Archwium > Numer 531 (11/2017) > Rozmowa w drodze > ŻEBY SYBERIA MNIE NAWRÓCIŁA

ŻEBY SYBERIA MNIE NAWRÓCIŁA
Od czasów nowicjatu bliskie są mi słowa, którymi Ignacy każe się modlić rekolektantowi w czasie medytacji "O wołaniu króla" z Ćwiczeń duchownych. Te słowa brzmią: "żebym nie był głuchy na Jego wołanie". To dzięki nim pracuję na Syberii.

FOT. Z ARCHIWUM OO. JEZUITÓW


Katarzyna Kolska, Roman Bielecki OP: Syberia nie kojarzy nam się dobrze. Wciąż w naszej świadomości jest miejscem, gdzie zsyłano, niszczono, wynarodowiano. Taki koniec świata…

Wojciech Ziółek SJ: Syberia to nie jest miejsce, to jest kontynent. To jest ogrom i niewyobrażalne odległości. Kiedy przyjechałem tu w 2015 roku, w Polsce właśnie zbliżały się wybory prezydenckie i parlamentarne. Nie chcąc rezygnować z oddania swojego głosu, postanowiłem, że będę głosował w konsulacie w Irkucku. Ale okazało się, że do konsulatu jest od nas 1700 kilometrów! Albo inny fakt, równie wymowny: terytorium naszej parafii jest nieco większe od… terytorium Polski!

A przecież Irkuck i Tomsk to nie jest jeszcze cała Syberia.

Oczywiście, że nie. Nasza parafia znajduje się na terenie Syberii Zachodniej, czyli bliżej Europy – pięć tysięcy kilometrów od Polski. Jest jeszcze Syberia Środkowa, Wschodnia, no i cała północ, gdzie jest naprawdę ciężko, bo małe zaludnienie, małe nasłonecznienie i rzeczywiście zimno. Nasi parafianie opowiadają o tym, jak komuś zepsuł się samochód i ludzie zamarzli, bo nie było wtedy telefonów komórkowych, żeby wezwać pomoc. Zresztą, nawet gdyby je mieli, to i tak nic by nie pomogło, bo do tej pory na wielu tych przepastnych terytoriach nie ma zasięgu, a do najbliższego miasta czy jakiejkolwiek ludzkiej osady są dziesiątki albo i setki kilometrów.

Czy na tym olbrzymim kontynencie można jeszcze spotkać potomków tych, którzy zostali tam zesłani?

Na Syberii są ludzie, którzy mają wszystkie możliwe korzenie: polskie, niemieckie, litewskie, łotewskie, tatarskie, mongolskie, kazachskie, kałmuckie, obecnie również chińskie, południowoamerykańskie, a nawet afrykańskie…

Znaleźli się tu, bo ich bliscy zostali zesłani przez cara albo potem, w czasach komunizmu, przez Stalina i jego towarzyszy. To oczywiste, że każdy chce znać swoją przeszłość, ale nie każdy jest gotów o tym mówić. Ktoś, kto miał niemieckie korzenie, po wojnie, z obawy przed oskarżeniami o faszyzm, za nic w świecie się do tego nie przyznawał. Niektórych, niestety, zdradzało nazwisko, bo jeśli ktoś nazywał się Gerhard Rudolfowicz Stumpf, to nie dało się ukryć pochodzenia. Prześladowane były również inne narodowości. Szczególnie okrutnie postępowano z Polakami. Byli aresztowani i zabijani jako „wrogowie ludu” tylko dlatego, że byli Polakami. W ramach operacji antypolskiej przeprowadzonej przez NKWD na rozkaz Stalina w latach 1937–1938 grubo ponad sto tysięcy Polaków mieszkających w ówczesnym Związku Sowieckim zostało aresztowanych i niemal natychmiast rozstrzelanych. Następnie, poczynając od roku 1940, w wyniku czterech kolejnych masowych deportacji wywieziono w głąb Związku Sowieckiego, na Syberię, ponad 300 tysięcy Polaków.

Czy dzisiaj też ludzie trzymają w tajemnicy swoje pochodzenie?

Nie, ale ich rodzice żyli w ciągłym strachu, w związku z tym nic im nie mówili na temat babci czy dziadka. Jeśli ktoś miał rosyjskie nazwisko, a dziadek czy ojciec został aresztowany jako wróg ludu, to lepiej było o nim zapomnieć. Nie ze względów konformistycznych, tylko po prostu, żeby przeżyć. Jakiekolwiek związki z wrogiem ludu nie tylko mogły prowadzić do zguby jego bliskich i znajomych, ale najczęściej tę zgubę po prostu dekretowały.

Czy jest szansa na to, że ta dramatyczna przeszłość przestanie kiedyś kłaść się cieniem na Syberii?

To jest ciekawa sprawa… Z jednej strony mieszkańcy Syberii bardzo chcą o tym zapomnieć. A jednocześnie nie rażą ich stojące wszędzie pomniki Lenina, nie przeszkadzają im ulice Krasnoarmiejska, Dzierżyńskiego, Róży Luksemburg, zaułek Sowieckiej Szkoły Partyjnej. Nie czują zgrzytu, gdy umawiają się w kawiarni Chocolate, która się znajduje przy ulicy Lenina. W Nowosybirsku, wielkim, dwumilionowym, nowoczesnym mieście pełnym drapaczy chmur, są dwie linie metra. Jedna nazywa się Lenina, a druga Dzierżyńskiego...

Uczę się więc każdego dnia, że jeśli chcę pokochać tych ludzi, to muszę pokochać jednocześnie tę niezrozumiałą dla mnie rzeczywistość. I nie ukrywam, że sprawia mi to pewną trudność. Zdarzyło mi się kilka razy spytać kogoś: Słuchaj, a nie zgrzytałoby ci, gdybyś pojechał do Monachium i mieszkał w hotelu przy ulicy Hitlera albo Goebbelsa?. Odpowiedź zawsze była podobna: (...)

(...)

Dostęp do treści serwisu jest płatny.


Aby wyświetlić pełny tekst musisz być zalogowany
oraz posiadać wykupiony dostęp do tego numeru.


Wojciech Ziółek SJ - ur. 1963, jezuita, uratowany grzesznik, teolog biblijny, duszpasterz. W latach 2008-2014 prowincjał krakowskich jezuitów. Wcześniej długoletni duszpasterz akademicki i proboszcz. W 2015 roku, wraz z Anną Sosnowską, wydał "Zioło-lecznictwo, czyli wywary na przywary". Obecnie pracuje jako wikariusz w jezuickiej parafii w Tomsku na Syberii. (wszystkie teksty tego autora)

Katarzyna Kolska - dziennikarka, zastępca redaktora naczelnego miesięcznika "W drodze", absolwentka filologii polskiej i teologii, przez 13 lat pracowała w poznańskim oddziale "Gazety Wyborczej", autorka kilku książek, m.in. "Modlitwa poranna i wieczorna" (Olimp Media 2008) i "Moje dziecko gdzieś na mnie czeka. Opowieści o adopcjach" (Znak 2011, Wydawnictwo "W drodze 2016"). Jest mężatką, ma dwóch synów, mieszka w Poznaniu. (wszystkich teksty tego autora)

Roman Bielecki OP - ur. 1977, dominikanin, absolwent prawa KUL oraz teologii PAT, redaktor naczelny miesięcznika "W drodze", mieszka w Poznaniu. (wszystkich teksty tego autora)

     


zobacz także

ŻYWOT WIECZNY. AMEN

WYZNAĆ MIŁOŚĆ PO WYJŚCIU Z SZAMBA

Pewien zaś Samarytanin

SMAK DOBRA

BO JEST W NIM PAN JEZUS


komentarze



Facebook