, zainteresowania, w jaki sposób spędzają czas, co im sprawia przyjemność, czego nie lubią. Prosząc ich o to, zadeklarowałam, że ja też napiszę swoje „lubię” i „nie lubię”, żeby oni mogli z kolei poznać mnie.

Tydzień później na lekcji wychowawczej zebrała kartki od uczniów. Ci, którzy chcieli, mogli przeczytać na głos przed całą klasą to, co napisali: że lubią grać na komputerze, tańczyć, rysować, śpiewać, opiekować się psem czy rybkami w akwarium. Że nie lubią lizusostwa, niesprawiedliwego traktowania w szkole i ośmieszania ich przed całą klasą.

Antek napisał, że

(...)

Dostęp do treści serwisu jest płatny.


Aby wyświetlić pełny tekst musisz być zalogowany
oraz posiadać wykupiony dostęp do tego numeru.


Katarzyna Kolska - dziennikarka, zastępca redaktora naczelnego miesięcznika "W drodze", absolwentka filologii polskiej i teologii, przez 13 lat pracowała w poznańskim oddziale "Gazety Wyborczej", autorka kilku książek, m.in. "Modlitwa poranna i wieczorna" (Olimp Media 2008) i "Moje dziecko gdzieś na mnie czeka. Opowieści o adopcjach" (Znak 2011, Wydawnictwo "W drodze 2016"). Jest mężatką, ma dwóch synów, mieszka w Poznaniu. (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

Jeszcze mniej niż nic

NIE LĘKAJCIE SIĘ IŚĆ W PRZYSZŁOŚĆ

BOJĘ SIĘ LIŚCI, KTÓRE ŻÓŁKNĄ

Drodzy Czytelnicy,

Zmarli to moi przyjaciele


komentarze



Facebook