Archwium > Numer 529 (09/2017) > Chrześcijanin idzie do pracy > TAKA OGARNIĘTA I W BOGA WIERZY

TAKA OGARNIĘTA I W BOGA WIERZY
W szyderstwach na temat Kościoła albo obojętności na to, co jest osią mojego życia, nie doskwiera mi pogarda wobec mnie samej, ale właśnie wobec Niego. Ogarnia mnie autentyczny strach, że ktoś Go nigdy nie pozna.

FOT. FRANK MCKENNA/UNSPLASH


 Z oczywistych powodów nie powinnam pisać tego tekstu. Po pierwsze dlatego, że zdarza mi się w pracy przeklinać. Po drugie, mam ledwie śladowe ilości miłosierdzia dla swoich współpracowników. Po trzecie wreszcie, naprawdę nie wiem, jak „być porządnym chrześcijaninem w firmie”!

Zaufałabym pierwszemu odruchowi i odmówiła, gdyby nie próżność każąca mi myśleć, że skoro mnie poproszono, to może jednak mam coś do powiedzenia. Brak dostatecznej praktyki w świadomym sprawianiu komuś zawodu dodatkowo pchnął mnie w ramiona tego tekstu.

Nieudolność

Zacznę od wyznania. Nigdy nie udało mi się nawrócić nikogo gadaniem. Co niestety nie oznacza, że udało mi się to zrobić jakąś inną metodą.

Są w moim życiu osoby, w które zainwestowałam sporo energii – rozmawiając, argumentując, podsyłając książki i nieustannie kombinując, jak na nie wpłynąć. Nie dość, że na nic się to zdało, to jeszcze wywołało w pełni uzasadnione usztywnianie się drugiej strony. Dziś myślę, że do miłości może pociągnąć tylko miłość, i dlatego coraz mniej wierzę w moc intelektualnych dyskusji, mogących kogoś do Boga „przekonać”.

Powodem, dla którego postanowiłam porzucić rozwiązania siłowe, był nie tylko brak sukcesów. Zrozumiałam po czasie, że zwyczajnie mnie boli, gdy ktoś odrzuca Boga, który jest mi drogi. Gdy Go nie zauważa. Zwłaszcza gdy robi to człowiek mi bliski, z którym chcę żyć w dobrych relacjach.

Ważnym odkryciem było dla mnie to, że w szyderstwach na temat Kościoła albo obojętności na to, co jest osią mojego życia, nie doskwiera mi pogarda wobec mnie samej, ale właśnie wobec Niego. Ogarnia mnie autentyczny strach, że ktoś Go nigdy nie pozna. A to wbrew pozorom wiele zmienia. Po pierwsze, jest jakimś znakiem miłości, którą Pan Bóg rozbudził we mnie. A po drugie, odwraca moją uwagę ode mnie samej i kieruje ją ku Niemu. I wtedy trzeba stanąć twarzą w twarz z oczywistą prawdą: mówimy o Bogu mogącym wszystko! O Tym, który stworzył – i w każdej milisekundzie podtrzymuje w istnieniu – tak mnie, jak i tego upartego, który nie daje się przekonać. Widzę teraz wyraźnie, jak niepoważne było przypisywanie wszystkim moim ewangelizacyjnym wysiłkom przesadnego znaczenia. Wiara jest łaską, która pochodzi od Niego, a nie ode mnie. Kiedy podejmuję dziś post w intencji kogoś z mojej pracy, kto – delikatnie mówiąc – nie rokuje, to przychodząc następnego dnia do biura, nie czekam już na przejawy skuteczności tej praktyki. Wręcz przeciwnie, oddaję wszystko Bogu, mówiąc Mu: „Ja Cię proszę za tego gościa, ale reszta jest już między Wami”. I wreszcie mam poczucie, że jestem na właściwym miejscu. Że nie wchodzę w Boże buty ze zdziwieniem, jak ciężko mi się w nich poruszać.

Z tej mojej nieumiejętności wyniknęło więc ostatecznie jakieś dobro: uświadomiłam sobie, że czyjeś nawrócenie nie zależy w żadnej mierze ode mnie i że trzeba się całkowicie oprzeć na Bogu. Nie oznacza to oczywiście, że przestałam działać na własną rękę. Przyjęłam jednak rolę psa pasterskiego, który zagania jagnięta do zagrody. Czasem delikatnie lobbuję u mężów, żeby wysłali swoje żony na rekolekcje, innym razem przypadkiem poznaję kogoś z fajnym księdzem; temu podrzucę jakąś powieść z komunikatem podprogowym; innego wabię muzyką, na którą jest wrażliwy… w tym pastwiskowym przedpolu znalazłam swoje miejsce. Ufam, że tyle czasem wystarczy.

Świadek

Najbardziej działa na mnie czyjś przykład. Tak jest w każdej dziedzinie. Kiedy widzę czterdziestoletnią matkę biegnącą maraton, to już nikt nie musi mi opowiadać o bieganiu. Po prostu chcę biec. Podobnie rzecz się ma z życiem duchowym. Biblioteka książek o przeżywaniu cierpienia to doprawdy nic w porównaniu z jedną chwilą spędzoną przy boku śmiertelnie chorego człowieka nasłuchującego tego, co Pan Bóg właśnie mówi o nim samym. I choć to, co ostatecznie się wydarzy w czyimś sercu, jest już intymną rzeczywistością łaski, wierzę, że możemy być impulsem do refleksji.

Bliska jest mi maksyma ze świata przedsiębiorczości: 

(...)

Dostęp do treści serwisu jest płatny.


Aby wyświetlić pełny tekst musisz być zalogowany
oraz posiadać wykupiony dostęp do tego numeru.


Paulina Mazur - ur. 1982, politolog, mama trójki dzieci, pracuje w Krakowskim Parku Technologicznym. (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

Błogosławieni niezdecydowani

Sprawy pierwsze z brzegu

DZIĘKI BOGU, UNIKAM LEKARZY

Ateiści idą na wojnę

POTRAKTOWAĆ DOSŁOWNIE?


komentarze



Facebook