Archwium > Numer 528 (08/2017) > Orientacje > NA TROPIE DŁUGIEGO PIÓRA

NA TROPIE DŁUGIEGO PIÓRA
Dariusz Rosiak, "Biało-czerwony. Tajemnica Sat-Okha", Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2017, s. 196.

Zacznę sentymentalnie. W zeszłym roku wybrałem się z synem na indiański zlot. Uniejów 2016, 40. zlot Polskiego Ruchu Przyjaciół Indian. Kiedy ja jechałem na pierwszy zlot indianistów, miałem chyba szesnaście lat, teraz mam znacznie więcej. I mam syna, lat dziewięć, którego zabrałem ze sobą. Wiadomo, czego oczekiwałem: wspólnej przygody, inicjacji w świat wojownika, poczucia duchowej strony przyrody. Gdy ja szedłem na warsztaty o wyprawianiu skóry, syn biegał z telefonem i polował na pokemony. Zawody łucznicze, rękodzieło, stroje indiańskie – synowskie machnięcie ręki. Ze wspólnej przygody zostały tylko kąpiele w rzece, ale umówmy się, to mogło być wszędzie, niekoniecznie na indiańskim zlocie. No dobrze, wszedł pierwszy do kręgu i zaczął tańczyć otwarty dla wszystkich pow-wow, gdy mnie zabrakło śmiałości. Siedziałem z innymi ojcami zapatrzony w ognisko, a nasi synowie pałaszowali w namiotach zakupioną w mieście pizzę. Zderzenie pokoleń – ojców i synów. W końcu jeden z nas zapytał: Którego z was ojciec zabrał kiedykolwiek na zlot indiański? Odpowiedzieliśmy ciszą. No właśnie, podsumował, a zabrzmiało to jak hough.

Biało-czerwony Dariusza Rosiaka jest podróżą w świat sentymentalny. W świat dzieciństwa wielu czytelników, w głąb ich wyobrażeń i fantazji. Któż nie marzył – chociaż przez chwilę – by zostać Indianinem, nosić indiańskie imię, polować na bizony, tropić jelenia, przejść rytuały, wyruszyć w samotną podróż, aby uzyskać wizję… Świat Indian był światem odległym, a jednocześnie bardzo bliskim. Odległym, bo nie mogliśmy tam dotrzeć tak łatwo. Bliskim, ponieważ przenosiliśmy się do niego z łatwością po założeniu pióropusza, skonstruowaniu własnego łuku, zbudowaniu z koców własnego tipi. No i był on: przewodnik, drogowskaz, potwierdzenie. Sat-Okh, Długie Pióro. Nasz Indianin. Gdy Amerykanie mieli potomków Czerwonej Chmury, Szalonego Konia i więzili ich w rezerwatach, my mieliśmy Sat-Okha, którego darzyliśmy szacunkiem. Szacunkiem, któremu mogło dorównywać jedynie uwielbienie.

Okno i lustro weneckie

 

W minionym ustroju oglądaliśmy daleki świat jedynie dzięki kilku osobom. W czasach żelaznej kurtyny oglądaliśmy, ba, rozumieliśmy świat dzięki Ryszardowi Kapuścińskiemu. Kraje zupełnie wtedy egzotyczne – Etiopia, Chiny, Indie – były krajami widzianymi jego oczami. Oprócz niego mieliśmy przecież tylko papierowego Tomka Wilmowskiego oraz małżeństwo Tony’ego Halika i Elżbietę Dzikowską.

Sat-Okh był inny. Długie Pióro to okno na świat duchowy. Sat-Okh pokazywał wartości: że należy wystrzegać się rozdwojonego języka, że gdy zabijasz zwierzę – bo musisz jeść – to zawsze przeproś jego ducha, że masz bronić słabszych i nigdy nie być chciwym. Dlaczego mu wierzyliśmy? Bo był nasz – syn Indianina, wodza Wysokiego Orła z plemienia Szawanezów, i Polki Stanisławy Supłatowicz, zesłanej jeszcze za cara na Syberię. Bo żył między nami – a wcześniej przez tyle lat dorastał wśród indiańskiego plemienia, ale wrócił do ojczyzny matki i już pozostał. I Polska stała się jego ojczyzną, i w sobie pojednał dwa światy. Czyli my też tak możemy. Inni mieli Szarą Sowę, Małego Bizona, ale to my mieliśmy Długie Pióro: żywego, na wyciągnięcie ręki do Gdańska, przemawiającego za pośrednictwem telewizora, prasy i książek. Byliśmy uprzywilejowani, tak, nawet wybrani.

Dariusz Rosiak ruszył tropem tego, który był zawsze w cieniu Sat-Okha: Stanisława Supłatowicza. Bo przecież było ich dwóch, choć – przyznajmy szczerze – interesował nas jedynie ten pierwszy. I może popełniliśmy błąd, bo Stanisław Supłatowicz okazał się nie mniej ciekawy. W czasie wojny był aresztowany przez gestapo i brutalnie przesłuchiwany, uciekł z transportu do Auschwitz, walczył w leśnej partyzantce w szeregach Armii Krajowej, po wojnie był marynarzem. Już w lesie udowodnił, że płynie w nim indiańska krew wojowników: najlepiej tropił zwierzynę, najdłużej siedział pod wodą, najciszej chodził po lesie. Naj, naj, naj. Naj. Gdy brakowało amunicji, strzelał do szwabów z łuku, ba, nawet ich skalpował. Wiadomo: krew Indianina, wojownik z wojownika. Tak to się układało w całość: Indianin i Polak, wojownik i AK-owiec, Długie Pióro i „Kozak” z lasu. To jest życie na film, który wielu chciało nakręcić, ale nikomu się nie udało: dramat rozłąki z indiańską rodziną, okupacja hitlerowska, partyzantka w lesie, prześladowania za czasów stalinowskich, sukces literacki i medialny w latach dojrzałych. Gdy Dariusz Rosiak w Biało-czerwonym zestawia daty i fakty tej fascynującej postaci, to najpierw się okazuje, że nie pasują daty. Później nie pasują fakty. A na końcu zdaje się, że nic już do niczego nie pasuje i choć byli jako jeden, to teraz są dwaj, oddzieleni od siebie, różni: Sat-Okh i Stanisław Supłatowicz. I nie wiadomo do końca, który jest prawdziwy, a który nie. Dariusz Rosiak wchodzi z impetem w ten rozedrgany świat biografii: „Co my budujemy? Czyj obraz? Jego czy swój? Do jakiej prawdy dążymy? Do jakiej iluzji docieramy? Po latach mamy wolną konkurencję na rynku opowieści i legend o Sat-Okhu. Każdy o nim mówi, ale jak określić, czyja wersja jest lepsza, bliższa prawdy? Właśnie na ten rynek wchodziłem”.

Nie zdradzam żadnych szczegółów z tego fascynującego literackiego śledztwa. Autor we wstępie zaznacza, że pisanie o Sat-Okhu okazało się podróżą, która zaprowadziła go tam, dokąd się nie spodziewał dotrzeć. Poprzez archiwa do wciąż żyjących świadków, od uporczywego wpatrywania się w zdjęcia aż do porównywania rękopisów, maszynopisów i książek – tych, o których wiedzieliśmy w Polsce, i tych wydanych tylko w Rosji. Podróż wiedzie aż za Wielką Wodę, skąd nieoczekiwanie Sat-Okha i Stanisława Supłatowicza widać w zupełnie innej skali i w oddali zaczyna migotać scalająca dwie postaci jedna odpowiedź. Rosiak nie narzuca się ze swoją propozycją i przyznaję, że jego zagubienie jest mi bardzo bliskie. „Słuchasz i nie wiesz, którą wersję wybrać. Jesteś skazany na popełnianie kardynalnych błędów, bo ciągle mylimy się co do ludzi: nie są tymi, za których ich bierzemy. Życie to jest ciąg zaskoczeń, najczęściej rozczarowań sobą i innymi, oraz wytłumaczeń, dlaczego inaczej się nie dało. Czy spisując te pomyłki i szukając w nich porządku, dotykasz prawdy?”. Świetne zdania, świetne pytanie. Przy takich książkach nieunikniona staje się ocena moralna postaci. I tu warto się wczytać w wypowiedzi najbardziej zainteresowanych, czyli indianistów: Sat-Okh nie żerował na nikim, nie czerpał profitów z tego, kim chciał być, dał piękne marzenia i impuls, by ruszyć znacznie dalej niż on sam.

Kraina Wiecznych Łowów

Zastanawiam się, dla kogo jest Biało-czerwony? Pokolenie mojego syna pewnie wzruszy ramionami po jego lekturze, może nawet pośle mi jakiś kwaśny żart o naiwności, gdy zacznę rozmowę. Pewnie przeczyta jeszcze Białego Mustanga, bo to w szkole wciąż lektura. Sat-Okh to dla niego postać z historii tak odległa jak Dymitr Samozwaniec. A dla mnie i dla takich jak ja, którzy dzieciństwo spędzili na robieniu strzał, podchodach i próbach męstwa? Dla tych, co pamiętają jeszcze świat przed internetem?


Marcin Cielecki - ur. 1979, poeta, eseista, autor "Ostatniego Królestwa" (Sopot 2010). Mieszka w Olsztynie z żoną i synem. (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

WIĘCEJ CISZY

"Kalendarz ekumeniczny 2008"

Protokół z życia

"Niewidzialne światło", "Wiara, nadzieja i miłość"

Filozofia horroru albo paradoksy uczuć


komentarze



Facebook