LEKCJA TOŻSAMOŚCI
Po śmierci zmarli dostają się w ręce żywych i są przedmiotem rozmaitych zabiegów kulturowych i społecznych. Często w czasie zbrojnych najazdów dewastuje się cmentarze, żeby zniszczyć pamięć, poczucie ciągłości danej społeczności.

FOT. BIXABAY.COM


prof. Zbigniew Mikołejko: Panie redaktorze, czy mogę coś panu podarować, zanim zacznie pan pytać?

Marcin Gutowski: Co to takiego? Gorzkie żale? Tomik pańskiej poezji?

Tak. Nieśmiało panu proponuję.

Pisze tu pan profesor o śmierci?

Właściwie wyłącznie o niej.

To się dobrze składa, bo o niej właśnie chcę rozmawiać.

W przypadku tego typu tekstów zawsze istnieje „rozszczelnienie” między autorem a „podmiotem liryczny m”. Choć on jest w jakiejś mierze mną objawiającym lęk przed nieistnieniem… Jestem dzieckiem współczesnego świata – dość już starym, ale dzieckiem. A współcześnie w znacznym stopniu straciliśmy pewność, którą niegdyś dawała religia i jej pokrzepiająca moc. Dziś nawet ludzie wiary dźwigają w sobie ogromną niepewność, co będzie po życiu ziemskim. A cóż w obliczu ziemskiej skończoności ma powiedzieć człowiek słabo religijny albo niewierzący?

Skoro tyle we współczesnych niepewności, dlaczego niezmiennie w listopadzie tłumnie odwiedzamy groby bliskich?

Jest w tym coś więcej niż przywiązanie do tradycji. Widzę w tym próbę radzenia sobie z ową niepewnością. To dramatyczny paradoks ludzkości, że dokonaliśmy tak wielkich postępów intelektualnych i cywilizacyjnych związanych z naszym istnieniem w świecie, życie ludzkie znacznie się wydłużyło, ale odbyło się to kosztem umiejętności odchodzenia. Jesteśmy wobec tego daleko bardziej bezradni niż nasi przodkowie. A skoro te nasze narzędzia radzenia sobie w obliczu śmierci są słabe, kultywujemy je w tych ostatnich miejscach, w których się utrzymują i gdzie nie zostały zmiażdżone przez nowoczesną zachodnią kulturę. Dobrze, że tak jest. Poza tym te listopadowe święta są społeczną i kulturową formą wyznania „nie wszystek umrę”. Chcemy być pamiętani, choćby tylko przez niewielu bliskich.

Pamiętamy, by być pamiętanymi?

Tak. Jeśli my to praktykujemy, to przyjdą po nas inni, którzy będą tę pamięć dźwigać. Ale mamy też poczucie zobowiązania wobec tych, którzy odeszli, a którym coś zawdzięczamy. Dziewiętnastowieczny szalony rosyjski myśliciel Nikołaj Fiodorow głosił hasło: „Nie zabijajcie ojców waszych”. Chodziło mu właśnie o to, żeby nie zabijać pamięci, by wyrazić fundamentalną wartość więzi pomiędzy żywymi a zmarłymi i jej znaczenie dla naszego człowieczeństwa.

Zatem chodzimy na cmentarze także po to, by nie zapomnieć, skąd przychodzimy?

Tak, to jest swoista lekcja naszej tożsamości. Najpierw w tym małym kręgu osób najbliższych dotkniętych utratą, ale widzimy też, że przychodzą inni – cała społeczność. To ma miejsce przynajmniej w Polsce czy na Litwie, gdzie utrzymują się kultury tak wyrażanej pamięci o zmarłych. Inne kręgi kulturowe mają odrębne formy pamięci. Choćby w islamie, gdzie cmentarze są wprawdzie opuszczone, ale przypomina się o zmarłych w ważnych rytuałach żałobnych.

A na naszej mapie uczuć jakie miejsce zajmuje cmentarz?

W Polsce odgrywa ogromną rolę.

Dlaczego?

Z powodów historycznych. Przez stulecia Polacy wyrażali pamięć o zmarłych tak jak inne społeczeństwa chrześcijańskiego Zachodu – przynajmniej do czasu, gdy dopadły nas trzy czarne orły. Zaborcze reżimy były, cokolwiek by o nich powiedzieć, chrześcijańskie: protestanckie Prusy, prawosławna Rosja i katolicka Austria. Otaczały więc cmentarze względnym szacunkiem. W związku z tym ważne sprawy związane z pamięcią zbiorową i patriotyzmem można było obchodzić na cmentarzach, zwłaszcza nad grobami poległych synów ojczyzny, którzy spoczywali w ziemi jak w łonie matki. Tu odzywały się bardzo mocno obecne w nas archaiczne treści. Związek między łonem a grobem jest w pierwotnych kulturach bardzo mocny. Nie na darmo dawne boginie płodności były jednocześnie boginiami śmierci, a Eros i Thanatos właściwie bliźniaczymi braćmi. Przecież pojawienie się Kory – córki Demeter – spod ziemi objawiało się kwitnieniem i wzrostem, a gdy schodziła w podziemia i stawała się Persefoną – panią zmarłych – wszystko zamierało. Mityczny porządek zostaje złączony z cyklem natury. W społeczeństwie agrarnym, z jakim mieliśmy do czynienia w Polsce, trwałość takich przekonań musiała być niezwykle silna. Dopiero w ostatnich dziesięcioleciach przestaliśmy być tym agrarnym społeczeństwem z całym jego przedchrześcijańskim zasobem doświadczeń i przekonań.

W naszej religijnej pamięci o tych, którzy nas poprzedzali, jesteśmy w dużej mierze ochrzczonymi poganami?

Przez stulecia Polak jest z wierzchu chrześcijaninem, który wypełnia rytuał, ale wewnątrz żyje w pierwotnej czasowości. Czas judeochrześcijański jest czasem linearnym – od stworzenia do sądu, od narodzin do śmierci. Natomiast czas przedchrześcijański jest czasem kolistym – takim, który odpowiada porządkowi natury. W związku z tym z wierzchu schrystianizowany Polak gdzieś głęboko ma świadomość, że jest częścią pierwotnego kręgu życia i śmierci.

Z czego miałyby wynikać ta sugerowana przez pana powierzchowność chrześcijaństwa i przywiązanie do pradawnych przekonań?

Choćby ze sposobu wprowadzenia chrześcijaństwa w Polsce. W przeciwieństwie do Francji, Italii, Hiszpanii czy Wysp Brytyjskich zostało ono u nas wprowadzone w gruncie rzeczy w akcie jednorazowym i odgórnym. Tam stare wierzenia w wyrazisty sposób zmieszały się z nową ewangeliczną wiarą. Tutaj ustanowienie nowej wiary przez władzę monarszą spowodowało, że stare formy ugrzęzły w utajeniu, niewysłowieniu, ale trwały niejako równolegle. Widać to w bardzo charakterystycznej rzeczy: całe zachodnie średniowiecze – od Hiszpanii po Estonię i od Szwecji po Włochy – zna danse macabre (taniec śmierci), a Polska nie. Stało się tak dlatego, że lęk przed śmiercią i przeświadczenie o skończoności życia nie były tak silne.

Skoro porównujemy Polaków do innych narodów: Mariusz Szczygieł w Zrób sobie raj pisze o tak zwanych „bezowkach”, bezobrzędowych pochówkach, które są coraz popularniejsze w Czechach. Najbliżsi nie zawiadamiają ani o miejscu, ani o terminie pogrzebu, podają tylko informację, że pożegnanie odbędzie się w gronie najbliższych. To taki wytrych, bo często i ich brakuje. Po prostu trzeba coś zrobić z ciałem, to się robi. W Pradze znajduje się największe krematorium w Europie o melodyjnej nazwie Strašnice – aż jedna trzecia urn z prochami nie jest tam odbierana przez bliskich.

Przyjmuję to ze wstrząsem. Czesi już przed wojną byli najbardziej ateistycznym społeczeństwem w Europie, a później jeszcze się to pogłębiło. W związku z tym z pewną bezradnością stanęli wobec problemu śmierci. (...)

(...)

Dostęp do treści serwisu jest płatny.


Aby wyświetlić pełny tekst musisz być zalogowany
oraz posiadać wykupiony dostęp do tego numeru.


Zbigniew Mikołejko - ur. 1951, filozof i historyk religii, eseista. Kierownik Zakładu Badań nad Religią i profesor w Instytucie Filozofii i Socjologii PAN, członek Akademii Amerykańskiej w Rzymie, wykładowca różnych uczelni warszawskich. Autor blisko tysiąca publikacji w dziewięciu językach. W ostatnich latach wydał: "W świecie wszechmogącym. O przemocy, śmierci i Bogu" (2009), "We władzy wisielca, t. 1,2" (2012-2014), "Żywoty świętych poprawione ponownie" (2017), "Gorzkie żale" (2017). W 2013 roku ukazał się też przeprowadzony z nim przez Dorotę Kowalską wywiad rzeka "Jak błądzić skutecznie". (wszystkie teksty tego autora)

Marcin Gutowski - ur. 1983, absolwent Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie. Od 2006 roku reporter związany z Programem III Polskiego Radia. Prowadzi autorski program "Przyciasny beret". W 2015 roku wydał zbiór kilkuset rozmów i reportaży "Święta ziemia. Opowieści z Izraela i Palestyny". Jest żonaty, ma dwie córki. Mieszka pod Warszawą. (wszystkich teksty tego autora)

     


zobacz także


komentarze



Facebook